Kiedyś była kurą znoszącą złote jaja. A teraz stała się kulą u nogi, przynoszącą swemu właścicielowi straty. O czym mowa? O kolejce gondolowej na Szyndzielnię.

Nie tylko starsi bielszczanie, ale i ci będący w średnim wieku, doskonale pamiętają to, co zimą działo się przed dolną stacją wyciągu gondolowego na Szyndzielnię. Tłum narciarzy kłębił się w kolejce, która niemal zawsze wychodziła poza budynek, a czasami liczyła dziesiątki metrów. Wtedy na Szyndzielnię było zimą po co jechać. Krótki stok z wyciągiem orczykowym pod szczytem tej góry, trudny stok Sahara ze swoim wyciągiem oraz nartostrada wiodące z Szyndzielni na Dębowiec. A że alpejskie kurorty zimowe były wówczas dla obywateli „demoludów” praktycznie niedostępne, więc Szyndzielnia przyciągała nie tylko tłumy bielszczan, ale także miłośników białego szaleństwa z innych miast. Choć narciarska infrastruktura na tej leżącej w granicach miasta górze z biegiem lat topniała, kolejka na Szyndzielnię nadal była ważnym elementem bielsko-bialskiego krajobrazu.
 
Kilkanaście lat temu ratusz postanowił w kolejkę zainwestować i szarpnął się na nowe wagoniki. A potem postanowił przekazać ją miejskiej spółce ZIAD. W kuluarach bielskiego ratusza szeptano wówczas, że oddanie kolejki miejskiej spółce może mieć pewien podtekst. Otóż zmodernizowana kolejka to finansowy samograj, który przynosi spore zyski. Zaś ZIAD w planach miasta przeznaczony był do prywatyzacji. Tym samym oddanie kolejki ZIAD-owi mogło być wybiegiem służącym temu, aby tę kurę znoszącą złote jaja, przejął jakiś sprytny przedsiębiorca. Tyle że dziś kolejki gondolowej na Szyndzielnię nie sposób nazywać kurą znoszącą złote jaja. Bardziej pasuje do niej określenie kula u nogi.

Bielski radny Andrzej Listowski zapytał władze Bielska-Białej o zestawienie kosztów funkcjonowania tej kolejki oraz jej przychodów za lata 2001-2008. I dowiedział się, że w ciągu tych ośmiu lat, tylko jeden rok kolejka była na finansowym plusie. Przez pozostałe siedem lat przynosiła straty. Jej łączny wynik finansowy za lata 2001-2008 zamknął się stratą wynoszącą 1 859 119 złotych! Czyli rocznie  średnio 232 tysiące złotych na minusie.

Te dane budzą zdumienie. Zapytaliśmy więc, jak straty kolejki gondolowej na Szyndzielnię tłumaczy wiceprezes ZIAD-u Mieczysław Świgoń? Jego zdaniem istota problemu leży w tym, że zimą chętnych do korzystania z kolejki jest jak na lekarstwo. Narciarze nie mają po co wyjeżdżać na tę górę, bo nic atrakcyjnego tam na nich nie czeka. No chyba, że ktoś ma ochotę wybrać się na Klimczok, gdzie śnieg leży wyjątkowo długo, i tam pojeździć. Tyle że to wymaga nieco wysiłku, więc chętnych jest niewielu. A trudne zimowe warunki powodują, że turystów też jest niewielu. - Kolejka zarabia tylko latem. Ale trudno w pół roku zarobić na cały rok - mówi Mieczysław Świgoń dodając, że dopóki narciarska infrastruktura na Szyndzielni nie odżyje, o zyskowność kolejki gondolowej będzie bardzo trudno.

Zysk, jaki udało się kolejce wypracować w roku ubiegłym, wiceprezes Świgoń tłumaczy głównie podwyżką cen biletów, które wcześniej - jego zdaniem - zdecydowanie odbiegały od cen podobnych kolejek w kraju. Andrzej Listowski pytany o to, dlaczego jego zdaniem kolejka gondolowa przynosi straty, mówi krótko - Złe zarządzanie. I wyjaśnia, że nie chodzi mu tylko o to, czy kolejka nie mogłaby pracować przy mniejszych kosztach. Ale także o jej przeglądy - wyłączające ją z ruchu - odbywające się akurat w takich terminach (ostatnio koniec kwietnia), kiedy chętnych do przejazdu byłoby sporo. Efektem złego zarządzania jest także - jego zdaniem - brak możliwości dojechania samochodem w pobliże kolejki, brak infrastruktury narciarskiej na Szyndzielni oraz brak atrakcji, które mogą przyciągnąć na ten szczyt większą liczbę gości w miesiącach letnich.

Trudno się z bielskim radnym nie zgodzić. Wymieniony także przez wiceprezesa ZIAD-u brak narciarskiej infrastruktury jest sprawą oczywistą. Szyndzielnia tętniła narciarskim życiem w czasach, kiedy wiele modnych dziś w Beskidach stoków narciarskich spało głębokim snem i żaden narciarz ich nie niepokoił. Dziś te stoki pełne są amatorów białego szaleństwa, a dawne trasy na Szyndzielni zarastają lasem.

Ale dla turystów odwiedzających góry latem też sporo jest na Szyndzielni do zrobienia. Doskonałym przykładem jest to, jak w ciągu ostatnich lat zmienił się teren obok górnej stacji kolejki krzesełkowej na Czantorię w Ustroniu. Kiedyś - tak jak na Szyndzielni - była tam polana, las, jakiś kiosk gastronomiczny i punkt z pamiątkami. Czyli nic ciekawego. A dziś atrakcji na Czantorii jest tak wiele, że cała rodzina może się tam dobrze bawić przez pół dnia. Nic więc dziwnego, że w wolne od pracy dni na Czantorię walą tłumy, a kolejka do kolejki krzesełkowej bywa bardzo długa.

Tekst i foto: SŁAWOMIR HOROWSKI

Wyniki finansowe kolejki na Szyndzielnię
w latach 2001-2008

rok 2001 strata 228 650 zł
rok 2002  strata 366 150 zł
rok 2003 strata 381 244 zł
rok 2004 strata 318 940 zł
rok 2005 strata 186 366 zł
rok 2006 strata   19 537 zł
rok 2007 strata 414 982 zł
rok 2008 zysk   56 750 zł