Bielszczanie przy Okrągłym Stole
Rozmowa z Grażyną Staniszewską, bielskim uczestnikiem rozmów przy Okrągłym Stole.
Ilu bielszczan brało udział w rozmowach Okrągłego Stołu?
- W rozmowach uczestniczyli członkowie podziemnej Krajowej Komisji Wykonawczej NSZZ ”Solidarność” oraz doradcy. Z Podbeskidzia przy Okrągłym Stole było nas dwoje. Jako członek KKW i zarazem szefowa podziemnych struktur „S” w regionie uczestniczyłam w obradach przez całe dwa miesiące. Drugi przedstawiciel regionu, Henryk Urban z rady pracowniczej FSM, przyjeżdżał do Warszawy wtedy, gdy jego „podstolik” zajmował się problemami samorządu pracowniczego.
Wszyscy członkowie KKW rozmawiali z komunistami w Pałacu Namiestnikowskim? Dziś w walce politycznej podkreśla się często, że byli tacy, którzy nie chcieli paktować z czerwonymi.
- Owszem byli, jednak nie mieli żadnego innego pomysłu. Dla nas także przystąpienie do tych rozmów było trudną decyzją. Nie chcieliśmy się dać uwikłać. W pewnym momencie przegłosowaliśmy zgodę na udział „S” w Okrągłym Stole, ale – stwierdziliśmy – niech do stołu siadają sami eksperci. I wtedy Lech Wałęsa oświadczył: „Oho, kochani, tak dobrze nie będzie. Albo idziemy tam wszyscy, albo zrywam rozmowy”. Ostatecznie przy Okrągłym Stole znalazła się cała KKW, do końca nie dał się przekonać tylko Andrzej Milczanowski ze Szczecina.
W przerwach obrad przedstawiciele „S” udzielali wywiadów dla reżimowej Telewizji Polskiej, za każdym razem trzymając w dłoniach białą teczkę z napisem „Solidarność”. Miała Pani własną, czy musieliście sobie pożyczać wspólną?
- Na początku obrad nie używaliśmy teczek z solidarycą. Szybko przekonaliśmy się jednak, że każda nasza wypowiedź jest dowolnie manipulowana i montowana w przekazach telewizyjnych. Dlatego pojawiły się teczki. W rzeczywistości to były tabliczki formatu A-4, imitujące zeszyt. Dzięki temu telewidz wiedział z kim ma do czynienia. Poza tym jeśli emisja zaplanowana była na dwie minuty, to my staraliśmy się zmieścić wypowiedź w dwóch minutach. Aby telewizja nie miała z czego ciąć. Koledzy patrzyli na sekundnik i dawali nam znaki.
Obrady Okrągłego Stołu trwały dwa miesiące. Gdzie Pani wtedy mieszkała w Warszawie?
- O miejscu w hotelu nie było wtedy mowy, więc każdy mieszkał, gdzie mógł. Ja zatrzymałam się u znajomych, z którymi przez kilka lat współpracowałam od czasu stanu wojennego.
Czuliście jakieś wsparcie ze strony mieszkańców Warszawy? Bo dziennik telewizyjny nadawany z Woronicza pokazywał wtedy robotników walczących o realizację planu produkcji albo kłopoty z dostawą sznurka do snopowiązałek.
- Oczywiście! Zainteresowanie tym, co dzieje się w Pałacu Namiestnikowskim, było ogromne, wręcz entuzjastyczne. I nie tylko w Warszawie. Poza tym przez dwa miesiące obrad i relacji telewizyjnych widziałam, jak na dłoni, jak ludzie się zmieniali. Przestawali się bać. Przed Okrągłym Stołem starałam się namówić działaczy „S” na Podbeskidziu do podpisywania się własnym nazwiskiem w podziemnych biuletynach. Tylko wąziutka grupa dała się przekonać, a w trakcie obrad, kiedy jeszcze nie było wcale wiadomo jak to się zakończy, zaczęły jak grzyby po deszczu powstawać jawne komisje zakładowe „S” i wszyscy chcieli, żeby ich nazwiska opublikować.
