Po ostatnim posiedzeniu kilku połączonych komisji Rady Miejskiej na temat planu zagospodarowania stoków Szyndzielni i Dębowca, o sprawie wiadomo już prawie wszystko. Fachowcy dyskutują o kanapach, dośnieżaniu, parkingach, drzewach i leśnych robakach. Nikt jednak nie pyta: dlaczego Ratusz chce zainwestować pieniądze na terenie nie należącym do miasta ? Ile publicznej kasy wsiąknie w grunt, który po latach dzierżawy wróci do osoby prywatnej?
 
Papierowa historia zagospodarowania stoków Szyndzielni i Dębowca liczy ładnych parę lat. Różne pomysły na zwiększenie atrakcyjności sportowo-turystycznej tego rejonu pojawiały się przez kilka kadencji bielskiego samorządu. Najbardziej spektakularna rozgrywka jednak odbywa się za rządów Jacka Krywulta. W tej sprawie każdy ma coś do powiedzenia. Rozmowy w tłoku i końca nie widać.
 
Plan obecnego prezydenta dojrzewał w zaciszu gabinetów. Towarzyszyły mu liczne opinie oparte na wiedzy pochodzącej z drugiej ręki oraz czasem wzajemnie się wykluczające ekspertyzy. Najbardziej spektakularna była wolta urzędników Ministerstwa Środowiska, którzy najpierw wykluczyli sporny teren z obszaru Natura 2000, a następnie zmienili zdanie o 180 stopni. Z podobnej ochrony wyłączone są Wisła i Szczyrk, co może wskazywać, że miejsca położone na terenie dużego miasta są cenniejsze pod względem przyrodniczym niż kurorty, do których na wypoczynek zjeżdżają tysiące osób.
 
Przez długi czas nikt spoza wąskiego grona urzędników nie znał szczegółów koncepcji zagospodarowania stoków. Zostały ujawnione dopiero na początku marca na posiedzeniu trzech połączonych komisji Rady Miejskiej. – Prezydent Krywult ugiął się pod naciskami radnych – powiedział nam przewodniczący komisji zdrowia, polityki społecznej i sportu Andrzej Poraniewski. – Rada od dawna prosiła o dostęp do planów.
 
W rezultacie tego krywultowego gestu blogi edytowane na naszym portalu są rozgadane. O sprawie piszą ciekawie Grażyna Staniszewska, Andrzej Listowski i Janusz Okrzesik. Nie ma sensu powielać tej wiedzy. Każdy, kto zainteresowany jest sprawą, zobaczy na blogach konkrety. Krytykując różne rozwiązania, nikt nie odnosi się jednak do problemów własnościowych na Dębowcu. Czyżby nikomu nie przeszkadzało, że ponad 3 ha gruntu w rejonie inwestowania środków publicznych należy do osoby prywatnej?
 
Nasz portal dowiedział się nieoficjalnie, że obecnie trwają poufne pertraktacje z właścicielem, dotyczące dzierżawy działki na okres 30 lat. Ratusz chciałby kupić grunt, lecz oferta została odrzucona. Trudno się temu dziwić, gdyż osoba dysponująca spłachetkiem ziemi na Dębowcu może de facto dyktować warunki właścicielowi pozostałej części terenu. Bo zdania co do możliwości ominięcia prywatnej enklawy w planach inwestycyjnych są podzielone. – Jeśli będzie taka konieczność – usłyszeliśmy od rzecznika prezydenta, Tomasza Ficonia – to ominiemy. Inaczej zaś ocenia sprawę radny Janusz Okrzesik. – Nie da się tego obejść – poinformował nas przewodniczący komisji budżetu, strategii i rozwoju gospodarczego.
 
Podobno pertraktacje zmierzają ku końcowi. Oznacza to możliwość podpisania umowy dzierżawnej zanim zapadną konkretne decyzje w sprawie zagospodarowania Szyndzielni i Dębowca. Warunkiem rozpoczęcia projektowania budowlanego jest bowiem opracowanie raportu oddziaływania inwestycji na środowisko, w tym na obszarze zaliczonym do Natury 2000. Następnie trzeba będzie zmienić plan zagospodarowania przestrzennego tego rejonu. Raport może więc obecną koncepcję wywrócić do góry nogami. Ile straci gmina, jeśli się okaże, że na dzierżawionym terenie nie można inwestować w takim zakresie, w jakim jest to dla miasta opłacalne?
 
Natomiast przyjmując pozytywny scenariusz, trzeba zapytać o to, co po zakończeniu okresu dzierżawy stanie się z majątkiem miejskim zainwestowanym na terenie prywatnym? Przejdzie na własność właściciela gruntu czy może zostanie wymontowany? Radny Poraniewski twierdzi, że problemu nie byłoby, gdyby w tym rejonie postawiono wyłącznie obiekty podlegające szybkiemu zużyciu, np. piaskownice dla dzieci lub punkty małej gastronomii. Sęk w tym, że bez raportu nie będziemy wiedzieli, na jakie inwestycje możemy sobie pozwolić.
 
Im dłużej trwają spory wokół planów zagospodarowania bielskich stoków, tym więcej osób i instytucji zgłasza swój interes prawny, aby występować jako strona postępowania. Ostatnio zgłosiły się dwie organizacje ekologiczne: Klub Gaja oraz Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot. Wszystkie istoty, w tym właściciel trzech hektarów, mogły oglądać posiedzenie połączonych komisji za pośrednictwem telewizji internetowej. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w ten sposób maleją szanse osiągnięcia kompromisu, który byłby do zaakceptowania przez wszystkich zainteresowanych.
 
 
                                                                                                                                                                Robert Kowal