Palić czy nie palić?  To pytanie każdej jesieni, niczym hamletowska fraza, ciśnie się na usta właścicieli przydomowych ogrodów i rekreacyjnych działek. I nie chodzi bynajmniej w tym pytaniu o refleksję nad smakiem wonnego papierosa - który, jak powszechnie wiadomo, szkodzi i raczej należy go unikać niż zapalić - lecz o bardziej przyziemne w dosłownym i potocznym tego słowa znaczeniu, zmartwienie każdego działkowca czy gospodarza posesji. Co zrobić jesienią z kupą zebranych w ogrodzie czy na podwórku zeschłych liści, gałęzi i wszelkiej innej maści badyli? Ułożyć w pryzmę i podpalić? Czy może  lepiej zapakować do worków i wywieźć na wysypisko śmieci?

Pierwsze rozwiązanie będzie na pewno tańsze i bardziej... romantyczne. Drugie z kolei - chociaż pozbawione uroku, jaki tworzy ognisko - uchroni nas na pewno przed gniewem sąsiadów, a w niektórych przypadkach także i przed mandatem. 
Aby wyjaśnić odwieczny problem palić czy nie palić liści?, należy zacząć od tego, że wszystkie zebrane w ogrodzie niepotrzebne organiczne odpady roślinne, takie jak trawa, gałęzie, liście, są w świetle prawa zwykłymi śmieciami. Powinny tak jak inne śmieci, trafić na wysypisko odpadów komunalnych. Reguluje to ustawa o odpadach, która w pierwszej swej wersji, pochodzącej z końca ubiegłej dekady, nie dopuszczała innych rozwiązań dla tego typu odpadów, jak tylko wysypisko śmieci. Czyli: nie palić!

ZŁAGODZENIE USTAWY
Jednak już w 2001 roku zapis dotyczący postępowania z odpadami organicznymi został nieco złagodzony. Ustawodawca uznał bowiem, że w gminach, gdzie nie jest prowadzona selektywna zbiórka odpadów organicznych, dopuszczane jest spalanie takich śmieci w przydomowych ogrodach. Trzeba dodać, że zbiórka taka to w Polsce jeszcze rzadkość. Aby można ją było prowadzić, potrzebna jest bowiem cała infrastruktura, której głównym elementem jest zakład przerabiający odpady organiczne na kompost. Stąd odpady organiczne zbierane są - w sposób selektywny - tylko w bardzo niewielu miejscowościach. W 200-tysięcznym Bielsku-Białej zbiórka taka na przykład nie jest jeszcze prowadzona. Będzie się to jednak sukcesywnie zmieniać. Do wprowadzenia w Polsce na większą skalę selektywnego odbioru odpadów organicznych zobowiązują bowiem unijne dyrektywy.

TYLKO  LIŚCIE I  GAŁĘZIE
Wniosek z tego wypływa taki, że obecnie spalanie w ogrodzie zeschłych liści i gałęzi jest w większości gmin dopuszczalne. Z tym, że dotyczy to wyłącznie odpadów o charakterze organicznym. Gdy do ogniska, w którym spalamy usunięte już z rabaty zeschłe róże, wrzucimy na przykład kawałek niepotrzebnego węża ogrodowego czy butelkę po płynie chwastobójczym, popełniamy wykroczenie. Zwykłych śmieci nie wolno bowiem spalać w ogrodzie pod żadnym pozorem. Paląc liście i inne odpady ogrodnicze trzeba także pamiętać o tym, że działanie to nie może naruszać innych przepisów prawnych. Chodzi zwłaszcza o takie ustawy szczegółowe jak prawo o ruchu drogowym, z którego jasno wynika że dym unoszący się z ogniska nie może ograniczać widoczności na pobliskich drogach. Chodzi też o przepisy przeciwpożarowe, które precyzują między innymi, w jakiej odległości od zabudowań czy ściany lasu można ognisko rozpalić. Niezastosowanie się do tych ograniczeń może  skończyć się mandatem.

BEZ  SĄSIEDZKIEJ UCIĄŻLIWOŚCI
Spalanie w ogrodzie zeschłych liści nie może także w żadnym wypadku być uciążliwe dla sąsiadów. Wynika to z zapisów kodeksu cywilnego i, tak naprawdę, jest to największe ograniczenie dotyczące pozbywania się za pomocą ognia ogrodowych odpadków. Trudno bowiem jednoznacznie sprecyzować, co można uznać za uciążliwe dla innych, a co za zachowanie dopuszczalne. Jednemu sąsiadowi będzie bowiem przeszkadzać, gdy zapalimy w ogrodzie kilka suchych gałązek, a inny nie zwróci uwagi nawet, gdy płonąć będzie sterta mokrego siana.