Ludzie cieszyli się, że w telewizorze pojawiły się nowe twarze, że mówią do nich innym, ludzkim językiem. Budziliśmy powszechną sympatię. Od tzw. partyjnego betonu różniliśmy się nawet sposobem ubierania. Tamci byli „sztywni” – w tych swoich garsonkach, żakietach i garniturach. My natomiast mieliśmy na sobie jakieś swetry, bluzy, flanelowe koszule. Taki sportowy styl obowiązywał po stronie społeczno-solidarnościowej nawet w pałacu, na obradach plenarnych Okrągłego Stołu. Po prostu, nie mieliśmy innych ubrań.
Wasz styl był szokiem estetycznym dla aparatu władzy, który przywykł do krawata na każdą okoliczność i dowodu osobistego – co wyśmiewał Bareja – w piżamie.
- Pamiętam, jak już po wyborach, w czerwcu 1989r, Straż Marszałkowska nie chciała wpuścić do Sejmu świeżo wybranego posła Janusza Okrzesika. Miał wtedy włosy długie do ramion, sportową koszulkę z krótkimi rękawami w poprzeczne pasy. Mnie „ubrały” ekspedientki z bielskich sklepów odzieżowych, gdy wróciłam z Warszawy. Uległam ich argumentowi, że w eleganckim żakiecie będę je godniej reprezentowała.
Młodzież pyta dzisiaj, czy przy tym Okrągłym Stole można było ugrać więcej, czy nie sprzedaliście za tanio swoich ideałów?
- Sprzedaliśmy ideały? Jakie? Polska w następstwie Okrągłego Stołu stała się wolnym, demokratycznym krajem. To prawda, że nie od razu, ale od razu, szybko robi się tylko rewolucje. Krwawe rewolucje. Także prawdą jest, że to, co dziś widać w Sejmie, znacznie odbiega od ideału. Ale wszystko, jak sądzę, wymaga czasu.
Gdy rozpoczynaliśmy rozmowy przy Okrągłym Stole, ani przez chwilę nie uświadamialiśmy sobie, że inicjujemy prostą drogę do zmiany ustroju państwa, upadku Układu Warszawskiego i ZSRR, a w końcu do NATO i Unii Europejskiej. Jedynym naszym celem była wówczas ponowna legalizacja związku „Solidarność”. Po kilku latach stanu wojennego podziemna działalność zanikała, szczególnie w takich ośrodkach jak nasz. Ludzie chcieli normalnie żyć, posyłać dzieci na studia, wyjeżdżać na wakacje. Mieli dość konspiry, strachu. Mnie przez wiele lat milicja zatrzymywała na 48 godzin średnio co miesiąc. Nie mogę powiedzieć, żeby to było przyjemne. Woli walki i determinacji było wśród nas coraz mniej. Odzyskanie legalnej organizacji dawałoby oddech, stwarzałoby możliwość bardziej bezpiecznego działania. Ludzie przestaliby się bać.
Skąd więc wziął się wielki sukces "Solidarności" przy Okrągłym Stole?
- Początkowo odbieraliśmy wieści z „podstolika politycznego”, którym kierował z naszej strony Bronisław Geremek, a ze strony partyjno-rządowej – Aleksander Kwaśniewski, jak science fiction. Wpuszczenie opozycji do Sejmu? Zupełnie wolne wybory do Senatu? Byłam przekonana, że to najzwyklejsza podpucha. Do końca uważaliśmy, że najważniejsze jest odzyskanie bazy – legalnej „Solidarności”. Jednak z biegiem rozmów okazało się, że to właśnie uzgodnienia przy stoliku politycznym zmieniły bieg historii. To był, jak sądzę, splot różnych okoliczności. Z pewnością, duży wpływ na końcowy rezultat obrad miały rozgrywki wewnętrzne w aparacie partyjnym, ale i determinacja z naszej strony. No i niezwykłe wprost umiejętności negocjacyjne Bronisława Geremka. Przez cały czas jednak w każdym z nas tkwiła obawa, że w dowolnej chwili wszystkie uzgodnienia zostaną przez władzę zerwane, a dialog skończy się co najmniej internowaniem.
