W tym tygodniu na zaproszenie posła PiS Stanisława Pięty przebywał w Bielsku-Białej dr Sławomir Cenckiewicz. Ten 38 – letni historyk gdański zasłynął jako współautor najbardziej kontrowersyjnej książki o Lechu Wałęsie („SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”). Był też przewodniczącym komisji Likwidacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych oraz doradcą ministra Antoniego Macierewicza. Cenckiewicz spotkał się z bielszczanami w ATH, a naszemu portalowi udzielił ekskluzywnego wywiadu.

 Robert Kowal: - Kim jest dr Cenckiewicz: historykiem, publicystą, biznesmenem czy po prostu politykiem?

 Sławomir Cenckiewicz: - Z pewnością nie jest politykiem. Nigdy nim nie był i nie zamierza być. Przede wszystkim jestem historykiem, a dopiero później – publicystą historycznym.

 Był Pan doradcą ministra Macierewicza – pełnomocnika ds. organizacji i szefa kontrwywiadu wojskowego, a przez kilka miesięcy roku 2006 nawet przewodniczącym komisji ds. likwidacji WSI. To stanowiska stricte polityczne. Czy praca dla MON w okresie rządów PiS nie kłóci się z Pańską deklaracją o apolityczności?

 - Zgadzam się, że likwidacja WSI była sprawą polityczną, ale warto przypomnieć, że towarzyszył jej polityczny konsensus pomiędzy PiS i PO. Mojej misji w b. WSI nie można jednak traktować w takich samych kategoriach. Zawsze interesowałem się problemami bezpieczeństwa narodowego w kontekście działalności służb specjalnych. Osoby, które decydowały o powołaniu mnie na stanowisko szefa komisji - w tym w szczególności minister Radosław Sikorski – uznały, że moja wiedza może być przydatna. Gdybym chciał łączyć swoją przyszłość z formacji polityczną, która wówczas rządziła w kraju, to przez kolejny rok pracowałbym w służbach. A tak się nie stało.

 
Bawią mnie takie zarzuty

 Nie przeszkadza Panu cenzurka pochodząca z tamtego okresu, że jest Pan historykiem zaangażowanym po jednej stronie sporu politycznego?

 - Takie zarzuty mnie bawią. Powielają je osoby, które same były lub są uwikłane w bieżącą politykę. Np. politykiem i historykiem był generał Marian Kukiel. Richard Pipes był doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego prezydenta Reagana. Prof. Jerzy Holzer angażował się w działalność tzw. komisji Michnika w roku 1990. Prof. Paczkowski - z tego co jest mi wiadomo - był członkiem ROAD, a prof. Geremek jako aktywny polityk pracował w PAN. Czy ktoś rozsądny powie, że oni wszyscy nie są historykami? To byłoby śmieszne.

 Nikt kto zarzuca mi brak bezstronności politycznej nie jest w stanie udowodnić, że pogląd polityczny czy przekonania ideowe mają bezpośredni wpływ na moją pracę naukową.

 Czy jako osoba urodzona po tzw. wydarzeniach grudniowych ma Pan jako publicysta odpowiedni dystans potrzebny do recenzowania ludzi, którzy osobiście uczestniczyli w tych wydarzeniach?

  - Odpowiedź przecząca na Pańskie pytanie oznaczałaby brak zgody na to, aby popularyzacją wiedzy historycznej w naszym kraju zajmowały się osoby młode, żyjące współcześnie z uczestnikami opisywanych przez nie wydarzeń. Nie przypominam sobie żadnego swojego artykułu publicystycznego, który nie byłby oparty na przeprowadzonej wcześniej solidnej naukowej analizie źródeł historycznych.

 Po ukończeniu misji w WSI był Pan członkiem rady nadzorczej d. Naftobazy, spółki Skarbu Państwa. Skąd ta nagła zmiana zainteresowań?

