W Bielsku-Białej funkcjonuje kilka firm świadczących usługi detektywistyczne, a parę innych - pochodzących spoza naszego miasta - czasami przyjmuje zlecenia od bielszczan. Lecz na tym biznesie trudno zarobić kokosy. Dlatego detektywi imają się przy okazji różnych dodatkowych zajęć, aby utrzymać rodzinę.

Usługi detektywistyczne w naszym kraju są koncesjonowane. Każdy kto chciałby zostać następcą słynnego Bednarskiego sprzed wojny musi otrzymać zezwolenie ministra spraw wewnętrznych i administracji. Zgodnie z ustawą z 2001r., detektyw jest tytułem zawodowym osoby legitymującej się specjalną licencją. W agencjach zatrudniających wielu pracowników wystarczy, aby ten certyfikat posiadała jedna osoba.

Aby uzyskać licencję, trzeba mieć m.in. co najmniej wykształcenie średnie, czyste konto w rejestrze skazanych i pozytywną opinię miejscowego komendanta policji. Koncesji nie otrzymają obywatele, którzy zostali dyscyplinarnie zwolnieni z pracy w służbach specjalnych, policji lub innych tzw. instytucjach siłowych. Kandydat na współczesnego Sherlocka Holmesa musi ponadto zdać egzamin przed komisją powołaną przez komendanta wojewódzkiego policji.

Rejestr detektywów jest dokumentem niejawnym i może być udostępniany wyłącznie na wniosek sądu, prokuratury lub innego organu posiadającego tzw. interes prawny. Naszemu portalowi udało się ustalić, że na terenie kraju działa niespełna tysiąc detektywów, w tym kilku w Bielsku-Białej. Nasze miasto jest jednak zbyt małe, by na tym interesie zbić fortunę. Dlatego miejscowe agencje zajmują się jednocześnie świadczeniem innych usług. Najczęściej jest to ochrona osób i mienia, biuro poszukiwań zaginionych albo po prostu: agencja usług koncesjonowanych.

W branży obowiązuje dyskrecja. Część detektywów ogłasza się w prasie, lecz ludzie ci na ogół rzadko udzielają wywiadów dla mediów. Z naszym portalem zgodził się porozmawiać pan, który zaczął dopiero działać na Podbeskidziu. Zastrzegł jednak anonimowość. Z wykształcenia jest...historykiem. Okazuje się, że obok wykonywania zleceń stricte detektywistycznych zajmuje się także weryfikacją zwolnień lekarskich, windykacją długów, badaniem jakości pracy ekspedientek w ramach usługi „tajemniczy klient”, a nawet sporządzaniem drzewa genealogicznego i poszukiwaniem przodków.

Większość zleceń dotyczy jednak zbierania informacji o współmałżonku na potrzeby przyszłej rozprawy rozwodowej. Detektyw nie jest uprawniony do np. podsłuchiwania rozmów telefonicznych, ale może zbierać dowody przy pomocy obserwacji. W razie potrzeby jest gotów wystąpić w sądzie w charakterze świadka.

Wśród prywatnych detektywów sporo jest emerytowanych policjantów. Dowiedzieliśmy się, że w tej branży pracuje także były funkcjonariusz pionu kryminalnego bielskiej policji. Rzeczniczka KMP w Bielsku-Białej Elwira Jurasz oficjalnie nic o tej sprawie nie wie. – Nawet jeśli to prawda – podkreśla pani podkomisarz -  to nie ma w tym fakcie niczego nagannego. – Pod warunkiem jednak, że agencja przestrzega prawa.

Zgodnie z ustawą, organa prowadzące lub nadzorujące postępowania karne nie mogą zlecać detektywom czynności śledczych. Jak dotąd, w dziejach bielskiej policji nie było przypadku, aby służby dochodzeniowe współpracowały z nimi w jakiejkolwiek sprawie kryminalnej. Niekiedy detektyw zatrudniany jest przez zdeterminowaną rodzinę do poszukiwania zaginionego krewnego. Wówczas policja jest zobowiązana do weryfikacji dowodów zebranych nie tylko przez pracownika agencji, lecz nawet materiałów zgromadzonych przez jasnowidzów czy różdżkarzy.

W ostatnim czasie na Podbeskidziu odnotowano jeden głośny przypadek wykorzystania dowodów pochodzących z niekonwencjonalnych źródeł. Dotyczyły one poszukiwania zaginionej Joanny Surowieckiej, 20 –letniej mieszkanki Czechowic-Dziedzic. Z ofertą pomocy zgłosił się do rodziny znany prywatny detektyw warszawski z przeszłością poselską. Także jemu jednak jak dotąd nie udało się odnaleźć dziewczyny.


                                                                            Robert Kowal