Syn Kata wysoko mierzy
Rozmowa z trenerem siatkarzy BBTS Bielsko-Biała, Grzegorzem Wagnerem.
Jest Pan synem legendarnego trenera, który zyskał przydomek „Kat” dzięki temu, że narzucał swoim zawodnikom intensywny trening. To właśnie za sprawą tych metod szkoleniowych drużyna narodowa siatkarzy osiągała w latach 70. wielkie sukcesy. Co w sensie sportowym zawdzięcza Pan swojemu ojcu?
- Ojciec był czasem nazywany Katem, gdyż starał się przestrzegać w życiu kilku ważnych zasad, m.in. pracowitości i szacunku dla innego człowieka. Treningi pod jego kierownictwem trwały nawet do czterech godzin, podczas gdy dziś wystarczają zazwyczaj dwie godziny. Uważał, że tylko zawodnik dobrze przygotowany pod względem fizycznym jest w pełni odporny psychicznie na trudy zawodów.
Został Pan siatkarzem dzięki ojcu?
- Nie całkiem. Największą orędowniczką mojego talentu była mama. Wyrastałem w sportowej atmosferze. Rodzice prowadzili intensywne życie towarzyskie. Dlatego w naszym domu bywało wiele osób zawodowo zajmujących się sportem. Na nich chciałem się wzorować. Moim problemem stał się jednak wzrost. W wieku 19 lat przestałem rosnąć. Tato uznał wtedy, że nie mam odpowiednich predyspozycji do siatkówki i że powinienem uprawiać piłkę nożną. Ale futbol trenowałem zaledwie przez trzy miesiące. Jako piłkarz warszawskiej Legii zostałem nawet powołany do reprezentacji Polski juniorów. Zrezygnowałem z treningów, kiedy przekonałem się, że kopanie piłki to nie jest to, co chciałbym robić w życiu.
W cieniu wielkiego ojca
Czy łatwiej było robić karierę, gdy wszyscy wokół wiedzieli, że jest Pan dzieckiem wielkiego Wagnera?
- W sporcie było kilka osób, którym w przeszłości ojciec nadepnął na odcisk i one po jego śmierci nie szczędziły mi złośliwości. Dość wcześnie wyprowadziłem się od rodziców i zamieszkałem samodzielnie. Pracowałem zawsze na swoje konto. To prawda, tato powołał mnie do reprezentacji narodowej, lecz wymagał ode mnie więcej niż od pozostałych zawodników. Kariera reprezentacyjna skończyła się zresztą dla mnie porażką. Gdyby nie mój charakter, mogłaby być znacznie dłuższa i efektowniejsza.
Jakie cechy, postawy czy zachowania sportowe, które podpatrzył Pan u ojca, upowszechnia Pan dziś w swojej drużynie?
- Sport jest teraz zupełnie inny niż w czasach Huberta Wagnera. Ale są sprawy uniwersalne. Punktualność, umiejętność pracy dla zespołu, pracowitość. Staram się przekazywać te wartości swoim podopiecznym.
Jest Pan dla nich nowym katem?
- Nie! Jestem po prostu wymagający. Jeśli sobie coś obiecujemy, to trzeba zrobić wszystko, aby to zrealizować. Pół biedy, jeśli człowiek sam siebie oszukuje. Siatkówka jest sportem zespołowym. Dlatego jeżeli jeden człowiek będzie symulował pracę, to skrzywdzi pozostałych kolegów.
Jakie uczucia łączą Pan z naszym miastem? Wyjeżdżał Pan z Bielska-Białej kilkakrotnie i tyleż samo razy wracał. Było to zawsze po klęsce czy też z tarczą?