A przy jakim "podstoliku" Pani wtedy pracowała?
- Przy gospodarczym. Umowa w naszej grupie była taka: walczymy o relegalizację „Solidarności” przy stoliku związkowym, przy politycznym – staramy się ugrać co się da, a przy gospodarczym słuchamy, co strona partyjno-rządowa ma do zaprezentowania i w nic nie dajemy się uwikłać. Nie chcieliśmy, aby zrzucono na nas odpowiedzialność za doprowadzenie kraju niemal do bankructwa i za bolesne sposoby wyjścia z zapaści. Poza tym to tylko ekipa partyjno-rządowa dysponowała pełnymi danymi ilustrującymi aktualny stan gospodarki kraju.
Obradami ze strony partyjnej kierował Władysław Baka, a z naszej - prof. Witold Trzeciakowski. Byli też z nami m.in. Janusz Bekasik, Aleksander Paszyński, Helena Góralska, Ryszard Bugaj. Nasza rola polegała głównie na akcentowaniu, jak powinno być w Polsce, do czego musimy zmierzać, żeby gospodarka odbiła się od dna. Podkreślaliśmy, że gospodarka potrzebuje właściciela, że tzw. własność społeczna jest źródłem niewydolności systemu. Nikomu z nas nie przyszło jednak do głowy, żeby obalać socjalizm. Gospodarka miała więc być socjalistyczna, lecz lepsza, liberalna, bardziej przyjazna dla społeczeństwa, funkcje właścicieli miały pełnić samorządy pracownicze. Tylko to wydawało się realne.
Jak przyjęto was w Bielsku-Białej po zakończeniu obrad? Kto wtedy rządził w mieście? Pamięta Pani nazwiska działaczy partyjnych?
- Ludzie nosili nas prawie na rękach. Na spotkania, głównie w salkach katechetycznych, przychodzili do nas z kwiatami. Panował wielki entuzjazm i duża radość. To było wspólne, narodowe zwycięstwo. Ale lokalna władza zachowywała dystans, a my, prawdę powiedziawszy, też nie szukaliśmy z nią kontaktu. Organizowaliśmy od nowa struktury związkowe i uczestniczyliśmy w krótkiej, trwającej zaledwie miesiąc, kampanii do Sejmu.
Nie wiem co się działo po stronie ówczesnej władzy lokalnej, nawet nie pamiętam kto był wówczas wojewodą i prezydentem miasta. I sekretarzem KW PZPR był wtedy Antoni Kobielusz – późniejszy poseł PZPR i SLD.
Po kolejnych dwóch miesiącach od zakończenia obrad Okrągłego Stołu odbyły się wybory do tzw. Sejmu kontraktowego. Wszyscy kandydaci wystawieni przez komitety obywatelskie robili sobie wówczas zdjęcie z Lechem Wałęsą. Czy przewodniczący związku przyjechał do Bielska-Białej, żeby Panią osobiście poprzeć?
- Lech Wałęsa przyjechał do Bielska wcześniej, jeszcze w trakcie Okrągłego Stołu. Chciałam, żeby ludzie dowiedzieli się bezpośrednio od niego, co i dlaczego się dzieje.
Początkowo nie chciałam w ogóle kandydować. Uważałam, że nie mam odpowiednich kompetencji. Nigdy nie kierowałam większymi strukturami, nie miałam dostępu do informacji. Ale w takiej sytuacji byli wszyscy, którzy działali w „Solidarności”. Przekonano mnie w końcu argumentem, że po Okrągłym Stole, to po prostu mój obowiązek. Stałam się osobą znaną, akceptowaną. Dziś trudno w to uwierzyć, ale wówczas wydawało się, że nie jesteśmy zdobyć nawet tej jednej czwartej Sejmu, którą nam pozostawiła strona partyjno-rządowa. Tym bardziej, że i na te miejsca, przeznaczone ponoć dla opozycji, PZPR wystawiała „swoich bezpartyjnych”.
