Bomba pod Ferrari
Sprawa jest nieco zleżała, lecz pamiętają ją zapewne czytelnicy ceniący sobie mocne wrażenia. Na początku lat 90-tych w Hamburgu wyleciało w powietrze auto marki Ferrari Testarosa wraz z pasażerami. Po niespełna dwóch latach bielski sąd skazał dwóch tzw. cyngli, ale miał zbyt krótkie ręce, aby ukarać zleceniodawcę. Minęło kilkanaście lat i jest znów szansa na wymierzenie sprawiedliwości.
Nasza historia rozpoczyna się w 1991r. Jerzy B. i Jan N. byli wówczas osobami znanymi w światku przestępczym. Zazwyczaj nie odmawiali, gdy ktoś poważny przedstawiał im interesującą propozycję. Nie inaczej też było, kiedy pewnego dnia skontaktował się z nimi Mieczysław M., by zlecić zlikwidowanie Zbigniewa N. Nie chcemy w tym miejscu zaciemniać obrazu sprawy, opisując szczegółowo funkcje, jakie w branży wykonywali wymienieni dżentelmeni. Proszę nam jednak uwierzyć, że wszyscy mieli w tym świecie duże nazwiska.
Cel mieszkał w Hamburgu i prowadził rozległe interesy, ale w pewnym momencie stał się w środowisku osobą zbędną. Był to wynik biznesowych rozliczeń pomiędzy panami. W języku dyplomatów człowiek taki nazywany jest persona non grata. W naszej dzisiejszej historii jednak stosunki międzyludzkie trudno byłoby nazwać dyplomatycznymi. Jeśli już używać tej poetyki, to była to dyplomacja kanonierek albo lepiej – zamachów bombowych.
Aby pozbyć się Zbigniewa N. z tego świata, pan Mietek opracował precyzyjny i perfidny plan. Przewidywał on zgładzenie mężczyzny w miejscu jego aktualnego zamieszkania, tj. w Hamburgu. Wspomniani na początku dwaj fachowcy od zleceń specjalnych otrzymali od Mieczysława M. niezłą sumkę za fatygę oraz niezbędne wyposażenie: materiał wybuchowy heksogen i zapalnik do zdetonowania bomby na odległość. Termin wykonania roboty był symboliczny. Do zamachu dojść miało... 1 listopada 1991r.
Zgodnie z umową, tego dnia Jan N. podłożył bombę pod Ferrari Testarosa, którym posługiwał się w Hamburgu Zbigniew N. W samochodzie – obok celu – znajdowała się przypadkowa kobieta. Ładunek odpalił Jerzy B. W wyniku eksplozji pasażer auta doznał poparzeń i podpaleń 60 proc. powierzchni ciała, co spowodowało zanik wielu funkcji organizmu. Mimo reanimacji i specjalistycznej opieki medycznej, zmarł po kilkunastu dniach pobytu w hamburskim szpitalu. Jego towarzyszka była ciężko poparzona i poraniona, lecz uszła z życiem.
Organa ścigania nie miały większych problemów z odtworzeniem prawdziwego przebiegu wydarzeń i zatrzymaniem osób podejrzanych o przeprowadzenie zamachu. Dzięki międzynarodowej współpracy policyjnej, szybko aresztowano Jana N. oraz Jerzego B. Niespełna dwa lata później zostali uznani winnymi popełnienia zbrodni. Wyrokiem Sądu Okręgowego w Bielsku-Białej skazano ich na kary wieloletniego więzienia. Poza zasięgiem sprawiedliwości znalazła się jednak osoba podejrzana o zlecenie zabójstwa,tj. Mieczysław M., który przez długie lata potrafił unikać policyjnych pułapek.
Historia jego ucieczki mogłaby stać się kanwą pasjonującej powieści kryminalnej z kluczem. My z braku miejsca poprzestaniemy na konkluzji, że śledztwo przeciwko panu Mietkowi zostało odwieszone w ub.r., gdy po kilkunastu latach nieustannej ucieczki i zacierania śladów w całej Europie został wreszcie zatrzymany oraz przekazany do dyspozycji bielskiego sądu. Obciążały go dowody zgromadzone w trakcie procesu wspólników, zeznania świadków, a także ustalenia ze śledztw prowadzonych równolegle w Hamburgu i Wiedniu.
Pomimo obfitego materiału dowodowego, Mieczysław M. nie przyznaje się do zarzucanego mu czynu. Początkowo odmówił składania wyjaśnień, lecz następnie – jak twierdzi prokuratura – zaczął kręcić, usiłując przekonywać śledczych, że jako niewinna ofiara zmowy został wciągnięty w tę sprawę przez złych ludzi. Zrzucał winę na innych gangsterów i zasłaniał się brakiem pamięci co do szczegółów dostarczenia bomby, która usunęła ze świata Zbigniewa N.
Mieczysław M. jest oskarżony o kierowanie zabójstwem. Będzie sądzony w oparciu o przepisy karne obowiązujące w dniu zamachu. Mimo, że są dla niego łagodniejsze, grozi mu kara dożywotniego pozbawienia wolności. Proces w tej ciekawej sprawie rozpocznie się prawdopodobnie po wakacjach przed Sądem Okręgowym w Bielsku-Białej.
