Ostatnie swoje chwile przeżywa Befama. Tp jedna z największych niegdyś bielskich firm, która produkowała maszyny włókiennicze eksportowane w różne regiony świata.

Od sierpnia pracownicy nie dostają pensji, zadłużenie spowodowało, że po kolei wyłączano media, kilka dni temu zamilkły telefony. Kiedyś firma państwowa, potem sprzedana przez NFI, w 2003 roku przekształcona ze spółki akcyjnej w spółkę z o.o., skazana jest na upadłość. W firmie prawie nie ma już maszyn, bo w poczet długów zarekwirowali je komornicy sądowi, garstka pracowników przychodzi i sprawdza czy jest znów prąd i da się pracować. Reszta poszła na bezrobocie, a o zaległe pensje będzie się sądzić.

 - Po prostu nie chodzimy do pracy, sami nie wiemy jak to będzie usprawiedliwione i czy będzie płatne. Czekamy w domu na wiadomość kiedy mamy przyjść do pracy. W firmie chyba jest już zatrudnionych około 70 osób. Nie wiemy dokładnie, bo co dzień ktoś składa wypowiedzenie. Prawie wszyscy mamy rozprawy w sadzie pracy i wyroki oddajemy do komornika, ale jest nikła szansa na odzyskanie pieniędzy - ślą do nas rozpaczliwe maile pracownicy Befamy.

- Ludzie sądzą się indywidualnie o wypłaty, a pozew powinien być zbiorowy. Mamy szansę coś dostać z funduszu gwarancyjnego, ale całości na pewno nie odzyskamy - martwi się Tadeusz Dyduch, od 1 stycznia bezrobotny.

Podobnie jak Ryszard Olchówka, do grudnia kierownik działu konstrukcji i technologii w Befamie. - Nawet nie mamy jak pozwać właściciela do sądu. Ponieważ to spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, można go ścigać tylko o majątek, którego nie ma. Konta bankowe są puste, komornicy zajęli już niemal wszystkie maszyny - mówi Olchówka.

Przed świętami prezes Befamy Sławomir Bichajło miał się spotkać z pracownikami. Miały być pieniądze, które wystarczyłyby przynajmniej na świąteczne zakupy. Zamiast spotkania była informacja, że prezes pojawi się dopiero po świętach. Nikt nie widział go do dziś, nie odbiera też telefonów, nie tylko od dziennikarzy.

Właściciel firmy, Andrzej Braksator, od dawna nie ukrywa, że zadłużenie Befamy jest spore, nie chce jednak podawać żadnych kwot. Informacji o konkretach odmawiają również komornicy. Tajemnicą zawodową zasłania się komornik sądowy Ireneusz Janoszek. Bezradni czują się inspektorzy PIP. Kilkakrotnie przeprowadzali w Befamie kontrole. Prezes tłumaczył, że na rynkach finansowych panuje kryzys i kursy walut podlegają zmianom. Ponieważ nie uzasadnia to niewypłacania wynagrodzeń, inspektorzy oddali sprawę do sądu.

- Dopóki można było jeszcze sprzedawać maszyny czy nieruchomości, Befama funkcjonowała. Od kiedy NFI sprzedał ją prywatnym inwestorom, którzy nie mają pomysłu na rozwój, firma pada - mówi Marcin Tyrna, przewodniczący Zarządu Regionu Podbeskidzie NSZZ Solidarność. - Befama jest jedynym na Podbeskidziu zakładem, który nie płaci pensji pracownikom. Jednocześnie prezes przejmuje, czyli kradnie, nasze składki. Ludzie deklarują swoje pieniądze na związek, a zakład je zabiera. Wystąpiliśmy do prokuratury w sprawie działania na szkodę załogi i kradzież pieniędzy związkowych. Prezes i właściciel unikają kontaktu nie tylko z prasą, również z nami. Ogłosili postój bezterminowy, nic tam nie działa, wszystko jest zajęte. Pozostało tylko ogłosić upadłość.

Jedną upadłość Befama przeżyła już w roku 2003. Szybko przekształcono ją wówczas ze spółki akcyjnej w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. To jednak tylko przesunęło agonię w czasie.

- Syndyk jeszcze nie skończył pracy, a już wejść będzie musiał następny. Mamy świadomość, że jest zła koniunktura na rynku, ale w tym przypadku chodzi o brak pomysłu na działalność - dodaje Tyrna.


Źródło: Dziennik Zachodni