Wściekły problem
W Bielsku-Białej do powszechnych bolączek, na które skarżą się pacjenci, dochodzą jeszcze problemy z poradnią chorób zakaźnych. Okazuje się bowiem, że funkcjonuje ona coraz bardziej iluzorycznie. Jeden lekarz specjalista chorób zakaźnych, w dodatku pracujący w poradni tylko na części etatu, to o wiele za mało jak na potrzeby 200-tysięcznej aglomeracji oraz podobnej liczby osób żyjących w ościennych miejscowościach. Ci, którzy z usług poradni chorób zakaźnych nie musieli korzystać, mogą zaliczyć się do grona szczęściarzy. Wiedzą o tym najlepiej pacjenci, którzy byli zmuszeni szukać tam pomocy. Oto historia jednego z bielszczan...
Rzecznik bielskiego Szpitala Wojewódzkiego Jolanta Trojanowska przyznaje, że sytuacja taka mogła mieć miejsce. W szpitalnej przychodni brakuje bowiem bardzo często podawanej w takich przypadkach anatoxyny. - Są ciągłe problemy z jej kupnem w hurtowniach medycznych - wyjaśniła Jolanta Trojanowska zaznaczając, że szpital w myśl przepisów nie ma obowiązku posiadania tego leku i pacjent powinien się w niego zaopatrzyć we własnym zakresie. Natomiast - przyznała rzecznik SW - w szpitalu lek może zostać podany bezpłatnie jeśli pacjent kupi go w aptece. - Tak na marginesie - szczepionka kosztowała - jeśli dobrze pamiętam - około 5 złotych, natomiast rachunek za taksówkę, z której korzystałem poszukując lekarstwa wyniósł mnie ponad 150 złotych - mówi bielszczanin, dodając, że to jeszcze nie koniec jego przygód.
- Po dziesięciu dniach z duszą na ramieniu udałem się do weterynarza, gdzie pies przebywał na obserwacji. Na moje szczęście okazało się, że zwierzak nie jest chory na wściekliznę - przyznaje 40-latek. O całej sprawie mężczyzna zaczyna powoli zapominać, zwłaszcza że rany na kolanie goją się dobrze Do teraz jednak nie wie, czy aby nie postąpił wbrew przepisom prawa nie zgłaszając się - tak jak mu nakazano w szpitalu - do poradni chorób zakaźnych.
Józef Jagosz z bielskiego sanepidu wyjaśnia, że w takiej sytuacji wizyta ta nie była konieczna, a chodzi w takich przypadkach jedynie o dobro pacjenta. Stąd pouczenie o konieczności wizyty u specjalisty chorób zakaźnych. Do czasu zanim znany był wynik obserwacji psa, osoba taka uznawana jest bowiem za potencjalnie zarażoną wścieklizną. Znacznie gorzej byłoby - przyznał Józef Jagosz - gdyby pies nie trafił na obserwację. Wtedy mężczyzna miałby obowiązek podjęcia leczenia w poradni chorób zakaźnych i najprawdopodobniej wszystko skończyłoby się dla niego serią zastrzyków przeciwko wściekliźnie. W dodatku pomocy musiałby szukać w takiej sytuacji daleko poza Bielskiem. A nie chodzi przecież o jakąś rzadką egzotyczną chorobę, lecz „zwykłe” pokąsanie przez psa - lub innego zwierzaka - o które na Podbeskidziu nietrudno.
ATAK NA KOLANO
- Wracałem w czerwcowy wieczór ze spaceru, gdy nagle na osiedlu Karpackim rzucił się na mnie duży pies - mówi 40-letni mężczyzna (nazwisko do wiadomości redakcji), wyjaśniając, że zanim zdążył odskoczyć na bok, czworonóg ugryzł go mocno w kolano. Szybko okazało się, że pies jest towarzyszem pijanego jegomościa o podejrzanej proweniencji. Na szczęście dzięki twardej postawie bielszczanin zdołał próbującego oddalić się wraz z psem pijaka zatrzymać na miejscu zdarzenia do czasu przyjazdu zawiadomionej telefonicznie o zajściu policji. Trochę trwało zanim patrol pojawił się na miejscu, lecz gdy już policjanci przybyli, sprawy potoczyły się szybko i sprawnie. Pies został zabrany do weterynarza na obserwację, pijak trafił do izby wytrzeźwień, zaś pogryziony mężczyzna na pogotowie. To jednak nie koniec tej historii, lecz tak naprawdę jej początek. POTRZEBNY CHIRURG