Nasza historia rozpoczyna się w 1991r. Jerzy B. i Jan N. byli wówczas osobami znanymi w światku przestępczym. Zazwyczaj nie odmawiali, gdy ktoś poważny przedstawiał im interesującą propozycję. Nie inaczej też było, kiedy pewnego dnia skontaktował się z nimi Mieczysław M., by zlecić zlikwidowanie Zbigniewa N. Nie chcemy w tym miejscu zaciemniać obrazu sprawy, opisując szczegółowo funkcje, jakie w branży wykonywali wymienieni dżentelmeni. Proszę nam jednak uwierzyć, że wszyscy mieli w tym świecie duże nazwiska.
Cel mieszkał w Hamburgu i prowadził rozległe interesy, ale w pewnym momencie stał się w środowisku osobą zbędną. Był to wynik biznesowych rozliczeń pomiędzy panami. W języku dyplomatów człowiek taki nazywany jest persona non grata. W naszej dzisiejszej historii jednak stosunki międzyludzkie trudno byłoby nazwać dyplomatycznymi. Jeśli już używać tej poetyki, to była to dyplomacja kanonierek albo lepiej – zamachów bombowych.
Aby pozbyć się Zbigniewa N. z tego świata, pan Mietek opracował precyzyjny i perfidny plan. Przewidywał on zgładzenie mężczyzny w miejscu jego aktualnego zamieszkania, tj. w Hamburgu. Wspomniani na początku dwaj fachowcy od zleceń specjalnych otrzymali od Mieczysława M. niezłą sumkę za fatygę oraz niezbędne wyposażenie: materiał wybuchowy heksogen i zapalnik do zdetonowania bomby na odległość. Termin wykonania roboty był symboliczny. Do zamachu dojść miało... 1 listopada 1991r.
Zgodnie z umową, tego dnia Jan N. podłożył bombę pod Ferrari Testarosa, którym posługiwał się w Hamburgu Zbigniew N. W samochodzie – obok celu – znajdowała się przypadkowa kobieta. Ładunek odpalił Jerzy B. W wyniku eksplozji pasażer auta doznał poparzeń i podpaleń 60 proc. powierzchni ciała, co spowodowało zanik wielu funkcji organizmu. Mimo reanimacji i specjalistycznej opieki medycznej, zmarł po kilkunastu dniach pobytu w hamburskim szpitalu. Jego towarzyszka była ciężko poparzona i poraniona, lecz uszła z życiem.
Organa ścigania nie miały większych problemów z odtworzeniem prawdziwego przebiegu wydarzeń i zatrzymaniem osób podejrzanych o przeprowadzenie zamachu. Dzięki międzynarodowej współpracy policyjnej, szybko aresztowano Jana N. oraz Jerzego B. Niespełna dwa lata później zostali uznani winnymi popełnienia zbrodni. Wyrokiem Sądu Okręgowego w Bielsku-Białej skazano ich na kary wieloletniego więzienia. Poza zasięgiem sprawiedliwości znalazła się jednak osoba podejrzana o zlecenie zabójstwa,tj. Mieczysław M., który przez długie lata potrafił unikać policyjnych pułapek.
Historia jego ucieczki mogłaby stać się kanwą pasjonującej powieści kryminalnej z kluczem. My z braku miejsca poprzestaniemy na konkluzji, że śledztwo przeciwko panu Mietkowi zostało odwieszone w ub.r., gdy po kilkunastu latach nieustannej ucieczki i zacierania śladów w całej Europie został wreszcie zatrzymany oraz przekazany do dyspozycji bielskiego sądu. Obciążały go dowody zgromadzone w trakcie procesu wspólników, zeznania świadków, a także ustalenia ze śledztw prowadzonych równolegle w Hamburgu i Wiedniu.
Pomimo obfitego materiału dowodowego, Mieczysław M. nie przyznaje się do zarzucanego mu czynu. Początkowo odmówił składania wyjaśnień, lecz następnie – jak twierdzi prokuratura – zaczął kręcić, usiłując przekonywać śledczych, że jako niewinna ofiara zmowy został wciągnięty w tę sprawę przez złych ludzi. Zrzucał winę na innych gangsterów i zasłaniał się brakiem pamięci co do szczegółów dostarczenia bomby, która usunęła ze świata Zbigniewa N.
Mieczysław M. jest oskarżony o kierowanie zabójstwem. Będzie sądzony w oparciu o przepisy karne obowiązujące w dniu zamachu. Mimo, że są dla niego łagodniejsze, grozi mu kara dożywotniego pozbawienia wolności. Proces w tej ciekawej sprawie rozpocznie się prawdopodobnie po wakacjach przed Sądem Okręgowym w Bielsku-Białej.
Robert Kowal
Artykuł wyświetlono 2125 razy.
REKLAMA
REKLAMA
Zobacz również
Komentarze 2
mm
hahaha aniu to własnego cienia tez się boisz, czy może jakieś spięcia miałaś z Panem N. ?
ania0703
Sąd Okręgowy w Bielsku sądził Ryszarda Niemczyka i teraz ma sądzić kolejnego zbrodniarza osobiście przeraża mnie fakt że takie osoby przebywają w mieście. W trakcie procesu Niemczyka ze strachu nie wychodziłam z domu.

Klauzula informacyjna ›