Większość bielszczan na pewno zetknęła się z podobną sytuacją. Wystarczy zwichnąć sobie nogę, by trafić do zatłoczonej izby przyjęć. Tam trzeba zmagać się z tłumem zniecierpliwionych pacjentów, a czasem także z nieuprzejmością przemęczonego personelu medycznego. Noga boli coraz bardziej, ale jakoś udaje się doczekać na swoją kolej i z opatrunkiem wrócić do domu. W przypadku umierającego człowieka jednak codzienne standardy nie znajdują zastosowania.


Nasza czytelniczka, Agnieszka opisała dramatyczną historię ostatnich chwil życia jej ojca:

,, 8 września 2008 mój tata skończyłby 57 lat. Nie dożył. 16 lipca zmarł w szpitalu pod Szyndzielnią. Od roku zmagał się z chorobą nowotworową. Diagnoza w lipcu 2007 - rak drobnokomórkowy płuca. Rozpoczęło się leczenie(...).Po pięciu miesiącach udało się, rak płuca został wyleczony. Jednak w marcu wykryto przerzuty do mózgu. Tata był coraz słabszy i słabszy. Moja mama z oddaniem opiekowała się tatą. Ja prawie każdą wolną chwilę spędzałam z tatą - dziadkiem moich 3 letnich bliźniaków. W czerwcu tata przewrócił się i od tamtej pory prawie nie wychodził z łóżka. Zaczęło do mnie docierać, że cud, na który tak bardzo liczyłam i o który prosiłam Boga, nie zdarzy się. Tata był coraz słabszy i coraz więcej czasu przesypiał. Bardzo bolało, jak odwiedzając go codziennie w sypialni, widziałam jak gaśnie. Mój tatuś... Zawsze wesoły, pełen energii, robota paliła mu się w rękach. Tydzień przed śmiercią zaczęło dziać się z nim coś dziwnego Nie chciał jeść, traciliśmy z nim kontakt, krzyczał przez sen i pani doktor, która odwiedzała go w domu stwierdziła, że trzeba mu zrobić USG, aby sprawdzić czy są przerzuty do wątroby. W dzień przed śmiercią (wtorek, 15 lipca 2008) pani doktor zdecydowała, że trzeba go zawieźć do szpitala. Moja mama nie chciała się zgodzić, ale w końcu uległa. Na izbę przyjęć do szpitala pod Szyndzielnią zawiozła go karetka wraz z moją mamą i bardzo miłymi panami. O 16.30 byli na izbie przyjęć. Moją mamę, z zawodu pielęgniarkę, wyproszono z izby. Po chwili wyszedł lekarz i prawie krzycząc zapytał, kto jest od pana L.? Mama wstała, przedstawiła się. Pan doktor zaczął na mamę krzyczeć, że nie można z pacjentem nawiązać kontaktu(...) i że "my tutaj nowotworów nie leczymy". Moja mama przedstawiła sytuację, że my tylko na badania. Z łaską p. doktor powiedział: ,,proszę czekać”, a pacjenta wysłano na USG. Mama co godzinę próbowała wejść na izbę, aby dowiedzieć się czegoś na temat taty. Za każdym razem bezczelnie wypraszano ją. W końcu, ok. godz. 21 weszła i zapytała: przywiozłam męża cztery godziny temu. Gdzie on teraz jest? Lekarz spojrzał i zapytał – nazwisko? Moja mama odpowiada: L. A lekarz: ,,No przecież został przyjęty na oddział”. Moja mama prawie z płaczem powiedziała: ,,Proszę pana , ja jestem pielęgniarką i różne rzeczy widziałam, ale takie chamstwo, traktowanie pacjenta jak tu to pierwszy raz widzę.” A lekarz na to:,, To trzeba było od razu mówić... ”Pani pielęgniarka - która była tam obecna - widząc sytuację, zaproponowała mojej mamie, że ją zaprowadzi do taty. To były ostatnie godziny życia mojego taty. Sześć godzin później zmarł. Bardzo wszyscy żałowaliśmy, że w tych ostatnich chwilach był sam. Pytam, co musi się stać, aby lekarz traktował pacjenta jak człowieka? (...)To jest moja historia. Wiem, że podobnych sytuacji w tym szpitalu zdarza się mnóstwo. Wiem i czekam na cud! Oby się zdarzył.”

Historia Agnieszki poruszyła nas tak bardzo, że postanowiliśmy zbadać tę sprawę. W Karcie Praw Pacjenta możemy przeczytać o:

- prawie do intymności i poszanowania godności osobistej w czasie udzielania świadczeń

zdrowotnych (art. 19 ust. 1 pkt. 4 Ustawy o zakładach opieki zdrowotnej oraz art. 36 ust. 1 Ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty),

- prawie do umierania w spokoju i godności (art. 19 ust. 1 pkt. 5 Ustawy o zakładach opieki zdrowotnej).

Jaka jest przyczyna braku przestrzegania tych podstawowych praw? Odkąd Narodowy Fundusz Zdrowia postanowił, że nie będzie już podpisywał kontraktów z pogotowiem ratunkowym w Bielsku-Białej, do izby przyjęć w Szpitalu Wojewódzkim trafiają wszyscy pacjenci z urazami, czy złamaniami. Taki stan rzeczy jest główną przyczyną zatłoczenia i frustracji. Zarówno ze strony personelu medycznego, jak i pacjentów. Z niektórych źródeł wynika, że w roku 2007 lekarze dyżurujący na izbie przyjęć mieli nawet do 200 pacjentów dziennie. Ale nawet cierpiąc z powodu przepracowania, trzeba umieć okazać serce umierającej osobie i jej najbliższym.

- Kiedy przywiozłem mojego umierającego ojca do Szpitala Wojewódzkiego, personel medyczny zachował się honorowo - mówi jeden z pacjentów. - Zdaję sobie jednak sprawę, że nie wszyscy byli tak potraktowani, jak my. Myślę, że problemy, na które skarżą się pacjenci mogą wynikać z zatłoczenia i złej organizacji służby zdrowia.

To prawda. Wielu pacjentów narzeka na wielogodzinne kolejki, a także nieuprzejme traktowanie w izbie przyjęć. W jaki sposób można to zmienić? Wydaje się, że z jednej strony konieczna jest reforma organizacji służby zdrowia na taką, w której i pacjent, i lekarz byliby traktowani podmiotowo. Lecz z drugiej strony zmiany są konieczne także w ludzkich sercach. Bo przecież wystarczy, by pracownicy służby zdrowia oraz pacjenci sobie nawzajem okazywali zwyczajne ludzkie zrozumienie i pomoc, aby nie powtórzyła się taka historia, jak opisana przez naszą Czytelniczkę.

Mimo kilku prób nawiązania kontaktu z naszej strony, pracownicy Szpitala Wojewódzkiego w Bielsku-Białej nie zajęli oficjalnego stanowiska w tej sprawie. Szkoda, bo chowanie głowy w piasek nie rozwiązuje problemu. Dlatego sprawa jest otwarta. Ufamy, że do niej jeszcze wrócimy.


Agnieszka Pollak-Olszowska