Studniówka jest niewątpliwie jedną z najważniejszych uroczystości w życiu młodego człowieka. Na pewno jednak pierwszą tak ważną i tak dostojną. Tak jest od zawsze, ale w ciągu minionych lat zmieniał się charakter balu, forma zabawy i – a może przede wszystkim - moda studniówkowa.

Trzydzieści i więcej lat temu obowiązującym strojem u dziewczyn była biała bluzeczka i granatowa bądź czarna spódnica, u chłopaków zaś - biała koszula i klasyczny garnitur. Zabawa odbywała się w szkole, rodzice szykowali kanapki, a uczniowie radzili sobie bez osób towarzyszących.

Dziś przy organizacji balu nie obywa się bez kłótni o to, czy na pierwsze danie młodzież zechce zjeść kotleta de volaille czy może bardziej na miejscu byłby schabowy z kapustą. Wybór kreacji dla pociechy jest głównym tematem rodzinnych sporów już na parę miesięcy przed planowanym terminem imprezy. Różnica zdań w kwestii - DJ albo orkiestra - też bywa gorąca.

W minioną sobotę, równiutko 100 dni przed pierwszym egzaminem maturalnym w Domu Weselnym BARTEK bawili się uczniowie IV LO im. Komisji Edukacji Narodowej w Bielsku-Białej. Ze względu na dużą ilość trzecich klas, przyszli maturzyści musieli zostać podzieleni na dwie grupy.

Tura sobotnia składała się z czterech klas (średnio po 30 osób plus osoby towarzyszące). Na sali znajdowało się więc ponad 200 osób, bo doliczyć trzeba jeszcze grono nauczycielskie. Wielkie rozpoczęcie zaplanowano na godzinę 20, lecz już pół godziny wcześniej w Bartku obecni byli niemal wszyscy uczniowie. Powoli kompletowało się również ciało pedagogiczne. Wiadomo, co rutyna, to rutyna.

Poloneza czas zacząć (ale którą nogą?!)

Wśród młodych dało się wyczuć napięcie, zwłaszcza kiedy ze zdenerwowaniem w głosie jeden drugiego pytał - „od której nogi zaczynamy?!” (poloneza, rzecz jasna) lub „kiedy mam dać te kwiatki?!” (dyrekcji, oczywiście).

Będąc osobą z zewnątrz środowiska szkolnego trudno było mi odróżnić uczennice od nauczycielek. Gdybym nie widziała, do którego stolika kierują się poszczególni uczestnicy zabawy, musiałabym zgadywać. Myślę, że to zasłużony komplement dla żeńskiej części grona pedagogicznego. Patrząc na maturzystki, miałam mieszane uczucia. Chyba żadna nie chciałaby być pomylona ze swoją panią od matematyki lub historii, a niektóre fryzury i makijaże właśnie taki przyniosły skutek.

Od  jednej z uczennic dowiedziałam się, że część dziewczyn uzbierała nawet sporo darmowych minut w solarium z tytułu wizyt, które tam złożyły w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Rezerwacji terminów u fryzjerek i kosmetyczek dokonano często już na początku stycznia. Podobno średnia kwota wydana na te wszystkie zabiegi, zakup sukienki, butów, torebki, itd., to minimum 500 zł. Nie licząc kosztów samego balu, czyli 220 złotych od pary.

Punktualnie o godz. 20 uczniowie 3A ustawili się w dwóch rzędach na środku sali. „Poloneza czas zacząć!” – zapowiedział donośnym głosem wodzirej. Z głośników wydobyła się doskonale wszystkim znana dostojna melodia, po czym kilkadziesiąt par rozpoczęło wędrówkę po sali w rytmie ¾. Dyrektor wraz z pozostałymi osobami oglądającymi taneczny popis podopiecznych bił gromkie brawa. Tak upłynęło pierwsze pół godziny balu, ponieważ po klasie 3A w tany ruszyła 3B i kolejne.

Na koniec studniówkowicze poprosili do tańca swoich nauczycieli. Ostatnia „tura” poloneza odbywała się więc w składzie wymieszanym – ciało uczniowskie obok pedagogicznego. Temu spotkaniu towarzyszyło lekkie spięcie na twarzach jednych i drugich, ale ostatecznie całość wypadła wyśmienicie.

