Rozmowa z Grażyną Staniszewską, posłem do Parlamentu Europejskiego.

 Czy bielszczanie robią kariery w instytucjach europejskich?

 - Nie słyszałam. Wśród polskich urzędników w Brukseli najczęściej spotkać można osoby z Warszawy lub innych dużych miast. Potrafiły one znaleźć sobie niezłe posady, gdyż wcześniej miały dojście do odpowiednich informacji i różnych instytucji administracji publicznej na szczeblu centralnym. Polska należy do UE zaledwie od czterech lat. Wierzę, że z czasem przyjdzie kolej także na bielszczan. W Unii Europejskiej cały czas pracuje za mało Polaków.

 To pewnie posłowie z naszego okręgu zajmują jakieś wysokie stanowiska w Parlamencie Europejskim?

 - Najwyższą funkcję sprawuje poseł Jan Olbrycht z Cieszyna, który jest wiceprzewodniczącym komisji rozwoju regionalnego PE. Stanowisko Jana Olbrychta nie pochodzi jednak z wyboru, a bardziej z  tzw. wskazania. W Parlamencie Europejskim rzadko dochodzi do głosowań, zupełnie inaczej niż w Sejmie. Decyzje personalne zapadają niemal wyłącznie przez aklamację. W takiej sytuacji po prostu nie wypada zgłosić sprzeciwu.

 

Bruksela czeka na bielszczan

 Co trzeba umieć, jakie mieć wykształcenie, aby skutecznie ubiegać się o posadę urzędniczą w Brukseli?

  - Dobrze byłoby, gdyby kandydat miał ukończone studia wyższe, najlepiej ekonomiczne lub prawnicze. Pomaga znajomość co najmniej dwóch języków obcych – angielskiego i francuskiego. Trzeba też dużo wiedzieć o instytucjach europejskich i na bieżąco śledzić strony internetowe KE oraz PE, gdzie ogłaszane są konkursy zarówno na staże, jak na stanowiska etatowe. Czasem warto zgłosić się nawet na bezpłatny staż, bo potem łatwiej ubiegać się o stałą, płatną posadę.

 Niezależnie od ustroju w życiu przydają się szerokie plecy. W Brukseli też trzeba je mieć?

 - Znajomość kogoś na miejscu zawsze się przydaje, choć w UE wszędzie obowiązują konkursy. Znajomy może jednak przybliżyć sprawę, opowiedzieć o doświadczeniach z ubiegania się o pracę, przesłać linki do stron www z konkursami. Nie odmówię informacji nikomu, kto zgłosi się do mnie. Żaden mail w takiej sprawie nie pozostanie bez odpowiedzi.

 Według najnowszych sondaży, gdyby wybory prezydenckie odbywały się dzisiaj, Jacek Krywult byłby wybrany w pierwszej turze na kolejną kadencję. Czy ten poziom poparcia społecznego nie świadczy o tym, że bielscy wyborcy mają kiepską alternatywę polityczną?

- Nie znam osób, które już dziś deklarują, że chciałyby współzawodniczyć z panem Krywultem w walce o fotel prezydenta Bielska-Białej. Wiem natomiast, że ekipie obecnego prezydenta udaje się dobrze wykorzystywać szanse rozwojowe miasta, jakie związane są z przynależnością Polski do UE. Jacek Krywult potrafił porzucić swój początkowy sceptycyzm wobec tego źródła pomocy finansowej. Jego obecną skuteczność w pozyskiwaniu pieniędzy dla miasta oceniam dobrze.

 Nie ma w tej krywultowej polityce europejskiej słabych stron?

 - Zaniedbujemy jeden ważny bodziec rozwoju regionu, którym jest bez wątpienia potrzeba zawarcia instytucjonalnego porozumienia o współpracy między Bielsko-Białą i powiatami: cieszyńskim i żywieckim w ramach wspólnego subregionu. Po pierwsze, tylko sojusz powiatów Podbeskidzia może stanowić realną przeciwwagę dla potęgi przyszłej aglomeracji śląskiej. Po drugie, projekty wykorzystania funduszy europejskich powinny być wspólne. Szybciej rozwijałby się cały region z naszym miastem na czele! Bielsko-Biała nie może cały czas rywalizować z innymi gminami i powiatami. Nie może trwać w przekonaniu, że jest pępkiem świata. Powinno wyjść z propozycją współpracy, nawet podzielić się swoimi możliwościami. Opłaci się to i innym gminom, i naszemu miastu. Zaręczam! Musimy zbudować silny, zgrany  ośrodek na południu województwa. UE preferuje takie sojusze. Wspiera duże, jednomyślne organizmy społeczno-gospodarcze.

