Piąta porażka z rzędu na własnym obiekcie stała się faktem. Obserwatorzy meczu z Sandecją obejrzeli niemal kalkę wydarzeń środowych, kiedy Podbeskidzie uległo GKS Katowice.
 
Taktyka drużyny była zgodna z wcześniejszymi zapowiedziami Tomasza Świderskiego. W pierwszej połowie „Górale” zagrali kilkoma dynamicznymi zawodnikami w przodzie, co miało „rozpruć” zasieki obronne rywali. Także kibice pozytywnie odpowiedzieli na prośbę tymczasowego szkoleniowca i przez pełne 90 minut wspierali dopingiem swoich pupili.
 
Od pierwszych minut spotkania dużo zamieszania w szeregach defensywnych Sandecji siał Piotr Malinowski. Postawa „Maliny” - jego agresja i dynamika - przypominała nieco grę Adriana Sikory, Tomasza Moskały czy Krzysztofa Chrapka za czasów ich występów w Bielsku-Białej.
 
Zamieszanie na połowie przeciwnika wywoływali także często zmieniający pozycję Dariusz Kołodziej, Clemence Matawu i Damian Świerblewski. Niestety, taka taktyka nie przynosiła pożądanego skutku i na boisku zaczęli dominować przyjezdni. W 23. minucie to jednak gospodarze powinni prowadzić 1:0. Dośrodkowanie Matawu spadło na głowę Sławomira Cienciały, lecz jeden z zawodników Sandecji wybił piłkę z linii bramkowej. Dobitka Bartłomieja Koniecznego przeleciała wysoko nad poprzeczką.
 
Po trzydziestu minutach gry, Podbeskidzie dopięło swego. Ładny rajd prawą flanką przeprowadził Cienciała, który jak na tacy wyłożył futbolówkę Malinowskiemu. Filigranowemu pomocnikowi „Górali” nie pozostało nic innego, jak ulokować piłkę w siatce bramki strzeżonej przez Mariusza Różalskiego. Do końca pierwszej odsłony inicjatywę posiadali piłkarze Dariusza Wójtowicza. Nie potrafili jednak zagrozić bramce Pawła Linki, który interweniował dosyć pewnie.
 
Po wznowieniu gry, miejscowi kibice mieli nadzieję, że nie powtórzy się historia z meczów z Flotą Świnoujście i GKS Katowice. Jak pokazały wydarzenie boiskowe, były to złudne nadzieje. Podopieczni trenera Świderskiego nie dość, ze cofnęli się mocno na swoją połowę, to jeszcze niezbyt dobrze porozumiewali się w środku pola, co sprawiło, że na boisku zapanował chaos.
 
Bardziej poukładani goście stwarzali sobie coraz to groźniejsze sytuacje do wyrównania. Wreszcie w 67.minucie, po kardynalnym błędzie Cienciały nowosądeczanie doprowadzili do remisu. Autorem gola był Arkadiusz Aleksander, który w polu karnym przyjął sobie futbolówkę na pierś i pokonał bezradnego Linkę. Nieco ponad dziesięć minut później zwycięską bramkę dla gości zdobył Dariusz Zawadzki. Był to kolejny błąd defensywy „Górali”, która w tej sytuacji zachowała się biernie.
 
Swoje „trzy grosze” do porażki bielszczan dołożył sędzia dzisiejszej potyczki. Na boisku widział tylko faule gospodarzy. Pokazał zupełnie niezrozumiałą żółtą kartkę schodzącemu z murawy Kołodziejowi. Następnie ukarał Sylwestra Patejuka…za faul na nim. W kilkanaście sekund później bezzasadnie „poczęstował” piłkarza Podbeskidzia drugim „żółtkiem". Kolejnym popisem Marcina Roguskiego było odgwizdanie domniemanego faulu Świerblewskiego na przeciwniku w sytuacji, gdy zawodnik gospodarzy wychodził na czystą pozycję.
 
Po tym meczu pocieszające jest to, że gorzej z Podbeskidziem już chyba być nie może. Czas odbić się od dna. Okazja nadarzy się już w najbliższą środę w Kluczborku, gdzie bielszczanie zmierzą się z miejscowym MKS.
 
                                            Podbeskidzie Bielsko-Biała - Sandecja Nowy Sącz 1-2 (1-0)
1-0 - Malinowski, 30 min
1-1 - Aleksander, 67 min
1-2 - Zawadzki, 78 min

Podbeskidzie: Linka - Cienciała, Ganowicz, Konieczny, Osiński - Matawu (46. Jarosz), Kanik, Kołodziej (57. Patejuk), Malinowski, Matusiak - Świerblewski.
Trener Marcin Brosz.

Sandecja: Różalski - Makuch, Frohlich, Jędrszczyk, Borovicanin - Bębenek, Zawadzki, Gawęcki, Berliński, Piegzik (55. Jonczyk) - Aleksander.
Trener Dariusz Wójtowicz.

Żółte kartki: Kanik, Kołodziej, Patejuk, Ganowicz - Jędrszczyk.
Czerwona kartka: Patejuk (90 min, za drugą żółtą)
Sędziował: Marcin Roguski (Warszawa).
 
pH