To Andrzej Wajda wymyślił wspólne zdjęcia z Wałęsą. Na naszych listach znaleźli się aktorzy, znani reżyserzy z Wajdą właśnie na czele. Wszyscy, którzy byli bardziej lub mniej, ale znani. Sukces w wyborach i to już w pierwszej turze, był kolejnym ogromnym zaskoczeniem.
Co zmieniło się w naszym mieście w bezpośredniej konsekwencji obrad Okrągłego Stołu?
- Tak od razu – niewiele. Na gruntowne zmiany w mieście czekać musieliśmy do 1991r., gdy w miejsce rad narodowych powstały samorządy terytorialne i przeprowadzono w pełni demokratyczne wybory. Choć chyba już na samym początku odzyskaliśmy, symbolicznie, budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Kiedyś partia zabrała go sądowi, a my „wymanifestowaliśmy” go dla oświaty. Od tamtego czasu znajduje się w nim LO nr 4.
Rozmawiał: Robert Kowal
Foto: E. Ciołek
Ilu bielszczan brało udział w rozmowach Okrągłego Stołu?
- W rozmowach uczestniczyli członkowie podziemnej Krajowej Komisji Wykonawczej NSZZ ”Solidarność” oraz doradcy. Z Podbeskidzia przy Okrągłym Stole było nas dwoje. Jako członek KKW i zarazem szefowa podziemnych struktur „S” w regionie uczestniczyłam w obradach przez całe dwa miesiące. Drugi przedstawiciel regionu, Henryk Urban z rady pracowniczej FSM, przyjeżdżał do Warszawy wtedy, gdy jego „podstolik” zajmował się problemami samorządu pracowniczego.
Wszyscy członkowie KKW rozmawiali z komunistami w Pałacu Namiestnikowskim? Dziś w walce politycznej podkreśla się często, że byli tacy, którzy nie chcieli paktować z czerwonymi.
- Owszem byli, jednak nie mieli żadnego innego pomysłu. Dla nas także przystąpienie do tych rozmów było trudną decyzją. Nie chcieliśmy się dać uwikłać. W pewnym momencie przegłosowaliśmy zgodę na udział „S” w Okrągłym Stole, ale – stwierdziliśmy – niech do stołu siadają sami eksperci. I wtedy Lech Wałęsa oświadczył: „Oho, kochani, tak dobrze nie będzie. Albo idziemy tam wszyscy, albo zrywam rozmowy”. Ostatecznie przy Okrągłym Stole znalazła się cała KKW, do końca nie dał się przekonać tylko Andrzej Milczanowski ze Szczecina.
Białe teczki z solidarycą
- Na początku obrad nie używaliśmy teczek z solidarycą. Szybko przekonaliśmy się jednak, że każda nasza wypowiedź jest dowolnie manipulowana i montowana w przekazach telewizyjnych. Dlatego pojawiły się teczki. W rzeczywistości to były tabliczki formatu A-4, imitujące zeszyt. Dzięki temu telewidz wiedział z kim ma do czynienia. Poza tym jeśli emisja zaplanowana była na dwie minuty, to my staraliśmy się zmieścić wypowiedź w dwóch minutach. Aby telewizja nie miała z czego ciąć. Koledzy patrzyli na sekundnik i dawali nam znaki.
Obrady Okrągłego Stołu trwały dwa miesiące. Gdzie Pani wtedy mieszkała w Warszawie?
- O miejscu w hotelu nie było wtedy mowy, więc każdy mieszkał, gdzie mógł. Ja zatrzymałam się u znajomych, z którymi przez kilka lat współpracowałam od czasu stanu wojennego.
Czuliście jakieś wsparcie ze strony mieszkańców Warszawy? Bo dziennik telewizyjny nadawany z Woronicza pokazywał wtedy robotników walczących o realizację planu produkcji albo kłopoty z dostawą sznurka do snopowiązałek.
