Ubiegłoroczny incydent w wiosce Nangar Khel przejdzie do historii polskiego wymiaru sprawiedliwości. Proces nawet się jeszcze nie rozpoczął, lecz już teraz wiadomo, że za katastrofalnymi błędami w śledztwie stała polityka. Ta sama polityka wyrządziła wielką krzywdę bielskim komandosom, którzy otworzyli ogień do afgańskich cywili.

O tym wydarzeniu wie już chyba każdy Polak. Ba, zapamiętało je wielu telewidzów za granicą, którzy zobaczyli zdumiewający przekaz satelitarny z naszego kraju. Na filmie pokazano żandarmów w kominiarkach konwojujących innych żołnierzy Wojska Polskiego - z wykręconymi do tyłu, skrępowanymi rękami i twarzami zasłoniętymi jakimiś szmatami. W ten sposób traktuje się zwykle najgorszych bandytów. I właśnie takich żołnierzy z Polski zapamiętają tysiące widzów na świecie.

Po tragedii w afgańskiej wiosce w sierpniu ub.r. śledztwo w sprawie nieostrożnego obchodzenia się z bronią prowadził prokurator wojskowy będący w składzie naszego kontyngentu. Postępowanie przebiegało rutynowo, tj. w tempie właściwym biurokracji wojskowej. Po miesiącu odrębne śledztwo w tej sprawie zakończyli Amerykanie, gdyż polska grupa bojowa wchodzi w skład 82. dywizji powietrznodesantowej. Prokurator z US Army zamknął postępowanie, nie stwierdzając zbrodni wojennej. Według niego, był to „wypadek przy pracy”. W amerykańskich pododdziałach walczących z Talibami jest każdego miesiąca co najmniej kilka podobnych zdarzeń.

Nagła zmiana zarzutów na cięższe

Przełom w śledztwie nastąpił tuż po powrocie bielskich żołnierzy do kraju. Sprawę przejął wtedy nowo utworzony poznański wydział ds. przestępczości zorganizowanej Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Jego szef, Karol Frankowski nigdy wcześniej nie miał z wojskiem nic wspólnego. Do czasu przyjęcia do pracy w wojsku, był zatrudniony w poznańskiej prokuraturze okręgowej. Jako nowy szef nowego wydziału podjął decyzję o zatrzymaniu siedmiu komandosów pod bezprecedensowym zarzutem złamania konwencji haskiej i genewskiej. Następnie sąd aresztował żołnierzy, by w uzasadnieniu postanowienia podkreślić obawę matactwa oraz zagrożenie wysoką karą za przypisywane im przestępstwa.

W lutym br. nowym naczelnym prokuratorem wojskowym został płk Krzysztof Parulski, dotychczasowy prezes Stowarzyszenia Prokuratorów RP, który oficjalnie protestował przeciwko upolitycznieniu działań prokuratury w okresie, gdy ministerstwem sprawiedliwości kierował Zbigniew Ziobro. Pułkownik zastąpił Tomasz Szałka, który w czasach Ziobry był pierwszym cywilem na tym stanowisku. Zastępcą Parulskiego jest nadal generał Zbigniew Woźniak - gdański prawnik, specjalista prawa pracy. To on wraz z Frankowskim w ostrych słowach oskarżał bielszczan na konferencjach prasowych.

Do późnej wiosny br. komandosi siedzieli za kratami w celach z pospolitymi przestępcami, czasem bandytami. W lipcu akt oskarżenia o zbrodnie wojenne po raz pierwszy trafił do sądu. Zapowiadał się proces gigant z udziałem ponad stu świadków. Następnego dnia sąd odesłał jednak prokuraturze akta sprawy, wypominając jej wiele błędów formalnych. Frankowski wyjechał na przymusowy długi urlop, a po powrocie otrzymał dymisję. Bielskie – i zapewne nie tylko – wojsko za nim nie płacze.

Kilka dni temu Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie ponownie zwrócił prokuraturze akt oskarżenia. Tym razem uzasadnienie było merytoryczne i wyliczało znaczną ilość ogromnych zaniedbań popełnionych w trakcie śledztwa. Po pierwsze, nie przeprowadzono nawet dokładnych oględzin ciał zabitych afgańskich cywilów. Nie wiadomo więc, które z ofiar zginęły od pocisków karabinu maszynowego, a które od odłamków granatów moździerzowych. W aktach dołączonych do oskarżenia znalazły się jedynie zdjęcia ubranych do pogrzebu zwłok! Sąd przyznał wprost, że przeprowadzone po tragedii oględziny wioski Nangar Khel nie mają żadnej wartości dowodowej.

Okazuje się też, że w toku śledztwa utracono dokumentację fotograficzną sporządzoną dzień po feralnej akcji. Poza tym żandarm, który dokonał oględzin miejsca akcji bielskich komandosów nieprecyzyjnie określił odległości, bo... nie miał przy sobie żadnego przyrządu mierniczego.

Proces może ruszyć jutro

Ale to nie koniec niedoróbek prokuratury wojskowej. Sąd wytknął śledczym i to, że miejsca, z którego ostrzelano wioskę z ciężkiego karabinu maszynowego w ogóle nie zaznaczono na szkicach dołączonych później do akt śledztwa. Prokuratura nie wyjaśniła nawet kiedy celownik moździerza, z którego Polacy ostrzelali wioskę, uległ uszkodzeniu – przed czy po tragedii. Wizja lokalna na miejscu zdarzenia – o co występują obrońcy - byłaby tak uciążliwa, jak kosztowna. Mało prawdopodobna jest także ekshumacja ciał poległych cywili. Procedura ta jest sprzeczna z obowiązującym w Afganistanie prawem koranicznym.

Strony niechętnie mówią dziś o sprawie. Albo otrzymały polecenie służbowe, albo są przekonane, że na obecnym etapie powiedziano już wystarczająco dużo. Najbardziej rozmowni są obrońcy podejrzanych. Adwokat Piotr Dewiński, którego nazwisko od kilkudziesięciu lat znajduje się na liście obrońców w warszawskich sądach wojskowych jest zdumiony ilością i gatunkiem błędów prokuratury. Sprawa byłaby już dawno skończona, gdyby nie odstąpiono od najbardziej logicznej kwalifikacji prawnej czynu, tzn. przestępstwa nieostrożnego obchodzenia się z bronią, którego skutkiem jest śmierć innej osoby. Grozi za to kara do ośmiu lat więzienia.

Podejrzani mają 27-34 lata, rodziny, dzieci. Po powrocie do bielskiego batalionu zostali zawieszeni w czynnościach służbowych z prawem do wypłaty połowy uposażenia. W przypadku skazania, armia najpewniej w ogóle rozstanie się z nimi. Obecnie piłka jest po stronie Izby Wojskowej Sądu Najwyższego, który może nakazać rozpoczęcie procesu nawet w oparciu o dotychczasowe dowody.

Robert Kowal