Miniony weekend dał nam w końcu możliwość spędzenia wolnego czasu z rodziną na łonie natury. Ale byli i tacy, którzy wybrali wypad do centrum handlowego. Do Sfery w ten słoneczny dzień przyszły tłumy, a przed godziną 14 zaczęło się robić nawet tłoczniej niż zwykle. Panowało dziwne poruszenie. Widać było grupki młodych ludzi chodzących bez celu lub dyskutujących o czymś z podnieceniem.

Ale na tym nie koniec dziwnych zjawisk. Z minuty na minutę rosła liczba osób stojących przy barierkach, obserwujących plac przy wejściu, jakby na coś czekających. Nie dało się nie zauważyć dziesiątków wielkich obiektywów przygotowanych do „strzału”, o komórkach przyszykowanych do kręcenia lub robienia zdjęć, nie wspominając.

- Nie zrobią tego, zdygają – zwraca się do swojego kolegi stojący obok mnie chłopak. Inny nastolatek usilnie namawia znajomych, żeby z nim gdzieś poszli. Oni mu na to, że głupków z siebie robić nie będą. Sam więc zjechał schodami ruchomymi i dołączył do osób stojących na parterze.

                                                                                  Godzina zero

W miarę, jak zbliżała się godz. 14, coraz częściej słyszeć nerwowe dopytywanie - „która godzina?”. Zaciekawiona spojrzałam na zegarek. Była 13.58. W tej chwili schodami nie dało się przejść ani w dół, ani w górę. Na całej długości były obstawione gapiami. Klienci zajadający ze smakiem lody i dotychczas w spokoju popijący kawę zaczęli rozglądać się z niepokojem.

Sprawdzam zegarek – 13.59. Patrzę w dół. Przestrzeń między fontanną, lodziarnią i sklepem kosmetycznym niemalże w całości zajęta jest przez stojących, głównie młodych ludzi. Nagle wszystkie aparaty wędrują w górę, słychać przebiegający wśród gapiów szept, a jeszcze przed chwilą stojąca masa zaczyna falować. Kolejne grupki siadają po turecku w samym sercu Sfery! Zaczynają błyskać flesze, a siedząca młodzież… wyciąga karty. I po prostu, jakby nigdy nic, zaczyna w nie grać. Ochrona obiektu jest lekko zdezorientowana, ale właściwie nikt nic złego nie robi, więc nie ma powodu do interwencji. Przechodząca obok mnie starsza kobieta pyta swojego męża - „Co to za dziwolągi?”.

Pstryknęłam kilka zdjęć z góry, zdążyłam zejść na dół i sfotografować „dziwolągi” z bliska, kiedy młodzież zaczęła wstawać i rozchodzić się! Bez słowa, bez pożegnania, bez śmiechu, bez zbędnych rozmów. Po chwili także widownia się rozpierzchła. Osoby jedzące kanapki w barze kontynuowali jedzenie, kupujący – wydawanie pieniędzy, a ochrona – podpieranie ścian.

Tak oto wyglądał kolejny bielski flash mob. Dwa poprzednie odbyły się w lutym i marcu ubiegłego roku. Lutowy zorganizowany został na placu Chrobrego. W trakcie tego happeningu grupa młodzieży zaczęła nagle wskazywać coś na niebie, a następnie uciekła w popłochu przed tym czymś, co dostrzegła w chmurach. Wydarzenia marcowe natomiast rozegrały się przed kinem, na najwyższym piętrze Sfery. W pewnej chwili nagły atak kaszlu dopadł tłum młodych ludzi, którzy padli na ziemię, jak rażeni piorunem. Później równie szybko wstali uzdrowieni, niczym po zażyciu jakiegoś cudownego lekarstwa.

                                                                           Pokłony dla dinozaura

Każdy flash mob polega na spotkaniu wielu ludzi w jednym miejscu i czasie. Wszyscy jego uczestnicy przez chwilę wykonują tę samą czynność, po czym  rozchodzą się "jakby nigdy nic". Pomysł narodził się w Nowym Jorku. Pierwsze tego typu wydarzenie odbyło się w 2003 roku. Zabawa polegała wówczas na zgromadzeniu się w sklepie Macy’s i dopytywaniu sprzedawców o „dywanik miłości dla komuny”. Innym razem w jednym ze sklepów zabawkowych na Times Square oddawano pokłony ogromnemu pluszowemu dinozaurowi.

Z czasem powstały nawet specjalne organizacje udzielające pomocy przy realizacji tego rodzaju happeningów. Najbardziej znane to: Global Flash Mob Committee, Mob Project (USA), SydMob (Australia), Fmob RU (Rosja). Również w Polsce znaleźli się amatorzy takiej zabawy. Od roku 2003 happeningi regularnie organizuje Warszawski Front Abstrakcyjny. W bielskim flash mobie wzięło udział około 100 osób. Ale w największych miastach europejskich liczba uczestników jest wielokrotnie większa. Szacuje się, że do zabawy w Starym Browarze w Poznaniu przyłączyło się kilkaset osób, które przez 2-3 minuty strzelały do siebie z nieistniejących pistoletów. Trup słał się gęsto, a zabici padali na ziemię.

Jaka jest idea tego rodzaju zdarzeń? W zasadzie rzadko spotkać można kogoś, kto potrafi uzasadnić, dlaczego bierze udział w zabawie. Kiedy w sobotę udało mi się zatrzymać kilka osób z rozchodzącego się tłumu, by zapytać po co przyszły do Sfery, wszystkie odpowiedziały - „Nie wiem”. Tylko jedna młoda dziewczyna odparła z uśmiechem - „Dla żartu".

Skąd tak liczna grupa obcych sobie ludzi wiedziała, że w sobotę przed godz. 14 trzeba się stawić w Sferze z kartami do gry? Zapytałam o to gapiów, którzy  - jak się zdaje - nie byli przypadkowymi świadkami tego zdarzenia, bo już kilka minut przed czasem zajęli dogodne pozycje, jakby przeczuwając, co się święci. Okazuje się, że źródłem informacji były: nasza-klasa, gadu-gadu, fora internetowe, sms-y i poczta pantoflowa. Ta ostatnia jest dzisiaj pewniejsza niż tradycyjna.

 

  Magdalena Dydo