- Oczywiście! Zainteresowanie tym, co dzieje się w Pałacu Namiestnikowskim, było ogromne, wręcz entuzjastyczne. I nie tylko w Warszawie. Poza tym przez dwa miesiące obrad i relacji telewizyjnych widziałam, jak na dłoni, jak ludzie się zmieniali. Przestawali się bać. Przed Okrągłym Stołem starałam się namówić działaczy „S” na Podbeskidziu do podpisywania się własnym nazwiskiem w podziemnych biuletynach. Tylko wąziutka grupa dała się przekonać, a w trakcie obrad, kiedy jeszcze nie było wcale wiadomo jak to się zakończy, zaczęły jak grzyby po deszczu powstawać jawne komisje zakładowe „S” i wszyscy chcieli, żeby ich nazwiska opublikować.
Ludzie cieszyli się, że w telewizorze pojawiły się nowe twarze, że mówią do nich innym, ludzkim językiem. Budziliśmy powszechną sympatię. Od tzw. partyjnego betonu różniliśmy się nawet sposobem ubierania. Tamci byli „sztywni” – w tych swoich garsonkach, żakietach i garniturach. My natomiast mieliśmy na sobie jakieś swetry, bluzy, flanelowe koszule. Taki sportowy styl obowiązywał po stronie społeczno-solidarnościowej nawet w pałacu, na obradach plenarnych Okrągłego Stołu. Po prostu, nie mieliśmy innych ubrań.
Nie chcieli wpuścić Okrzesika
Wasz styl był szokiem estetycznym dla aparatu władzy, który przywykł do krawata na każdą okoliczność i dowodu osobistego – co wyśmiewał Bareja – w piżamie.
- Pamiętam, jak już po wyborach, w czerwcu 1989r, Straż Marszałkowska nie chciała wpuścić do Sejmu świeżo wybranego posła Janusza Okrzesika. Miał wtedy włosy długie do ramion, sportową koszulkę z krótkimi rękawami w poprzeczne pasy. Mnie „ubrały” ekspedientki z bielskich sklepów odzieżowych, gdy wróciłam z Warszawy. Uległam ich argumentowi, że w eleganckim żakiecie będę je godniej reprezentowała.
Młodzież pyta dzisiaj, czy przy tym Okrągłym Stole można było ugrać więcej, czy nie sprzedaliście za tanio swoich ideałów?
- Sprzedaliśmy ideały? Jakie? Polska w następstwie Okrągłego Stołu stała się wolnym, demokratycznym krajem. To prawda, że nie od razu, ale od razu, szybko robi się tylko rewolucje. Krwawe rewolucje. Także prawdą jest, że to, co dziś widać w Sejmie, znacznie odbiega od ideału. Ale wszystko, jak sądzę, wymaga czasu.
Gdy rozpoczynaliśmy rozmowy przy Okrągłym Stole, ani przez chwilę nie uświadamialiśmy sobie, że inicjujemy prostą drogę do zmiany ustroju państwa, upadku Układu Warszawskiego i ZSRR, a w końcu do NATO i Unii Europejskiej. Jedynym naszym celem była wówczas ponowna legalizacja związku „Solidarność”. Po kilku latach stanu wojennego podziemna działalność zanikała, szczególnie w takich ośrodkach jak nasz. Ludzie chcieli normalnie żyć, posyłać dzieci na studia, wyjeżdżać na wakacje. Mieli dość konspiry, strachu. Mnie przez wiele lat milicja zatrzymywała na 48 godzin średnio co miesiąc. Nie mogę powiedzieć, żeby to było przyjemne. Woli walki i determinacji było wśród nas coraz mniej. Odzyskanie legalnej organizacji dawałoby oddech, stwarzałoby możliwość bardziej bezpiecznego działania. Ludzie przestaliby się bać.
Skąd więc wziął się wielki sukces "Solidarności" przy Okrągłym Stole?
