Kopcący niemiłosiernie z rury wydechowej samochód, to obrazek często widywany na polskich drogach. Kopcą zarówno autobusy pełne ludzi, wielkie ciężarówki obładowane towarem, jak i samochody osobowe, zwłaszcza te, które pierwszą młodość mają już dawno za sobą. Szczególnie widać to w Beskidach, gdzie strome podjazdy w bezwzględny sposób obnażają wszelkie mankamenty silnika i układu wydechowego.
 
Jak to się dzieje, że tak niesprawne pojazdy pojawiają się - wbrew przepisom - na publicznych drogach? Rzężący silnik i czarna smuga śmierdzących spalin, to niechybna oznaka tego, że samochód taki po drodze publicznej poruszać się nie powinien. Istnieją bowiem obecnie bardzo restrykcyjne normy emisji toksycznych substancji do atmosfery przez pojazdy jeżdżące po drogach.
 
 Aby im sprostać, producenci aut konstruują coraz doskonalsze silniki, montują w samochodach katalizatory spalin, a nad przebiegiem procesu spalania mieszanki czuwają nowoczesne systemy elektroniczne montowane obecnie we wszystkich pojazdach. A to dlatego, że samochód niemieszczący się w normach emisji spalin, po prostu nie może być dopuszczony do ruchu. Każdy nowy pojazd musi zatem posiadać stosowną homologację gwarantującą, iż spełnia narzucone przez prawo parametry, w tym te dotyczące spalin.
 
Potem - podczas przeglądów technicznych - sprawdzane jest również co i w jakich ilościach wypuszcza on do atmosfery ze swojej rury wydechowej. Jeśli coś jest nie tak, pojazd nie jest dopuszczany do dalszego użytkowania, aż jego właściciel nie usunie usterki. Wszystko jest więc teoretycznie pod kontrolą i żaden „truciciel” nie powinien poruszać się po drogach.
 
                                                                               Analizatorów brak
 
W praktyce jednak widać gołym okiem, że tak nie jest. Smród spalin towarzyszy nam na każdym kroku, a dymiąca rura wydechowa, to widok powszedni. Czy ktoś w ogóle kontroluje to, co wylatuje z rur wydechowych aut codziennie poruszających się po drogach? Wszak sprawny technicznie samochód to nie tylko ten, który posiada światła, kierunkowskazy i sprawne hamulce. To również taki, który nie zatruwa środowiska.
 
Sprawność techniczną pojazdów poruszających się po drogach powinna kontrolować policja. W tym również to, czy pojazd spełnia normy emisji spalin. Służą do tego przenośne analizatory. Dzięki nim wprost na szosie - podczas kontroli drogowej - można w krótkim czasie sprawdzić, co wydostaje się z rury wydechowej samochodu. Jeśli okaże się, że pojazd zatruwa środowisko ponad dozwolone normy, policjant może - tak jak w wypadku innych usterek technicznych - zatrzymać dowód rejestracyjny, czyli wyeliminować z dalszej jazdy.
 
Jest tak tylko w teorii. A to dlatego, że obecnie śląscy policjanci (podobnie jak w całym kraju) nie dysponują ani jednym analizatorem spalin. Potwierdza to Robert Tarapacz z wydziału ruchu drogowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach. Przyznaje, że do niedawna śląskie drogi patrolowało sześć specjalistycznych radiowozów przystosowanych do kontroli stanu technicznego pojazdów. Były one wyposażone między innymi w analizatory spalin. Teraz jednak wszystkie zostały wyłączone z użytku ze względu na brak aktualnej homologacji.
 
Robert Tarapacz nie kryje, że policja dostrzega powagę sytuacji. Stąd Komenda Główna Policji zamierza w niedługim czasie zakupić nowe specjalistyczne wozy policyjne wyposażone w analizatory spalin. Część z nich ma trafić na Śląsk. Zakup tego sprzętu ma być sfinansowany ze środków Funduszu Ochrony Środowiska oraz pieniędzy unijnych. Nie wiadomo jednak, kiedy nowe analizatory trafią w ręce policjantów.
 
Czy do tego czasu jeżdżący po drogach truciciele mogą czuć się bezkarni? Robert Tarapacz zapewnia, że nie. Chociaż policja analizatorów spalin nie posiada, to jednak dysponuje nimi Inspekcja Transportu Samochodowego. Co prawda, przedmiotem zainteresowania ITD są pojazdy ciężarowe, to jednak bezkarni nie powinni się czuć także truciciele z aut osobowych. A to dlatego, że - jak mówi Robert Tarapacz - organizowane są wspólne patrole ITD oraz policji, podczas których kontroluje się - w tym pod względem sprawności technicznej - nie tylko ciężarówki, ale także inne pojazdy. Problem polega jednak na tym, iż śląska ITD dysponuje jedynie dwoma analizatorami spalin. Tymczasem codziennie po drogach Śląska i Podbeskidzia poruszają się miliony pojazdów spalinowych!
 
                                                                   Kropla w morzu potrzeb
 
Łatwo więc zauważyć, że dwa urządzenia tego typu, to mniej niż kropla w morzu potrzeb. Może więc nieco dziwić beztroska, jaką w tym względzie wykazują decydenci różnych szczebli i opcji politycznych, którzy co rusz zapewniają nas o tym, że bezpieczeństwo na drogach jest sprawą priorytetową.
 
Policja posiada co prawda coraz więcej środków i narzędzi umożliwiających poprawę bezpieczeństwa drogowego, jednak sprawy ekologii traktowane są po macoszemu. Są natomiast coraz lepsze radary i fotoradary eliminujące piratów drogowych, czy wszelkiego rodzaju testy umożliwiające w ciągu kilku sekund sprawdzenie stanu trzeźwości kierowcy (ostatnio arsenał policji wzbogacił się o przenośne testery narkotyków).
 
Można zrozumieć, że tragiczne wypadki powodowane przez drogowych piratów lub osoby pijane budzą ogólny sprzeciw i oburzenie, lecz przecież trucizny zawarte w spalinach również zabijają. Robią to powoli i mniej spektakularnie niż pijany kierowca wjeżdżający w grupę przechodniów. Na dodatek toksyny działają po cichu i podstępnie. Rak czy choroby serca - spowodowane między innymi przez nadmierne zanieczyszczenie powietrza spalinami - to także poważy problem społeczny. Na leczenie tych chorób wydaje się miliardy złotych.
Może byłoby taniej, gdyby wcześniej eliminowano z dróg trucicieli?
Tekst i foto: Marcin Płużek