- Pierwszy raz trafiłem do BBTS po tym, gdy nie potrafiłem dogadać się w sprawach finansowych ze swoim dotychczasowym klubem, w Krakowie. Po dłuższym namyśle postanowiliśmy wtedy z żoną sprowadzić się do Bielska-Białej na stałe, bez względu na dalsze losy mojej kariery sportowej. Był to czas największych sukcesów bielskiego klubu na arenie krajowej i w pucharach europejskich. Rok później wyjechaliśmy na cztery lata do Belgii, lecz byliśmy zdecydowani, że po zakończeniu kontraktu powrócimy znów na Podbeskidzie. Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, choć Belgowie oferowali nam nawet obywatelstwo. Nasze miasto jest cudownie położone, życie toczy się wolniej, ludzie są dla siebie bardziej serdeczni. Warszawa zawsze mnie przytłaczała swoja wielkością i tempem.
Dla Bielska-Białej odrzuciłby Pan propozycje z włoskiej Serii A?
- Każdy profesjonalista musi się ciągle rozwijać, aby podołać konkurencji. Dlatego przyjmę każdą propozycję, która umożliwi mi podnoszenie kwalifikacji zawodowych. W Bielsku-Białej wybudowałem dom, tutaj do szkoły chodzą moje dzieci. Jeśli dostanę ofertę z mocniejszego klubu, to z pewnością powrócę do tego miasta. Myślę jednak, że na razie nie wyjadę do Włoch. Dopiero uczę się języka włoskiego.
Słyszał Pan o jakimś trenerze, który pracował z klubem będącym na zapleczu krajowej siatkówki, a został selekcjonerem reprezentacji narodowej?
- Znałem osobę, która nie będąc trenerem, została selekcjonerem reprezentacji. Osobą tą był mój ojciec. Otrzymał powołanie zaraz po zakończeniu kariery zawodniczej. Robota trenera i selekcjonera – choć mają ze sobą wiele wspólnego – to dwa różne światy. Selekcjoner jest głównie organizatorem. Mój udział w finale konkursu na selekcjonera reprezentacji Polski jest dowodem na to, że władze polskiej siatkówki nie skreślają nikogo tylko dlatego, że pracuje na tzw. zapleczu.
Ale z elity jest bliżej! Wrócimy w końcu do ekstraklasy siatkarskiej?
- Prościej byłoby, gdybyśmy wygrali pierwszą próbę, z Pamapolem. Jadar Radom jest o wiele lepszym zespołem niż drużyna wieluńska. Gdyby podczas całego sezonu wykorzystała wszystkie swoje możliwości, dziś byłaby w czołówce PlusLigi.
Praca w biednym klubie
Jak Pan ocenia nasze szanse w rozpoczynających się dziś barażach z Jadarem?
- Jest to zespół znacznie bardziej doświadczony od naszego. Proszę pamiętać, że bielski BBTS jest obecnie najmłodszym zespołem w I lidze siatkówki. Ale na tym polega fenomen sportu, że wszystkie rozwiązania są możliwe. Nasze szanse oceniam na 30:70 na korzyść Jadaru.
Niezależnie od wyniku tych potyczek jedno nie ulega wątpliwości. Bielscy siatkarze pod Pańskim kierunkiem dokonali cudu. Rządziliście w I lidze wbrew oczywistej zasadzie współczesnego sportu wyczynowego. Żeby były dobre wyniki, muszą być duże pieniądze. Jaki jest obecny budżet BBTS?
- Nieco ponad 600 tys. zł. Tymczasem giganty polskiej siatkówki dysponują budżetem w wysokości 8, a nawet 11 mln zł. Rzecz jasna, są takie, które mają 2-3 miliony i do podobnego pułapu powinniśmy zmierzać. Taką kwotą dysponuje m.in. nasz dzisiejszy przeciwnik.
BBTS jest biedny, a w dodatku nie ma własnej hali. Gdzie będziecie grali, jeśli awansujecie?
- Jedynym zespołem w kraju, który dysponuje własnym obiektem jest Jastrzębie. Za rok w Bielsku-Białej będzie już duża hala widowiskowo-sportowa. To utnie wszelkie spekulacje na temat standardu użytkowanych przez nas obiektów – przy Widok i Bratków. Najpierw musimy jednak wygrać z Jadarem. W sprawie miejsca do grania później będziemy się martwić.