- Początkowo odbieraliśmy wieści z „podstolika politycznego”, którym kierował z naszej strony Bronisław Geremek, a ze strony partyjno-rządowej – Aleksander Kwaśniewski, jak science fiction. Wpuszczenie opozycji do Sejmu? Zupełnie wolne wybory do Senatu? Byłam przekonana, że to najzwyklejsza podpucha. Do końca uważaliśmy, że najważniejsze jest odzyskanie bazy – legalnej „Solidarności”. Jednak z biegiem rozmów okazało się, że to właśnie uzgodnienia przy stoliku politycznym zmieniły bieg historii. To był, jak sądzę, splot różnych okoliczności. Z pewnością, duży wpływ na końcowy rezultat obrad miały rozgrywki wewnętrzne w aparacie partyjnym, ale i determinacja z naszej strony. No i niezwykłe wprost umiejętności negocjacyjne Bronisława Geremka. Przez cały czas jednak w każdym z nas tkwiła obawa, że w dowolnej chwili wszystkie uzgodnienia zostaną przez władzę zerwane, a dialog skończy się co najmniej internowaniem.
A przy jakim "podstoliku" Pani wtedy pracowała?
- Przy gospodarczym. Umowa w naszej grupie była taka: walczymy o relegalizację „Solidarności” przy stoliku związkowym, przy politycznym – staramy się ugrać co się da, a przy gospodarczym słuchamy, co strona partyjno-rządowa ma do zaprezentowania i w nic nie dajemy się uwikłać. Nie chcieliśmy, aby zrzucono na nas odpowiedzialność za doprowadzenie kraju niemal do bankructwa i za bolesne sposoby wyjścia z zapaści. Poza tym to tylko ekipa partyjno-rządowa dysponowała pełnymi danymi ilustrującymi aktualny stan gospodarki kraju.
Obradami ze strony partyjnej kierował Władysław Baka, a z naszej - prof. Witold Trzeciakowski. Byli też z nami m.in. Janusz Bekasik, Aleksander Paszyński, Helena Góralska, Ryszard Bugaj. Nasza rola polegała głównie na akcentowaniu, jak powinno być w Polsce, do czego musimy zmierzać, żeby gospodarka odbiła się od dna. Podkreślaliśmy, że gospodarka potrzebuje właściciela, że tzw. własność społeczna jest źródłem niewydolności systemu. Nikomu z nas nie przyszło jednak do głowy, żeby obalać socjalizm. Gospodarka miała więc być socjalistyczna, lecz lepsza, liberalna, bardziej przyjazna dla społeczeństwa, funkcje właścicieli miały pełnić samorządy pracownicze. Tylko to wydawało się realne.
Zdjęcie z Wałęsą
Jak przyjęto was w Bielsku-Białej po zakończeniu obrad? Kto wtedy rządził w mieście? Pamięta Pani nazwiska działaczy partyjnych?
- Ludzie nosili nas prawie na rękach. Na spotkania, głównie w salkach katechetycznych, przychodzili do nas z kwiatami. Panował wielki entuzjazm i duża radość. To było wspólne, narodowe zwycięstwo. Ale lokalna władza zachowywała dystans, a my, prawdę powiedziawszy, też nie szukaliśmy z nią kontaktu. Organizowaliśmy od nowa struktury związkowe i uczestniczyliśmy w krótkiej, trwającej zaledwie miesiąc, kampanii do Sejmu.
Nie wiem co się działo po stronie ówczesnej władzy lokalnej, nawet nie pamiętam kto był wówczas wojewodą i prezydentem miasta. I sekretarzem KW PZPR był wtedy Antoni Kobielusz – późniejszy poseł PZPR i SLD.
Po kolejnych dwóch miesiącach od zakończenia obrad Okrągłego Stołu odbyły się wybory do tzw. Sejmu kontraktowego. Wszyscy kandydaci wystawieni przez komitety obywatelskie robili sobie wówczas zdjęcie z Lechem Wałęsą. Czy przewodniczący związku przyjechał do Bielska-Białej, żeby Panią osobiście poprzeć?
- Lech Wałęsa przyjechał do Bielska wcześniej, jeszcze w trakcie Okrągłego Stołu. Chciałam, żeby ludzie dowiedzieli się bezpośrednio od niego, co i dlaczego się dzieje.
