Wczoraj wieczorem zakończył się dwudniowy IX Beskidzki Festiwal Nauki i Sztuki. W piątek informowaliśmy, że impreza organizowana przez ATH jest bielskim fenomenem. Nie pomyliliśmy się. Był to ogromny wysiłek logistyczny i intelektualny, który w dużej mierze został zmarnowany w wyniku kiepskiego marketingu. Szkoda, ale może w przyszłym roku będzie lepiej.
 
Program imprezy był niezwykle bogaty. Wykłady, warsztaty, pokazy, spotkania, dyskusje, wystawy, seminaria, koncerty. Sceny w Bielsku-Białej, Cieszynie i Żywcu. Nauka i sztuka, w pootwieranych szeroko na ten czas obiektach akademickich oraz w zawsze otwartej przestrzeni bielskiej Starówki. Nie wiemy, jaką frekwencję miały piątkowe zajęcia w salach laboratoryjnych i audytoryjnych ATH. Wszystkie zakończyły się do godz.16, kiedy potencjalni odbiorcy spoza środowiska akademickiego zazwyczaj pracują zawodowo lub uczą się. Wierzymy, że było dobrze.
 
Szczerze wierzymy też, że było tłocznie w Muzeum Śląska Cieszyńskiego, żywieckim klubie „Śrubka”, w teatrze „Banialuka” czy na warsztatach radiowych w Wyższej Szkole Bankowości i Finansów. Jeśli zajęcia te przeznaczono dla pracowników tych instytucji oraz środowiska akademickiego, to grafik godzinowy ustalono znakomicie. Wszystkie zakończyły się do godz.15, co oznacza, że uczestnicy zdążyli jeszcze do domu na obiad. Natomiast osoby z zewnątrz -chcące uczestniczyć w imprezie - musiały tego dnia wziąć wolne w pracy.
 
Nas zainteresował program sobotni zaplanowany w „otwartej przestrzeni Rynku” dla szerokiego – jak można się domyślać – odbiorcy. Tym bardziej, że znaczna część zajęć pikniku naukowego miała odbywać się „cały czas” (np. warsztaty, wystawy, prezentacje, laboratoria). W porze obiadowej jednak naukowcy, studenci i artyści zaczęli pakować manatki, by ok. godz. 16 pozostawić po sobie wolną przestrzeń Starego Miasta. Do tego czasu poszczególne stoiska na Rynku cieszyły się umiarkowanym powodzeniem. Sobotnie przedpołudnie ludzie zazwyczaj spędzają w domach lub na zakupach.
 
Na stronie internetowej festiwalu i w papierowym przewodniku po imprezie zabrakło nam informacji o tym, do której godziny dla akademików z ATH trwa „cały czas”. Trzeba było napisać wprost, że do obiadu i sprawa byłaby jasna. A tak moja rodzina była zawiedziona. Planowaliśmy w interesujący sposób spędzić sobotnie popołudnie – poznać ciekawych ludzi, poszerzyć zakres wiedzy. Dzięki festiwalowi dowiedzieliśmy się, jak pojemne jest pojęcie czasu oraz ile może mieć interpretacji i znaczeń. Mimo wszystko jednak, po tej sobocie oczekiwaliśmy więcej.
W przeszłości mieliśmy szczęście kilkakrotnie uczestniczyć w piknikach naukowych organizowanych na warszawskiej Starówce, m.in. przez wyższe uczelnie, MEN i PAN. Imprezy tego rodzaju trwają od rana do późnego popołudnia w dniach wolnych od pracy, przy czym zarówno organizatorzy, jak uczestnicy dla dobra nauki zjadają w tych dniach obiad na mieście lub spóźniony w domu. Na piknikach jest zawsze bardzo tłoczno. Także dzięki mediom, które w zapowiedziach oraz bezpośrednich relacjach szeroko informują o imprezie.
 
Jest nadzieja, że w przyszłym roku będzie lepiej. Jeżeli organizator chciałby poszerzyć grono odbiorców, to na czas X festiwalu powinien przynajmniej zmienić swoje zwyczaje kulinarne. Jest dobry towar, są potencjalni odbiorcy. Trzeba to jednak umiejętnie sprzedać.
 
                                                                                   Robert Kowal