 

Oferta dla prezydenta

 Inni potrafią się integrować, by wykorzystać politykę Brukseli. Mamy jeszcze szansę dogonić ten pociąg?

 - Nie całkiem, choć tracimy czas. W obecnym 7-letnim okresie finansowania (do 2013r.) nie ma już takiej możliwości. Ale w kolejnym (2014 – 2020) roku sprawa znów będzie otwarta. Decyzje o porozumieniu powiatów trzeba jednak podejmować szybko, to ostatni gwizdek. W Niemczech prężnie działa bogaty region Stuttgart z własnym budżetem, którego nie ma na administracyjnej mapie państwa. Region powstał z takiego właśnie porozumienia jednostek samorządowych wokół Stuttgartu.

 Z racji kilkuletniej pracy w PE posiada Pani bogatą wiedzę praktyczną dotyczącą m.in. wieloletnich planów gospodarczych UE. Doradza pani ekipie rządzącej w ratuszu, w jakim kierunku powinniśmy inwestować albo jak jeszcze skuteczniej ubiegać się o dotacje z Brukseli?

 - Nie otrzymałam dotąd takiej propozycji od pana prezydenta. Ale jestem gotowa do współpracy, jeśli tylko prezydent jest nią zainteresowany.

 Od zawsze była Pani zwolenniczką budowy społeczeństwa obywatelskiego. W jaki sposób chce Pani zachęcać mieszkańców do aktywności publicznej miedzy wyborami? Ludziom z reguły nie chce się nawet z domu wychodzić, jeśli nie muszą pracować.

 - Sprawa udziału mieszkańców gmin we współdecydowaniu i współgospodarzeniu jest u nas zaniedbana od lat. Nie powinno się między innymi zniechęcać mieszkańców do aktywności na osiedlach. Uważam, że to nie dobrze, że np. w czasie obchodów dni Bielska-Białej miasto zniechęca osiedla do robienia własnych imprez, traktując je jak konkurencję. Święto miasta powinno być zbiorem imprez osiedlowych w całym mieście, a nie tylko na Błoniach. 

 Myślę, że bardziej zniechęca ich jednak obojętność sąsiadów, a czasem nawet  wandalizm, prymitywne niszczenie wspólnego mienia.

  - Ważne projekty miejskie powinny być po partnersku współtworzone przez mieszkańców. U nas mieszkańcy pytani są o zdanie dopiero wówczas, gdy projekt jest gotowy, a na jego opracowanie wydano często grube miliony. Tymczasem np. w Brukseli jest tak, że zanim zleci się komuś projekt do wykonania, przez pół roku rozmawia się z mieszkańcami o tym, jak chcieliby zmieniać swoją dzielnicę. Zebrane w ten sposób opinie są następnie umieszczane w warunkach przetargu na zamawiany projekt. Podczas kolejnych konsultacji dotyczących gotowego już projektu ludzie oceniają, na ile ich zdanie zostało uwzględnione. Efekt? Mieszkańcy Brukseli nie niszczą mienia publicznego! Czują się i de facto są współautorami projektów zmian.

 Ale nawet dziś nikt nie zabrania nikomu pójść na dyżur do radnego, by opowiedzieć o swoich propozycjach. Radny otrzymał od wyborców mandat po to, aby reprezentował ich interesy w Ratuszu.

 - Radny wysłucha, ale na tym sprawa często się kończy. Ludzie czują, że odbijają się od ściany. To ich zniechęca do aktywności. Tymczasem w USA, Szwajcarii czy innych państwach „starej” Europy władze municypalne są formalnie zobowiązane do rozpatrywania projektów społecznych, które cieszą się odpowiednio dużym poparciem mieszkańców. Dlatego wolontariusze chodzą po domach i zbierają podpisy na listach poparcia dla danego projektu. Nikt tam nie odważy się zlekceważyć projektów czy apeli podpisanych przez wielu obywateli.