 - Praca w OLPP miała ścisły związek z moją działalnością w b. WSI. Likwidując tę instytucję, wszedłem w sferę, którą możemy określić jako bezpieczeństwo energetyczne państwa. Mądrzy ludzie z Ministerstwa Gospodarki wówczas uznali, że moją wiedzę uzyskaną w okresie pracy w WSI warto wykorzystać dla dobra największej spółki logistycznej, zajmującej się gromadzeniem paliw. Jako szeregowy członek rady nadzorczej przeglądałem dokumentację firmy w kontekście bezpieczeństwa państwa. To był dla mnie okres wytężonej nauki, gdyż wcześniej nie miałem wiele wspólnego z działalnością gospodarczą. Wbrew temu, co pisały niektóre gazety, nie zarabiałem w OLPP wielkich pieniędzy, bo niewiele ponad 2 tys. zł miesięcznie.

 Książka „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” została wydana za pieniądze państwowe. Wiceprezes IPN, Maria Dmochowska podkreślała, że jest to pierwsza i jak dotąd jedyna publikacja instytutu dotycząca osoby Lecha Wałęsy. Czy jest Pan przekonany, że wszyscy powinniśmy płacić za twórczość naukową podważającą wiarygodność narodowej ikony?

  - Nie znajduję żadnych racjonalnych argumentów, które mogłyby mnie przekonać, że tego typu publikacje nie powinny być wydawane za publiczne pieniądze. Dlaczego środki budżetowe zaangażowano w publikację zarzucającą Delegaturze Rządu na Kraj milczenie w sprawie holocaustu? Czy IPN powinien finansować pracę naukową oskarżającą Polaków o udział w zbrodni w Jedwabnem?

 Uważam, że za pieniądze publiczne mamy prawo wydać każdą książkę, która mieści się w tematyce podejmowanej przez IPN oraz spełnia kryteria naukowe i merytoryczne. Gdybyśmy chcieli omijać niewygodne karty naszych dziejów narodowych, to musielibyśmy poprzestać na spisywaniu historii pięknej, bohaterskiej i bezstresowej dla wszystkich czytelników.

Zmanipulowane źródła

 Więc może książka Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka powinna zostać wydana jako druga?

  - Napisaliśmy tylko „Przyczynek do biografii”. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby ktoś wydał całą biografię o objętości tysiąca stron.

 To nie jest kwestia objętości, lecz wiarygodności źródeł. Wiadomo przecież, że akta Lecha Wałęsy są zdekompletowane, a część oryginalnych dokumentów zastąpiono fałszywkami. W czasie, gdy Wałęsa był internowany, SB usiłowała go skompromitować, by nie dopuścić do wyróżnienia ruchu Solidarności nagrodą Nobla. Czy nie przeszkadzała Panu świadomość, że pracuje na zmanipulowanych źródłach?

 - Praca nad książką w oparciu o dostępne w tej sprawie źródła była dużym wyzwaniem dla historyka. To była dla mnie niesamowicie fascynująca przygoda poznawcza. Jako gdańszczanin interesuję się postacią Lecha Wałęsy od kilkunastu lat. W „Przyczynku do biografii” wykorzystałem więc wiele materiałów. Nie tylko te, które zgromadziłem w okresie pracy w IPN.

 Ostatnio książkę o Konradzie Mazowieckim opublikował prof. Henryk Samsonowicz. Autor nie ma nawet pewności co do daty śmierci księcia. Czy mamy zakazać pisać książki o ludziach i wydarzeniach, co do których nie zachowało się wystarczająco wiele archiwaliów? Historyk musi pracować w oparciu o paletę dostępnych dokumentów źródłowych. W przeciwnym razie nigdy nie powstałyby jakiekolwiek opracowania, że wspomnę o chrzcie Polski czy bł. Wincentym Kadłubku.