Następnie przyszedł czas na przemówienia, podziękowania i inne grzeczności. Nie obyło się bez drobnego faux pas, które przydarzyło się dżentelmenowi przemawiającemu w imieniu trzecioklasistów. Uczeń poprosił panów dyrektora i kuratora o zabranie głosu, nie pamiętając o hierarchicznej kolejności, z jaką wypada tym urzędnikom występować na forum publicznym. Ale przecież kwestie związane z etykietą - kto przed kim powinien mówić, kto komu rękę podawać jako pierwszy, itp. – są od zawsze bardzo zawiłe. Zwłaszcza dla zestresowanego 18-latka, któremu przyszło przemawiać przed tak dostojnym audytorium.

Kwiaty zostały wręczone, błędy wybaczone, gdy z ust dyrektora padły wreszcie wyczekiwane przez wszystkich słowa - „Bal studniówkowy uważam za otwarty!”. Był to znak, że nadszedł czas na… jedzenie. Obsłużenie ćwierci tysiąca osób było dość czasochłonne. Dlatego dopiero około godziny 21.30 orkiestra mogła zagrać pierwszy utwór. Trzeba przyznać, zespół spisywał się bardzo dobrze. Niemalże od samego początku przez cały czas zabawy parkiet był pełen tancerzy.

                                                              Krótko, krócej i „bez pleców”

Obserwacja bawiącej się młodzieży prowokowała refleksje odnoszące się do mody damsko-męskiej. Bal studniówkowy stracił na swojej „balowości” wraz ze skróceniem długości sukienek. Dawniej podczas poloneza dostojnie falowały one ledwie kilka centymetrów nad parkietem. Dziś kreacje kończą się kilka centymetrów nad kolanami. Kiedyś do wyjątków należały dziewczyny, które zdecydowały się na wersję mini. Wczoraj na palcach można było policzyć panie, których suknie sięgały aż do samej ziemi.
Oszczędność materiału dotyczyła zarówno dolnych, jak i tych górnych elementów toalet balowych. Nikogo nie dziwił widok odkrytych pleców i różnych innych wycięć w przeróżnych damskich okolicach.

Odważniejsi stali się też panowie. Wprawdzie krawaty dopasowane pod kolor sukien partnerek są raczej normą, lecz dla mnie pewnym estetycznym novum okazały się kolory męskich koszul. Tak więc czerwone, fioletowe czy granatowe kołnierzyki (sukienek w tych kolorach było najwięcej) mocno rzucały się w oczy na parkiecie. Sporo też było „facetów w czerni”, ale oczywiście białe koszule stanowiły znakomitą większość. Największe wrażenie (pozytywne!) zrobił na mnie pewien pan siedzący przy stoliku nauczycielskim, który wystąpił we fraku.

Zaintrygowała mnie też kwestia podwiązek. Gdy przed laty długie suknie przykrywały nawet stopy dziewcząt, to podwiązki pokazywano wyłącznie podczas sesji fotograficznych. Teraz raz po raz przed oczami śmigało mi coś czerwonego, kiedy jeden czy drugi pan umiejętnie zakręcił swoją partnerką w pląsach. Co ciekawe, wraz z upływem czasu podwiązki delikatnie się zsuwały (zapewne w wyniku wyśmienitej zabawy), lądując u co poniektórych dam nawet gdzieś w okolicach kolana.

Interesującym zjawiskiem były też osoby (najczęściej chłopcy) z telefonami komórkowymi w dłoniach, co po chwilę zbierające się przy drzwiach wyjściowych. W takich sytuacjach zazwyczaj okazywało się, że  ktoś musiał iść do auta po aparat fotograficzny lub komuś kolega miał „coś tam” dowieźć. Niestety, jako że obowiązywał formalny zakaz  wychodzenia z sali podczas balu, trzeba było oddzwaniać do kumpla, że dziś nie uda się odebrać aparatu czy „czegoś tam” dowieźć.

O godz. 22 mocno już rozgrzani imprezowicze zostali ostudzeni przez lody z szarlotką. Kiedy tylko orkiestra ponownie zagrała, parkiet od razu zaczął wirować, falować i… wykonywać trudne do zdefiniowania ewolucje. Dominującym stylem tanecznym był freestyle! Wśród tancerzy widziałam takich, którzy brylowali w tańcu towarzyskim albo lubowali się w tańcach w bardzo ścisłym kontakcie cielesnym z partnerem. Dominowała jednak inwencja własna. Stąd też cała gama obrotów, podnoszeń, zarzuceń, odchyleń, a nawet przewróceń, które można było oglądać w wykonaniu uczestników balu.

Chwilę po północy rozpoczął się prawdziwy show. Młodzież parodiowała swoich nauczycieli. Zapewne z największą satysfakcją tych, którzy na lekcjach wstawiali im do dzienników jedynki. Zabawa trwała do piątej.
                                                                 

Magdalena Dydo