 

 Pieniądze z lobbingu

 Kogo reprezentuje w Brukseli poseł do PE? Wyborców czy swoja partię?

 - Przepisy stanowią wyraźnie, że reprezentujemy całą wspólnotę europejską. Oznacza to m.in., że powinniśmy myśleć w kategoriach rozwoju całej UE, a nie tylko o interesie państw, z których pochodzimy. Trudno jednak ukryć, że działanie dla dobra Polski, a w tym także naszego miasta i jego mieszkańców jest zasadniczym motywem mojej pracy w PE. Podobnie zachowują się wszyscy posłowie. W innym wypadku nie mielibyśmy co liczyć na głosy w kolejnych wyborach.

 Rzeczywiście, trudno polegać wyłącznie na głosach mieszkańców, którym Pani pomogła na starcie kariery w instytucjach europejskich. Nawet, jeśli szczęśliwie mają liczne rodziny...

  - Działalność dla dobra moich wyborców w praktyce polega m.in. na takim kształtowaniu przepisów unijnych, aby usunąć z nich przeszkody mogące utrudnić naszemu miastu czy regionowi korzystanie z pomocy finansowej UE. Staram się też rozpowszechniać informacje o programach dostępnych dla samorządów, szkół czy organizacji pozarządowych. A czasem udaje się wylobbować specjalną pulę pieniędzy na konkretne przedsięwzięcie, jak to było z Zimową Spartakiadą Młodzieży 2009 w Szczyrku, czy pilotażowym programem dofinansowania nauki języka sąsiadów.

 Czy Bielsko-Biała potrafi znaleźć się na brukselskich salonach? Czy jesteśmy tam obecni jako interesujący organizator turystyki albo obiecujący rynek pod inwestycje?

 - Niestety, nie! Czasem prezentuje się województwo śląskie jako struktura administracyjna. Nawet na targach turystycznych, choć to absurd, bo turystę nie interesują jednostki administracyjne. Ale Bielsko-Biała, Podbeskidzie, czy w końcu ciekawy polsko-czesko-słowacki produkt turystyczny „Beskidy bez granic” w ogóle nie są obecne w Brukseli. A szkoda.

 W Brukseli funkcjonuje Biuro Regionalne Województwa Śląskiego. Jako dziennikarz na bieżąco obserwuję tę aktywność, lecz przyznaję, że rzadko spotykam się z bielskimi akcentami w działalności biura.

 - Niestety! Choć biuro to deklaruje wszelką pomoc wszystkim gminom województwa. Sama korzystałam 2-krotnie z jego pomocy przy organizacji dwóch konferencji. Raz zaprosiłam do Brukseli radnych Bielska-Białej, Cieszyna i Żywca, aby zapoznali się z miejscowym systemem komunikacyjnym. Podczas kolejnej interesowaliśmy się brukselską zielenią miejską. Biuro jest otwarte na podobne inicjatywy. Niestety, ani miasto Bielsko-Biała, ani nasz biznes i uczelnie nie wykorzystują tych możliwości.

Wiedzieć, to oni chyba wiedzą, że możliwości są. Ale jak to robić w praktyce?

 - Np. bielskie, cieszyńskie czy żywieckie wyższe uczelnie mogłyby za pośrednictwem biura zorganizować w siedzibie PE spotkanie z dyrekcją generalną, która zajmuje się sprawami funduszy na naukę. Podobnie poszczególne branże biznesu mogłyby z dużym wyprzedzeniem dowiedzieć się o planowanych regulacjach Unii Europejskiej. Byłaby to dla nich duża pomoc w planowaniu rozwoju firm czy uczelni. Mogliby oni także przedstawić swoje postulaty i argumenty. W Brukseli wszyscy lobbują za swoimi interesami. Nie powinno tam więc także brakować biznesmenów czy naukowców z Podbeskidzia. Nieobecni nie mają racji.

 
Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Robert Kowal