Czy w razie przegranej zostanie Pan w Bielsku-Białej, żeby pracować na zapleczu?
- Drużyna BBTS ma ogromny potencjał, w który warto zainwestować. Dostrzegli to kibice, którzy dziś wypełniają trybuny podczas wszystkich naszych meczów. Bez względu na wynik spotkań z Jadarem, postawię kierownictwu klubu moje warunki dalszej pracy z siatkarzami. Drużyna musi zostać wsparta przez solidnego inwestora strategicznego. Jest niezbędny tak w przypadku awansu, jak w razie niepowodzenia w barażach. Chciałbym nadal pracować w Bielsku-Białej, ale bez rozwoju zawodowego będę się cofał.
Wyjedzie Pan za chlebem, jeśli te warunki nie zostaną zrealizowane?
- Będę zmuszony. Dzisiaj jest tak, że gdyby nie wsparcie władz miasta, to klub dawno przestałby istnieć. Potrzebny jest inwestor prywatny, dzięki któremu w znaczący sposób wzrośnie budżet, trener otrzyma do dyspozycji odpowiedni sztab współpracowników, zostanie rozbudowana baza szkoleniowa, w tym odnowy biologicznej. Aby myśleć realnie o utrzymaniu się w PlusLidze, konieczny jest budżet w wysokości ok. 3 mln zł. Po 2-3 latach ogrania na tym poziomie będzie można zacząć myśleć o miejscu w czołówce elity.
Którzy z Pańskich siatkarzy otrzymali już poważne propozycje transferowe z innych klubów?
- Inwestycje w BBTS są niezbędne głównie dlatego, aby zatrzymać utalentowaną młodzież i zapewnić jej możliwości dalszego rozwoju sportowego. Wiem, że oferty ma kilku siatkarzy, ale umówiliśmy się, że do zakończenia rozgrywek ligowych nie będziemy rozmawiali o szczegółach. Takie dyskusje zawsze prowadzą do zamieszania w zespole, bo obniżają morale.
Pan też dostał ciekawe oferty transferowe?
- W tej sprawie obowiązuje mnie podobna zasada, jak zawodników. W internecie czytałem, że mam różne propozycje.
W jakim klubie, poza bielskim, chciałby Pan pracować?
- W warunkach polskich ideałem pod względem finansowo-organizacyjnym jest Skra Bełchatów. Z tego co wiem, jest to klub zorganizowany na poziomie zbliżonym do ligi włoskiej. Przeciętny zawodnik Skry zarabia równowartość połowy naszego obecnego budżetu.
Czy w Bielsku-Białej można zarobić na siatkówce? W jakim czasie mogłyby zwrócić się inwestycje, gdyby zainteresował się wami miejscowy biznes?
- Na biletach wstępu trudno się dorobić nawet wówczas, gdy klub zatrudnia wielkie gwiazdy. Nie wątpię jednak, że reklamą poprzez sport na najwyższym poziomie zainteresowanych jest co najmniej kilka przedsiębiorstw z Podbeskidzia. To inwestycja na dłuższą perspektywę.
Pójdzie Pan z zawodnikami na małe „coś tam coś tam”, jeśli awansujecie do elity?
- Nie mogę tego wykluczyć. Nie jesteśmy świętoszkami.
Rozmawiał: Robert Kowal
Artykuł wyświetlono 1777 razy.
REKLAMA
REKLAMA
Zobacz również
Komentarze 2
MArio
BBTS przegrał w Radomiu 3-2. Ale pokazał sie z doskonałej strony. Mam nadzieję, ze jeszcze sie odnajdą w tych barażach z Jadarem. Zaznaczę kiepskim Jadarem (oceniam występ piątkowy bo widziałm mecz na zywo.)

Klauzula informacyjna ›