Bielska gwiazda starego kina
Jego comiesięczne prelekcje ilustrowane obszernymi fragmentami filmów archiwalnych cieszą się ogromnym powodzeniem. Przed laty ludzie włączali swoje biało-czarne telewizory, aby obejrzeć program Janickiego. Dziś ta sama publiczność oraz widzowie w wieku jego wnucząt zapełniają obszerną salę Zamku Sułkowskich, gdzie od trzech lat spotyka się z miłośnikami starego kina.
Stanisław Janicki, rocznik 1933, urodził się w Czechowicach-Dziedzicach. O swoich korzeniach mówi, że jest „tutejszy”. Jakże może być inaczej, skoro jego krewni pochodzą z Kęt, Pszczyny, Skoczowa, Białej, Bielska i kilku jeszcze miejscowości Podbeskidzia. Ukończył gimnazjum im. Kopernika, zaliczył maturę w Liceum Handlowym, a następnie wyjechał do Warszawy robić karierę. Był rok 1951.
Pierwszy film obejrzał w 1939 roku w warszawskim kinie Roma. Była to „Królewna Śnieżka” Walta Disneya. Obraz ów zrobił na małym chłopcu ogromne wrażenie. W tych to dniach narodziła się jego wielka miłość do X Muzy, która trwa do dziś. Czas wojny był dla niego kinową czarną dziurą – obejrzał wtedy ledwo parę niemieckich filmów. Ale namiętność wnet powróciła, gdy obejrzał pierwszy po wojnie – lecz w istocie przedwojenny – polski film fabularny. Był to „Znachor” w kinie Podhale w Skoczowie.
Do Warszawy pojechał na studia dziennikarskie. Wybrał – a jakże – specjalizację filmową. Po uzyskaniu dyplomu pisał o sprawach, które zafascynowały go podczas pamiętnego spotkania z „Królewną Śnieżką” . Pracował w pismach branżowych, m.in. w „Filmie” i „Kinie”, w łódzkiej Wytworni Filmów Oświatowych, w Wytwórni Filmów Poltel, był wykładowcą Wydziału RTV na Uniwersytecie Śląskim. Jest reżyserem i scenarzystą kilku filmów fabularnych, w tym serialu („Jak cudne są wspomnienia”), nakręcił kilka dokumentów (m.in. „Skoczowskie okruchy”), napisał parę książek o filmie. Jedną z nich poświęcił swojej największej pasji – kinu japońskiemu. Przede wszystkim jednak całe dnie spędzał w sali kinowej.
- Ile filmów obejrzałem do dzisiaj? Nie wiem. Z pewnością, były ich tysiące!
W historii telewizji polskiej dzierży niezwykły rekord. Jego autorski program cykliczny „W starym kinie” emitowany był od 1967 do 1999 roku. 32 lata na Woronicza, to wieczność, biorąc pod uwagę rządy kolejnych prezesów, dyrektorów, redaktorów naczelnych, etc. Wieczność, gdyż pracując w telewizji był świadkiem jej rewolucyjnych przeobrażeń: od biało-czarnego obrazu i jednego kanału, po technologię cyfrową. W ciągu tych lat Stanisław Janicki miał wielomilionową widownię. Z ekranu przemawiał do nich językiem popularnym, pozbawionych pseudonaukowych lub obcych zwrotów. Byli widzowie, którzy włączali telewizor tylko na „Stare kino”.
Władza ludowa, bez akceptacji której Janicki nie zostałby później rekordzistą, była zadowolona, że atrakcyjny program popularyzuje też zdobycze kina radzieckiego. Pan Stanisław przyjął bowiem zasadę, że na każde cztery emitowane w miesiącu programy, po dwa reprezentować będą kinematografię obu bloków politycznych. We wschodnim emitowane były filmy polskie oraz radzieckie, w zachodnim zaś – zachodnioeuropejskie i amerykańskie. Dzięki temu „Stare kino” było przez wiele lat jedynym z nielicznych programów pokazujących obrazy zrealizowane w Hollywood.
W połowie lat 90. wrócił na stałe do Bielska-Białej razem ze swą niezwykłą aktywnością. – Jeśli do dziś są osoby, które chcą, aby mówił im o dawnym kinie, to będę im o tym mówił – podkreśla stanowczo, bez żadnego patosu. – To mój moralny obowiązek wobec tych ludzi, wobec filmu.
Do niedawna Janicki kierował szkołą mediów w bielskiej Wyższej Szkole Biznesu i Informatyki, lecz przed rokiem, po zawale lekarze zalecili mu ostre hamowanie. W trosce o zdrowie porzucił więc większość dotychczasowych zajęć. Obecnie jest współpracownikiem Radia RMF Classic i raz w miesiącu dojeżdża do Krakowa, aby nagrać od razu cztery odcinki „Odeonu”. Współpracuje także z kanałem telewizyjnym Kino Polska. Liczy na akceptację swojego najnowszego projektu przez kierownictwo stacji. Będzie to „Gwiazdozbiór Stanisława Janickiego”, w którym ma nadzieję zaprezentować wszystkich wielkich światowego kina, włącznie z twórcami drugiego planu.
Mimo kłopotów zdrowotnych, jest ciągle w drodze. Bywa rzadkim gościem w mieszkaniu przy ulicy Grunwaldzkiej. Niedawno dwa dni jechał pociągiem na spotkanie autorskie do Wągrowca. Regularnie widuje się z miłośnikami starego kina w Domu Sztuki na warszawskim Ursynowie. Podczas jego wczorajszej prelekcji w Zamku Sułkowskich na widowni było niewiele wolnych miejsc. Ale i temat trudny – wczesne kino włoskie i dorobek twórczy Michelangelo Antonioniego.
Nikt się jednak nie zdziwi, gdy za miesiąc w tej sali trzeba będzie dostawiać krzesła. Janicki zapowiada bowiem pasjonującą randkę z X Muzą – wielkie sceny w wielkich filmach. Dlatego warto tam być w maju, żeby zobaczyć tych wielkich ludzi.
Robert Kowal
Artykuł wyświetlono 2696 razy.
REKLAMA
REKLAMA
Zobacz również

Klauzula informacyjna ›