- Na pogotowiu okazało się, że potrzebna jest interwencja chirurgiczna - mówi mężczyzna. Odesłano mnie do Szpitala Wojewódzkiego, gdzie miałem zgłosić się do poradni chirurgicznej. „Odesłano” oznacza, że mężczyzna musiał dotrzeć tam we własnym zakresie taksówką. W szpitalu, po długim oczekiwaniu, pogryziony bielszczanin dotarł wreszcie przed oblicze chirurga. Ten opatrzył jego rany, zbadał go i stwierdził, że pacjent powinien dostać teraz zastrzyk przeciwtężcowy. Sęk w tym, że w szpitalu zabrakło tej szczepionki, a tak w ogóle - brzmiała opinia jego pracowników - zastrzyk taki powinno się poszkodowanemu zaaplikować już na pogotowiu. - W końcu poinformowano mnie, że zastrzyk mogą mi w szpitalu wykonać, jeśli przywiozę własną szczepionkę - mówi bielszczanin. JAZDA Z RECEPTĄ
Zaopatrzony w receptę wyruszył więc taksówką (nie ma własnego samochodu) na poszukiwanie potrzebnego leku. A że w międzyczasie zrobił się już środek nocy, nie było to proste. - Dopiero w trzeciej z czynnych jeszcze wtedy bielskich aptek, do których dotarłem, mieli potrzebną mi szczepionkę, i to na dodatek ostatnią sztukę. Niewiele więc brakowało, a w perspektywie miałem tej nocy podróż w poszukiwaniu leku do Żywca, Cieszyna lub Pszczyny - tłumaczy. Rzecznik bielskiego Szpitala Wojewódzkiego Jolanta Trojanowska przyznaje, że sytuacja taka mogła mieć miejsce. W szpitalnej przychodni brakuje bowiem bardzo często podawanej w takich przypadkach anatoxyny. - Są ciągłe problemy z jej kupnem w hurtowniach medycznych - wyjaśniła Jolanta Trojanowska zaznaczając, że szpital w myśl przepisów nie ma obowiązku posiadania tego leku i pacjent powinien się w niego zaopatrzyć we własnym zakresie. Natomiast - przyznała rzecznik SW - w szpitalu lek może zostać podany bezpłatnie jeśli pacjent kupi go w aptece. - Tak na marginesie - szczepionka kosztowała - jeśli dobrze pamiętam - około 5 złotych, natomiast rachunek za taksówkę, z której korzystałem poszukując lekarstwa wyniósł mnie ponad 150 złotych - mówi bielszczanin, dodając, że to jeszcze nie koniec jego przygód.
DOKTOR NA URLOPIE
W Szpitalu Wojewódzkim po zaaplikowaniu anatoxyny poinformowano go ustnie oraz pisemnie, że dalsze leczenie ma być przez niego kontynuowane w przychodni chorób zakaźnych w bielskim Szpitalu Ogólnym, do której otrzymał skierowanie. - Następnego dnia udałem się do wskazanej przychodni i dowiedziałem się, że przyjmujący w niej lekarz... jest na urlopie! Stąd przychodnia będzie przez najbliższy czas nieczynna - mówi pogryziony mężczyzna. - Natomiast najbliższe takie placówki znajdują się w Cieszynie oraz Tychach. To jakiś paradoks: z jednej strony jestem informowany, że mam obowiązek zgłosić się do przychodni chorób zakaźnych, nie mówiąc już o tym, że zachodzi podejrzenie, iż zostałem zarażony wścieklizną. A z drugiej skorzystanie z jej usług jest niemożliwe! Ostatecznie do lekarza nie poszedł. - Po dziesięciu dniach z duszą na ramieniu udałem się do weterynarza, gdzie pies przebywał na obserwacji. Na moje szczęście okazało się, że zwierzak nie jest chory na wściekliznę - przyznaje 40-latek. O całej sprawie mężczyzna zaczyna powoli zapominać, zwłaszcza że rany na kolanie goją się dobrze Do teraz jednak nie wie, czy aby nie postąpił wbrew przepisom prawa nie zgłaszając się - tak jak mu nakazano w szpitalu - do poradni chorób zakaźnych.
Józef Jagosz z bielskiego sanepidu wyjaśnia, że w takiej sytuacji wizyta ta nie była konieczna, a chodzi w takich przypadkach jedynie o dobro pacjenta. Stąd pouczenie o konieczności wizyty u specjalisty chorób zakaźnych. Do czasu zanim znany był wynik obserwacji psa, osoba taka uznawana jest bowiem za potencjalnie zarażoną wścieklizną. Znacznie gorzej byłoby - przyznał Józef Jagosz - gdyby pies nie trafił na obserwację. Wtedy mężczyzna miałby obowiązek podjęcia leczenia w poradni chorób zakaźnych i najprawdopodobniej wszystko skończyłoby się dla niego serią zastrzyków przeciwko wściekliźnie. W dodatku pomocy musiałby szukać w takiej sytuacji daleko poza Bielskiem. A nie chodzi przecież o jakąś rzadką egzotyczną chorobę, lecz „zwykłe” pokąsanie przez psa - lub innego zwierzaka - o które na Podbeskidziu nietrudno.
Marcin Płużek


Artykuł wyświetlono 3059 razy.
REKLAMA
REKLAMA
Zobacz również

Klauzula informacyjna ›