Problem jest...dość głośny, o czym przekonać się można w dzień powszedni na ulicy, gdy zagłusza nas jednoczesne wycie syren kilku pojazdów uprzywilejowanych. Dramat zaczyna się w godzinach nocnych w dniach wolnych od pracy, kiedy mieszkańców domów sąsiadujących z remizą, komisariatem bądź stacją pogotowia budzi ze snu huk niczym na lotnisku. Bo w naszym kraju na Kojaka może jeździć każdy kto ma zezwolenie i nic nikomu do tego, że robi to głośno.
 
Na hałas skarży się wielu czytelników naszego portalu. Szczególnie zdeterminowane są osoby mieszkające w pobliżu siedzib instytucji posługujących się pojazdami uprzywilejowanymi. Podobno najgłośniej bywa w okolicach ulicy Kochanowskiego oraz w pobliżu szpitali, do których karetki przywożą poważnie chorych lub poszkodowanych w wypadkach ulicznych.
 
 - Przepisy ruchu drogowego milczą na temat dopuszczalnej głośności sygnałów dźwiękowych emitowanych przez pojazdy uprzywilejowane – tłumaczy nam naczelnik sekcji ruchu drogowego KMP w Bielsku-Białej nadkomisarz Krzysztof Gałuszka. – Kodeks wskazuje tylko, że sygnał dźwiękowy należy wyłączyć na miejscu wypadku. Trzeba wtedy posługiwać się wyłącznie sygnałami świetlnymi. Ale istnieje niepisana zasada, aby na osiedlach mieszkaniowych, zwłaszcza po nocy, nie nadużywać syreny.
 
Pan naczelnik stara się udowodnić, że jego podwładni są dżentelmenami i kiedy po akcji zjeżdżają z Partyzantów do swojej bazy na Kamińskiego, wyłączają dźwięk w kogucie radiowozu, by w porze nocnej nie niepokoić okolicznych mieszkańców. A problem może być poważny, jeśli na syrenie zechcą jeździć kierowcy wszystkich pojazdów, którym przysługuje to prawo. Ustawa Prawo o ruchu drogowym wymienia bowiem łącznie 12 takich instytucji. Inne firmy (np. ochroniarskie) muszą każdorazowo występować do ministra spraw wewnętrznych i administracji o dopuszczenie do ruchu pojazdu z kogutem.
 
Zdarzają się jednak przedsiębiorstwa, które lekceważą ów obowiązek (tak, tak chodzi głównie o ochronę mienia) i wówczas „na Kojaka” – jak określają to zjawisko bielscy policjanci – jeżdżą wszyscy. Ci co mogą i ci, bez zezwolenia. Hałas w każdym przypadku jest jednaki.
 
Zastępca dyrektora Bielskiego Pogotowia Ratunkowego Adam Kasperek przekonuje nas, że głośno...być musi, bo karetki wyjeżdżają do przypadków zagrożenia życia. Kto rozgrzeszy kierowcę, który ryzykując życie innego człowieka - w trosce o sen bielszczan - wyłączył sygnał dźwiękowy i przyjedzie do chorego choćby tylko z jednominutowym opóźnieniem? Z pewnością nie wybaczy tego ani rodzina zmarłego, ani prokurator.
 
W BPR słychać argument, że na hałas Erki skarżą się tylko ci, którzy nigdy dotąd nie byli w potrzebie. Wystarczy, że raz będą zmuszeni do skorzystania z usług pogotowia, to nabiorą do tej instytucji niezbędnego szacunku. Według kierowców z ul. Emilii Plater, mieszkańcy miasta nie są w stanie nocą zidentyfikować właściciela hałasującego pojazdu. Służby ratunkowe korzystają bowiem ze sprzętu tych samych producentów. Może więc skargi czytelników na pogotowie ratunkowe nie są w pełni uzasadnione, bo to właśnie syrena policji częściej budzi ludzi niedzielnym świtem?
 
Zdaniem Kasperka, odpowiedź na to pytanie nie ma większego znaczenia w konfrontacji z postanowieniami Kodeksu drogowego. Przepis mówi wyraźnie, że pojazd może korzystać z przywilejów na jezdni, jeśli używa jednocześnie sygnału świetlnego i dźwiękowego. W tej sytuacji syrena będzie wyć zawsze wtedy, gdy karetka jedzie do przypadku zagrażającego życiu.
 
Każdy pojazd uprzywilejowany musi zostać formalnie dopuszczony do ruchu, czyli posiadać homologację. Sygnał emitowany przez nowoczesne koguty może być zdalnie regulowany z tzw. pilota. Wprawdzie nie można zmienić natężenia dźwięku, lecz możliwe jest – np. w terenie zabudowanym w porze nocnej - wprowadzenie mniej hałaśliwych modulacji. Syrena ostrzeże wówczas kierowców pobliskich aut o zbliżającej się karetce, a jednocześnie pozwoli ludziom wyspać się w niedzielę.
 
 
                                                                              Robert Kowal