Ciasnota na salach chorych i dostawki na korytarzach to dowody, że większość szpitali w woj. śląskim nie zapewnia chorym należytego komfortu. Dyrektorzy tłumaczą, że mają poważniejsze zmartwienia, ale i tym będą musieli się zająć. I nie zostało im wiele czasu.


Po wejściu do szpitala w Zawierciu uderzy nas nie tylko przykry zapach, ale i wrażenie ciasnoty. Chorzy poupychani w salach, wielu ma łóżka na korytarzach. W szpitalach w Chorzowie, Tychach czy w Katowicach takich scen nie zobaczymy, ale i tam miejsca na łóżka jest za mało.

Problem dotyczy także placówek stosunkowo nowych, jak Szpital Wojewódzki w Bielsku-Białej. Tu przestronne sale i szerokie korytarze to norma, ale łóżek i tak jest za dużo. - W tej chwili mamy ich sześćset, ale po wymaganym rozgęszczeniu sto czterdzieści nam ubędzie. Wtedy nie wyrobimy kontraktu. Wniosek: nasz szpital, choć duży, to i tak jest za mały. Musimy dobudować nowy pawilon - mówi dyrektor Ryszard Batycki.

Konieczność wprowadzenia tego, co dyrektorzy nazywają rozgęszczeniem, zapisana została w rozporządzeniu ministra zdrowia w sprawie wymagań dla zakładów opieki zdrowotnej. Określono w nim m.in. powierzchnię sal chorych: najmniejszy pokój z jednym łóżkiem musi mieć minimum 12 m kw., z dwoma - 14 m kw. W większych salach może leżeć maksymalnie pięciu chorych, a na każde łóżko musi przypadać co najmniej 6 m kw. Drzwi muszą być na tyle szerokie, by bez przeszkód wyjechać przez nie łóżkiem.

Te wymagania dyrektorzy rozumieją. Denerwują ich inne: łóżka nie mogą stać pod ścianą czy pod oknem, a wyjeżdżając z sali z jednym łóżkiem, nie wolno dotknąć lub przesunąć drugiego. Efekt? W Zespole Szpitali Miejskich w Chorzowie wyremontowano oddział neurologii i dostosowano do nowych wymagań. Przed remontem było tu 57 łóżek, po remoncie zmieściło się tylko 30.

Na tym nie koniec. Każdy, nawet najmniejszy oddział, musi mieć m.in. brudownik, pokój socjalny dla pielęgniarek, kuchnię (choćby szpital korzystał z cateringu). - Jak się to wszystko urządzi, to chorych już nie ma gdzie zmieścić - uważa dyrektor jednego ze szpitali w Bytomiu.

Ministerialne rozporządzenie miało obowiązywać już od kilku lat. Szpitale nigdy nie spełniły jednak jego wymogów, więc odłożono je do 2012 roku. Czy do tego czasu zdążą? - Na razie niewiele szpitali przeprowadza remonty, większość przedstawia nam jedynie plan ich wykonania - mówi Anna Tatar z Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej.

- Nie wiemy, jak konkretnie wygląda sprawa z łóżkami. Wiemy tylko, że na spełnienie wszystkich wymogów szpitale wojewódzkie będą potrzebowały 1,5 mld zł - mówi Daniel Tresenberg z urzędu marszałkowskiego.

Miasta i powiaty też przekazują pieniądze na remonty, choć mniej. Szpitale kliniczne muszą "naprawiać się" same, bo władze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego twierdzą, że nawet gdyby miały pieniądze, na remonty dać by ich nie mogły.

W wielu placówkach sam remont nie wystarczy. Przykładowo w Centralnym Szpitalu Klinicznym w Katowicach jest za ciasno, by przebudować bloki operacyjne i intensywną terapię. Tu też dla rozgęszczenia potrzebny jest nowy budynek. Szacowany koszt takiej inwestycji to 70 mln zł! Do 2012 roku na pewno nie zostanie zrealizowana. Zresztą nie ona jedna.

Co wtedy się stanie? - Później będziemy się martwić. Póki co, nie mamy kontraktów, euro idzie w górę, drożeje sprzęt i leki, a trzeba pensje wypłacić. Mam ważniejsze sprawy na głowie niż poustawiane za gęsto łóżka - mówi Jacek Wojewódka, dyrektor Szpitala Wojewódzkiego w Tychach.

Bolesław Piecha, szef sejmowej komisji zdrowia: - Niektórzy dyrektorzy najwyraźniej liczą, że sprawa znów się odwlecze. To martwi. Zaniedbane szpitale przez kolejne lata się nie zmienią. Ze szkodą dla chorych.

Źródło: Gazeta Wyborcza