Stąd mając za sąsiadów ludzi „upierdliwych”, którym przeszkadza dosłownie wszystko, co dzieje się wokół nich, dla świętego spokoju lepiej pozbywać się z ogrodu zeschłych liści w bezkonfliktowy sposób, wrzucając je do kontenera na śmieci czy od razu wywożąc na wysypisko. W innym bowiem razie na pewno czeka nas wizyta funkcjonariuszy policji, straży miejskiej lub nawet strażaków powiadomionych o incydencie przez oburzonego naszym zachowaniem sąsiada. A wtedy...

Andrzej Grzegorzek, szef bielskiej straży miejskiej przyznaje, że strażnicy są dość często wzywani w okresie jesiennym do tego typu interwencji. Zaznacza jednak, że najczęściej wszystko kończy się na upomnieniu udzielonym „palaczowi” oraz nakazaniu mu zgaszenia ogniska, którego obecność dla okolicznych mieszkańców może być uciążliwa. - W przypadku, gdy ogień jest nie tylko uciążliwy dla otoczenia, lecz stanowi  realne zagrożenie, na przykład dla bezpieczeństwa ruchu drogowego, sprawca jest karany mandatem lub sprawa trafia do sądu grodzkiego - mówi Andrzej Grzegorzek dodając, że ostatnio obserwuje w tej kwestii pewne pozytywne zjawisko. - Coraz więcej osób przed zapaleniem w ogrodzie odpadów organicznych, dzwoni do nas i pyta czy może to zrobić, a jeśli tak, to na jakich warunkach - mówi komendant Grzegorzek.

CZYSTA HIPOKRYZJA ?
Warto zwróć uwagę na jeszcze jeden aspekt tej sprawy, zakrawający na czystą hipokryzję. Otóż, gdy zapalimy jesienią w ogrodzie ognisko, w którym chcemy się pozbyć suchych liści, siana czy gałęzi, musimy uważać na wiele ograniczeń narzuconych nam przez przepisy prawa. Jeśli tego nie zrobimy, narażamy się na mniej czy bardziej poważne konsekwencje. Co więcej, prawo w tym wypadku jest egzekwowane z całą stanowczością. Gdy jednak te same liście zaniesiemy kilka metrów dalej - pod dach - i spalimy w przydomowej kotłowni, na nic już uwagi zwracać nie musimy. Co więcej, możemy do ognia dorzucić śmiało co tylko nam się spodoba, a i tak pozostaniemy bezkarni i żaden policjant czy strażnik miejski nie zapuka do naszych drzwi. Nie ma bowiem w kraju skutecznych mechanizmów walki z tak zwaną niską emisją zanieczyszczeń powietrza. Stąd przydomowe kotłownie w wielu przypadkach służą właścicielom budynków nie tyko jako źródło ciepła ogrzewającego mieszkanie, lecz także jako „podręczne” spalarnie odpadów, w których pozbyć się można tanim kosztem prawie każdego dziadostwa. Pisaliśmy już o tym wielokrotnie na łamach „Kroniki”.

Jest jeszcze jeden problem: czy w ogrodzie wolno zapalić ognisko ot tak po prostu dla własnego kaprysu czy przyjemności, a  nie tylko po to, aby pozbyć się w ten sposób organicznych śmieci? Wielu jest przecież amatorów pieczonej nad ogniem kiełbaski czy gotowanego w kociołku gulaszu. Takie ognisko różni się od tego „ogrodniczego” między innymi tym, że palimy w nim nie jakimiś tam „organicznymi śmieciami”, lecz drewnem opałowym najwyższej jakości, niepowodującym większego zadymienia.
Andrzej Grzegorzek przyznaje, że nie ma zakazu palenia takich ognisk pod warunkiem, że nie stwarzają one zagrożenia oraz nie są uciążliwe dla sąsiadów. A z tym może być i w tym wypadku różnie. Woń gulaszu i zapach palących się żywicznych szczap może przecież zawsze wywołać u kogoś irytację. W takich jednak przypadkach - mówi Andrzej Grzegorzek - wezwani na pomoc strażnicy radzą stronom konfliktu, aby rozsądziły swój kulinarno-ogniskowy spór na drodze cywilnoprawnej.

Marcin Płużek