Na osiedlowych wandali niszczących spółdzielczy majątek w praktyce nie ma bata. Tymczasem z tytułu szkód wyrządzonych przez chuliganów spółdzielnie mieszkaniowe tracą rocznie dziesiątki tysięcy złotych. A dokładniej - koszty te ponoszą sami lokatorzy spółdzielczych bloków. Wszak jedynym dochodem z prawdziwego zdarzenia są dla spółdzielni mieszkaniowych pieniądze pochodzące z opłat czynszowych. Zatem jeśli koszty funkcjonowania spółdzielni rosną, to zwiększają się także czynsze. Ot, podstawowe prawo ekonomii...

Problemem jest to, że koszty te rosną nie tylko dlatego, iż drożeje prąd, wywóz śmieci czy ogrzewanie, lecz także temu, że są tacy, którzy bezmyślnie niszczą to, co służy wszystkim lokatorom. Pół biedy, gdy jakiś wandal pomaluje czy zadrapie niedawno pomalowane ściany. Co prawda, korytarz czy klatka schodowa wygląda wtedy jak chlew, lecz większej szkody to lokatorom nie czyni. Po prostu muszą znieść widok zniszczonych ścian i sufitów. Gorzej, gdy jakiś bezmyślny typ zabierze się za dewastację wind czy innych urządzeń i systemów służących wygodzie i bezpieczeństwu mieszkańców bloku.

Szczególnie narażeni na tego typu sytuacje są mieszkańcy wieżowców, gdzie wśród setek lokatorów łatwiej o anonimowość i wandalowi ukryć się prościej. - Przed kilkoma miesiącami w jednym z ogromnych bloków na bielskim osiedlu Śródmiejskim wymieniono starą windę na inną - nowoczesną i estetyczną - mówi anonimowo jeden z mieszkańców bloku. Dodaje, że bardzo szybko na windzie pojawiła się kartka z informacją, iż urządzenie ze względu na uszkodzenia spowodowane przez wandali będzie nieczynne do czasu dokonania napraw.  - Trwało to kilka dni, po czym winda ruszyła, aby... znowu się zepsuć. Teraz działa, lecz lokatorzy boją się nią jeździć, ponieważ raz po raz dochodzi do jej zablokowania, a to dla osób uwięzionych w wiszącej gdzieś między piętrami niewielkiej klatce nie jest miłym doznaniem - wyjaśnia mężczyzna.

Jan Rębisz wiceprezes Śródmiejskiej Spółdzielni Mieszkaniowej przyznaje, że winda ta - podobnie jak wiele innych zainstalowanych w budynkach ŚSM - pada systematycznie ofiarą chuligańskich wybryków. Stąd późniejsze problemy, których doświadczają lokatorzy.

- Najczęściej wandale pastwią się nad drzwiami do wind, kopiąc je z całej siły - wyjaśnia Jan Rębisz. Efekt jest taki, że dochodzi do uszkodzenia mechanizmów blokujących drzwi, a to z kolei sprawia, że winda działa niewłaściwie. Konieczne jest usunięcie usterek, a każda taka naprawa to koszt kilku tysięcy złotych. Płacą za to lokatorzy. Z wypowiedzi prezesa Rębisza wynika, że do uszkodzeń dochodzi najczęściej w weekendy, kiedy to ofiarą wandali pada nawet kilka wind naraz. - Ta, na którą skarżyli się lokatorzy, została  w tym samym czasie uszkodzona w dwóch miejscach - wyjaśnił Jan Rębisz.

Konieczna była naprawa mechanizmów otwierania drzwi na parterze i pierwszym piętrze. Sprawcy tych czynów - skarżą się z kolei władze spółdzielni mieszkaniowych - w praktyce pozostają bezkarni. Co prawda za  każdym razem, gdy dochodzi to tego typu zdarzeń o wszystkim powiadamiana jest policja, lecz efekt zazwyczaj jest marny...

- Przeważnie po kilku dniach od zgłoszenia otrzymujemy z policji informację, że sprawa jest umarzana ze względu na niewykrycie sprawców. Policja zapewnia jednocześnie, że będzie mieć na uwadze to, co się na terenie osiedla dzieje - wyjaśnia Jan Rębisz. Dodaje, że na tym sprawa się kończy, a po pewnym czasie kolejna winda pada ofiarą wandali. Niepokojące w tym wszystkim jest to, że zazwyczaj mieszkańcy bloków wiedzą kto dokonuje tych zniszczeń. Chodzi bowiem przeważnie o tę samą osobę lub grupę osób (głównie ludzi młodych), lecz w sytuacji, gdy przychodzi co do czego, nikt nic nie widział i nikt nic nie wie.

Czy jest jakiś sposób na blokowych wandali? Czy może jedyne co pozostało lokatorom, to przejść do porządku dziennego nad chuligańską demolką i bez narzekań pokrywać z własnej kieszeni jej koszty?

Jedna z dużych bielskich spółdzielni mieszkaniowych próbowała walczyć z tym zjawiskiem montując w windach przenośne kamery. Efekt tych działań był jednak mizerny. Żadnego wandala złapać się nie udało (po prostu nie niszczyli tych wind, które były monitorowane). Jedynym pożytkiem kamery było namierzenie osoby, która postanowiła się w windzie... wysikać. Poza tym montowanie w windach i na korytarzach bloków kamer godzi poważnie w prywatność lokatorów. Nie każdy bowiem życzy sobie, aby każdy jego krok był obserwowany. Nie wszyscy przecież są  wandalami czy złodziejami.

Dlatego wydaje się, że jedynym sensownym i w pewnym stopniu skutecznym sposobem ochrony wspólnego mienia jest jego ubezpieczenie na wypadek ataków wandalizmu. Co prawda, ubezpieczenie też kosztuje, ale - jak przyznał Jan Rębisz - w ogólnym rozrachunku się to opłaca.

(map)