Rotacja lokali w Bielsku-Białej jest niezwykle intensywna. Co rusz powstają nowe kluby, bary, kawiarnie i restauracje, które długo nie zagrzewają miejsca na rynku. Co sprawia, że dobrze rokujący lokal ustępuje miejsca kolejnej pizzerii? Zła lokalizacja, mało chwytliwa nazwa, a może kiepska promocja?
 
Włoska kuchnia kusi nas zapachem na prawie każdym rogu. W innym z kolei miejscu możemy degustować chińskie specjały. Furorę robią żydowskie potrawy, turecki kebab czy czeskie smakołyki. Podniebienia bielszczan są mieszanką różnorodnych smaków. Fascynacja innością, odmienną kulturą gastronomiczną czyni z nas poszukiwaczy nowych doznań kulinarnych. 
 
Restauracja orientalna „Jasmin” przy ulicy Karpackiej została otwarta zaledwie trzy tygodnie temu. Wszystko zaczęło się tak, jak w bajce. Właścicielem lokalu jest Wietnamczyk, który od kilku lat mieszka w Bielsku-Białej. Teraz postanowił otworzyć coś swojego. Coś co przypominać mu będzie rodzinne strony, a jednocześnie stanie się doskonałą okazją do promowania własnego kraju z granicą.
 
Wpadł na pomysł zainwestowania w branżę gastronomiczną. Cóż bowiem bardziej niż kuchnia oddać może prawdziwy klimat, specyfikę i kulturę Wietnamu? Zatrudnił więc wietnamskiego kucharza z dużym doświadczeniem, który - jak mówi - „potrafi dostosować orientalną kuchnię do europejskiego podniebienia”. Ta elastyczność jest w gastronomii niezwykle istotna, gdyż nie każdy np. toleruje zapach i smak sosu rybnego.
 
Pan Tuan – bo tak nazywa się nowy bielski restaurator - ustalił ciekawe i co ważne, niedrogie menu. Za 20 zł można zjeść u niego niestandardowy posiłek. Wizytówką firmy są owoce morza przyrządzane na różne sposoby. Są to m.in. krewetki w cieście sezamowym, kalmary z jarzynami, ośmiornice w sosie pikantnym. Część czytelników być może w tym momencie zacznie kręcić nosem. Pamiętajmy jednak, że smakując dobrze przygotowane potrawy, można pozbyć się bezpodstawnych uprzedzeń. Obeznani z orientalnymi potrawami smakosze wiedzą doskonale, że kolorowa i lekka kuchnia wietnamska opiera się głównie na warzywach, ziołach i kombinacjach rozmaitych przypraw. Sporo w niej też dań z wieprzowiny, wołowiny i drobiu. Dlatego karta menu u Tuana wymienia kurczaka przyrządzanego aż na szesnaście różnych sposobów (kurczak Kung Pao, z kolbami kukurydzy, z orzechami, po sajgońsku, itp.).
 
Na uwagę zasługuje oryginalna aranżacja wnętrza lokalu. Panuje tutaj półmrok i względna cisza. W tle słychać jedynie nastrojowe, wschodnie rytmy z płyty. - Miejsce to ma służyć wyciszeniu oraz spokojnemu degustowaniu orientalnych potraw - podkreśla właściciel lokalu. Potencjalnego klienta może zaskoczyć bambusowy bar, który błyszczy w samym centrum restauracji. Na lokal składają się trzy odmiennie urządzone sale, połączone dodatkami o podobnych, wschodnich akcentach. Są pośród nich lampy, parawany oraz inne gustowne drobiazgi, które podczas konsumpcji pomogą nam odpływać gdzieś daleko, poza granice miasta i kraju.
 
Niestety, pomimo wielu swoich mocnych stron lokal świeci pustkami. Pojedynczy klienci sączą piwo przy stolikach, nie adaptując się wcale do klimatu i atmosfery tego miejsca. Spora odległość od centrum miasta, a przede wszystkim brak inicjatyw towarzyszących pozyskaniu nowych klientów mogą okazać się przysłowiowym gwoździem do trumny tej restauracji.
 
Szumnie nazwany„tydzień kuchni wietnamskiej”, który w zamyśle pana Tuana miał przyciągnąć konsumentów, polega wyłącznie na codziennej zmianie promocyjnego dania na nowe. Można je wtedy zjeść po okazyjnej cenie. Wszystko nam mówi, że to trwające od 7-14 lutego wydarzenie przejdzie bez echa. Z dużej chmury miał być azjatycki monsun. Jest jednak tylko mały, europejski deszczyk.
 
Jesteśmy coraz wybredniejszymi konsumentami. Oczekujemy profesjonalnej obsługi, dobrego produktu i oryginalnego opakowania. Aby osiągnąć sukces, potrzeba więc dużo inwencji, wielu niestandardowych pomysłów, umiejętności dopasowania swojej oferty do aktualnych potrzeb rynku. Odbiorcę należy zaskoczyć zarówno treścią, jak formą. Schlebiające tym zasadom bielskie perełki kulinarne funkcjonują w najlepsze mimo różnych kryzysów i co ważne, zarabiają na chleb z masłem dla właścicieli oraz rozwój firmy. Przykry los spotyka za to te przybytki, które może i mają ciekawy produkt, ale nie potrafią go atrakcyjnie wyeksponować.
 
 
        
                                                                                                  Katarzyna Wala