 Samsonowicz nie dysponował jednak świadectwem osób współczesnych Konradowi Mazowieckiemu. A Panowie oszczędzaliście na relacjach esbeków, a nawet uśmierciliście kpt. Edwarda Graczyka, który miał prowadzić TW o pseudonimie Bolek. Jego relacja byłaby niewygodna?

 - Przyjęliśmy inną niż zazwyczaj metodologię pracy nad tą książką. W ograniczonym zakresie korzystaliśmy z tzw. źródeł wywołanych. Osoba Lecha Wałęsy budzi skrajne poglądy. Dlatego uznaliśmy, że relacje świadków mogą być mało wiarygodne. Dotyczy to zarówno osób z kręgu Andrzeja Gwiazdy czy Krzysztofa Wyszkowskiego, jak Jerzego Borowczaka lub Karola Modzelewskiego.

 Jak dotąd, nasze elity polityczne oraz środowisko naukowe są z powodów moralnych przeciwne wykorzystywaniu funkcjonariuszy SB w charakterze źródeł informacji historycznych. W naszej książce celowo pominęliśmy relacje takich osób, choć czasem były one dla Wałęsy miażdżące. Dlatego cieszę się z komentarzy mediów po odnalezieniu Graczyka. Przychylność polityczna dla tego rodzaju dowodów otwiera przed nami nowe możliwości naukowe i publicystyczne.

 Antoni Dudek podkreśla, że w Waszej książce brak jest bezpośrednich, twardych dowodów na zdradę Wałęsy. Żaden sąd nie wyda wyroku skazującego, jeśli prokurator nie przedstawi wysoce uprawdopodobnionego łańcucha poszlak.

  - Poważnym dowodem obciążającym są notatki funkcjonariuszy ze spotkań z Wałęsą, opinia podsumowująca jego współpracę agenturalną. Ostatnio nawet Graczyk złożył przed prokuratorem zeznanie, w którym potwierdził fakt pobierania pieniędzy przez TW Bolka. Są też jego własnoręczne pokwitowania odbioru wynagrodzenia.

Tajne akta z Krywultem?

 To kopie czy oryginały?

 - W tym przypadku kopie, lecz istnieje wiele innych dokumentów, których nie zniszczono. Dysponujemy dowodami na to, że po roku 1992 wykradziono szereg materiałów – donosów agenta Bolka.

 Czy jako historyk, publicysta i były pracownik IPN odnosi Pan wrażenie, że akta służb specjalnych PRL są dziś wykorzystywane do walki politycznej?

  - Trzeba zrobić wszystko, aby politycy nie mieli jakiejkolwiek władzy nad archiwami służb specjalnych PRL. Dlatego jestem przeciwny planom zmiany ustawy o IPN, które umożliwiłyby wybór prezesa IPN zwykłą sejmową większością głosów bez pośrednictwa kolegium IPN.

 Kojarzy Pan nazwiska bielszczan, których akta widział pan w IPN z racji współpracy tych osób z aparatem bezpieczeństwa PRL?

 - Nie zajmowałem się analizą dokumentów wytworzonych na południu kraju.

 Niedawno jedna z bielskich gazet opublikowała fotomontaż przedstawiający zdjęcie aktualnego prezydenta miasta na tle tajnych dokumentów esbeckich. Tymczasem urzędnik ów twierdzi, że otrzymał z IPN dokument informujący o braku akt na jego temat w archiwach służb specjalnych PRL.

 - Nie znam sprawy, dlatego nie chcę wypowiadać się na ten temat.

 Czy ma Pan za złe kierownictwu IPN, że pozbyło się pana na fali krytyki książki o Wałęsie?

  - Nie lubię o tym rozmawiać. Życzę prezesowi Kurtyce i IPN samych sukcesów.

 Nad czym Pan aktualnie pracuje w sprawach zawodowych?

  - Piszę pracę habilitacyjną dotyczącą myśli politycznej Ignacego Matuszewskiego – przedwojennego szefa wywiadu, ministra skarbu i geopolityka.


 Rozmawiał: Robert Kowal