Że palenie tytoniu szkodzi zdrowiu, wiadomo od dawna. Wielu lekarzy i specjalistów uważa wręcz, że palenie zabija. Rak, choroby płuc oraz gardła, to tylko nieliczne przypadłości, na jakie naraża się każdy palacz zaciągając się dymkiem z niewinnie wyglądającego papierosa. Oczywiście każdy ma prawo dysponować swoim zdrowiem i jeśli lubi, to czemu zabraniać  mu zatruwania jego własnego, „prywatnego”  organizmu. Co innego jednak, gdy miłośnik puszczania dymka truje nie tylko siebie, lecz wszystkich wokół, i to bez ich zgody i akceptacji.


STREFY WOLNE OD DYMU

Nie każdy chce wąchać i wdychać dym z czyjegoś papierosa. Zwłaszcza że wiele osób reaguje na zapach palącego się tytoniu alergicznie, nie mówiąc już o tym, że nikt nie życzy sobie, aby ktoś wbrew jego woli zatruwał mu życie. Stąd od pewnego czasu w cywilizowanych krajach dąży się do tego, aby zabronić palenia tytoniu w miejscach publicznych, głównie tam, gdzie  na  niewielkiej przestrzeni gromadzi się większa liczba osób. Nie gorsi w tym względzie chcieli być także bielscy radni, którzy już w połowie 2003 roku podjęli uchwałę o ustanowieniu stref wolnych od dymu tytoniowego na przystankach Miejskiego Zakładu Komunikacyjnego. Warto dodać, że Bielsko-Biała było jednym z pierwszych miast w Polsce, które wprowadziło takie ograniczenie. Tymczasem nikt tego zakazu nie przestrzega, a co gorsza, nikt także go nie egzekwuje. Niby więc palić na bielskich przystankach nie wolno, lecz kto tylko chce, pali do woli i nikomu za to jeszcze włos z głowy nie spadł.

Trochę to dziwne, ponieważ podobny zakaz obowiązuje w całej Polsce na stacjach kolejowych (palić wolno tylko w wyznaczonych do tego miejscach) i biada temu, kto zapali papierosa tam, gdzie nie wolno. Przekonało się o tym już wielu niezdyscyplinowanych palaczy ukaranych mandatami przez policję lub Służbę Ochrony Kolei. Czyżby więc uchwała bielskich radnych była zakazem tylko na papierze? Okazuje się, że tak. Dlaczego?

Wyjaśnienia zacząć trzeba od tego, że o zakazie tym wie bardzo niewielu palaczy. Po prostu nikt ich o tym nie poinformował. Co prawda na przystankach pojawiły się naklejki informujące,  że tu palić nie wolno, lecz w większości zniknęły one bardzo szybko z wiat. W ich miejsce nie pojawiły się natomiast nowe i teraz jedynie na nielicznych przystankach znajduje się informacja o zakazie palenia.

Potwierdzają to w administrującej większością bielskich przystanków Fundacji Rozwoju Miasta Bielska-Białej. Jej prezes,  Leszek Wasiak, przyznaje wprost, że naklejki z informacją o zakazie palenia są nagminnie niszczone i zrywane z przystanków. Nie sposób ich na bieżąco uzupełniać. Gdyby nawet tak się działo, to i tak na wiele by się to nie zdało. Uchwała radnych zakazująca palenia na przystankach jest bowiem - mówiąc wprost - prawnym bublem.

 Najlepiej wyjaśnia to szef bielskiej straży miejskiej Andrzej Grzegorzek, który nie kryje, że w walce z przystankowymi palaczami funkcjonariusze stoją na straconej pozycji. Stąd i sukcesów w tym względzie na swoim koncie nie mają. Wszystko z tej prozaicznej przyczyny, że radni uchwalając, iż teren przystanków jest strefą wolną od dymu papierosowego, nie sprecyzowali jaki obszar obejmuje taka strefa. Nie jest więc jasne, co uważają za teren przystanku autobusowego, w obrębie którego nie wolno palić papierosów. Natomiast jedyna dostępna definicja przystanku autobusowego, jaka znajduje się w kodeksie ruchu drogowego, jest w tym przypadku bezużyteczna. Dlatego też nie wiadomo, kto łamie zakaz. Czy tylko ten, kto pali pod wiatą przystankową, czy także ten, kto robi to w jej sąsiedztwie? A jeśli tak, to jak rozległe jest to sąsiedztwo?

- Najlepszym rozwiązaniem byłoby, aby w uchwale znalazła się konkretna definicja jednoznacznie precyzująca, co to jest przystanek autobusowy - mówi Andrzej Grzegorzek dodając, że w niektórych miastach, gdzie radni także uchwalili takie zakazy, teren przystanku, na którym nie wolno palić, zdefiniowany jest na przykład jako obszar w promieniu 10 metrów od znaku „przystanek autobusowy”. Można wtedy bez  problemów i niepotrzebnych niedomówień egzekwować od palaczy przestrzeganie  zakazu palenia w strefie nim objętej.

CZAS NA POPRAWKĘ
Teraz strażnicy mogą ukarać na ulicy palacza jedynie za... zaśmiecanie. Dzieje się tak wtedy, gdy zamiast do kosza wyrzuci on niedopałek na chodnik. Dziwić może jednak to, że przez pięć lat - tyle obowiązuje zakaz - nikt z miejskich decydentów nie wpadł na to, iż prawo, które ustanowili  radni, jest po prostu do bani. Nie trzeba natomiast wiele, aby wprowadzić do uchwały małą poprawkę - precyzującą co radni mieli na myśli mówiąc „przystanek autobusowy” - a wtedy - drżyjcie palacze!

Na marginesie rozważań na temat szkodliwości tytoniowego dymu warto spojrzeć na jeszcze jeden aspekt palenia papierosów w miejscach publicznych, takich jak na przykład przystanki autobusowe. Są to bowiem miejsca, gdzie na niewielkiej przestrzeni tłoczy się nieraz wiele osób. Ktoś z papierosem  w ręku może w takim tłoku narobić niezłego bigosu przypalając przez nieuwagę żywym ogniem czyjś płaszcz lub kurtkę. Zwyczajowe „przepraszam” może nie wystarczyć, gdy papieros wypali dziurę w goreteksowej kurtce za kilkaset złotych, czy zniszczy drogi garnitur...

 Marcin Płużek