Początkowo nie chciałam w ogóle kandydować. Uważałam, że nie mam odpowiednich kompetencji. Nigdy nie kierowałam większymi strukturami, nie miałam dostępu do informacji. Ale w takiej sytuacji byli wszyscy, którzy działali w „Solidarności”. Przekonano mnie w końcu argumentem, że po Okrągłym Stole, to po prostu mój obowiązek. Stałam się osobą znaną, akceptowaną. Dziś trudno w to uwierzyć, ale wówczas wydawało się, że nie jesteśmy zdobyć nawet tej jednej czwartej Sejmu, którą nam pozostawiła strona partyjno-rządowa. Tym bardziej, że i na te miejsca, przeznaczone ponoć dla opozycji, PZPR wystawiała „swoich bezpartyjnych”.
To Andrzej Wajda wymyślił wspólne zdjęcia z Wałęsą. Na naszych listach znaleźli się aktorzy, znani reżyserzy z Wajdą właśnie na czele. Wszyscy, którzy byli bardziej lub mniej, ale znani. Sukces w wyborach i to już w pierwszej turze, był kolejnym ogromnym zaskoczeniem.
Co zmieniło się w naszym mieście w bezpośredniej konsekwencji obrad Okrągłego Stołu?
- Tak od razu – niewiele. Na gruntowne zmiany w mieście czekać musieliśmy do 1991r., gdy w miejsce rad narodowych powstały samorządy terytorialne i przeprowadzono w pełni demokratyczne wybory. Choć chyba już na samym początku odzyskaliśmy, symbolicznie, budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Kiedyś partia zabrała go sądowi, a my „wymanifestowaliśmy” go dla oświaty. Od tamtego czasu znajduje się w nim LO nr 4.
Rozmawiał: Robert Kowal
Foto: E. Ciołek
Artykuł wyświetlono 1901 razy.
REKLAMA
REKLAMA
Zobacz również
Komentarze 8
Historyk
"Kiedyś Królowie byli po to, żeby znosić błaznów. Dzisiaj Królów nie ma i błaznów musi znosić cały naród"
pac
mateo/kłamiesz.Boni nie brał udziału w obradach okrągłego stołu.za to byli tam obaj bracia Kaczyńscy.Wałęsa jako żarliwy katolik często bije sie w piersi.bij sie i ty bo kłamstwo to grzech paskudny.
Mateo
Ciekawe jak to widzi Pan H. Urban drugi uczestnik z Podbeskidzia, czy też tak różowo? Według mnie był to zgniły kompromis. Tylko postkomuniści i PO uważają to za wielkie święto, czy to nie dziwne (Pan Boni uczestnik i TW). Nawet Wałęsa ostatnio biję się w piersi. Pozdrawaiam
Historyk
"Historia świata nie jest historią postępu wolności, lecz historią jej niezliczonych poronień"
meza
bielszczanin/"pożyteczni idioci" to sa ci którzy wierza w wygodną dla siebie wersję historii i nie potrafia przedstawić dowodów na obronę swoich racji.albo są bezkrytycznymi klakierami swoich idoli politycznych.
Bielszczanin
Warto przypomnieć, że „gospodarzem” okrągłego stołu był generał Czesław Kiszczak, zapraszający do wzięcia udziału w obradach osobistości ze strony rządowej i osoby tak zwanej „strony społecznej”., które selekcjonował. Przypomnieć trzeba, że wśród liczącej 25 osób reprezentacji „strony społecznej”, było co najmniej 6 byłych działaczy PZPR i co najmniej 4 konfidentów Służby Bezpieczeństwa, którzy dzisiaj już zostali ujawnieni. Mogło być tych konfidentów po stronie społecznej więcej. Zwyciężyli ci przy "stoliczku", którzy przez dziesięciolecia wysługiwali się Związkowi Sowieckiemu i nie wahali się na jego rozkaz wdeptywać współrodaków w ziemię. Mogą oni czcić rocznicę rozpoczęcia obrad okrągłego stołu, ponieważ oddali swoje sumienie w arendę partii komunistycznej. Czczą też agenci, i "pożyteczni idioci", dla których serwuje się ten festiwal (podają im do wierzenia wersje nie tyle z prawdą zgodne, co te, które pasują do aktualnych zamówień politycznych).
Historyk
"Zmieniają tylko się Tyrani.Tyrania się nie zmienia"

Klauzula informacyjna ›