Rejestracja pojazdu jest zabiegiem niesłychanie trudnym, czasochłonnym i odpowiedzialnym. Wymaga zatrudniania wielu sprawnych urzędników niższego stopnia oraz kompetentnej kadry kierowniczej. Na szczęście, mamy takich w bielskim ratuszu. Gdyby tylko petenci nie chcieli rejestrować setek starych i nowych aut dziennie, to w naszym magistracie byłoby jak w raju. Urzędniczym raju.

Do Ratusza wybrałem się w czwartek, aby zarejestrować nowo zakupiony samochód. Jestem osobą zapracowaną i stąd w natłoku codziennych obowiązków nie mam czasu na wizyty w urzędach. Zdaje się, że dla takich ludzi jak ja ktoś wymyślił, żeby jednego dnia w tygodniu administracja państwowa i samorządowa pracowała dłużej. Takie szerzej otwarte drzwi do urzędu z cyklu frontem do klienta. W Bielsku-Białej ten dzień dobroci dla podatnika przypada w czwartek. Ratusz czynny jest wtedy dla petenta do godz.17.

O godz.16.07 zgłosiłem systemowi gotowość do osobistego załatwienia sprawy. W tym celu wcisnąłem odpowiedni guzik w urządzeniu wydającym numerki w Wydziale Komunikacji. W odpowiedzi maszyna wypluła kwitek, na którym UM w Bielsku-Białej zaprasza mnie w innym terminie, gdyż „przewidywany czas obsługi wykracza poza godziny urzędowania”. Osłupiałem! Na okienku obok naklejona jest informacja, że wydział przyjmuje papiery od interesantów do godz.16.45.

W pierwszym, naiwnym odruchu pomyślałem, że to pomyłka maszyny. Wiadomo, rzecz martwa głupia być może. Ale urzędnik z okienka nr 1 wykluczył błąd systemu i poradził mi, abym przyszedł następnego dnia. Na nic zdały się tłumaczenia, że czwartek jest jedynym dniem w tygodniu, kiedy mogę wyrwać się do urzędu. Upór i stanowcze nalegania na obsługę zaowocowały wskazaniem mi drzwi do naczelnika wydziału. – Tam będzie pan mógł wyjaśnić wątpliwości – poradził młody urzędnik. Na zegarze mijała godz.16.15. Sprzątaczka zaczynała właśnie odkurzać pomieszczenie, w którym urzędował rezolutny młodzieniec.

Naczelnik był podobnego zdania, co pan z okienka. Tłumaczył, że to nie on albo jego ludzie odesłali mnie z kwitkiem na następny termin. Ale maszyna, a ona komputerem sterowana jest przecież. Usiłując łagodzić moje zdenerwowanie, dobrotliwie zapraszał mnie do złożenia wizyty w dniu jutrzejszym. Argumenty w rodzaju, że czwartek i że innego dnia nie mogę, nie umiały trafić do urzędniczego przekonania. Jutro, panie kochany. Jutro...

W trakcie gorącej wymiany opinii zostałem nawet posądzony o to, że zamierzam wcisnąć się bez kolejki. Nie, nie chciałem! - Jeśli trzeba - tłumaczyłem - to odstoję swoje, ale ani myślę wyjść z niczym. Mój upór i podniesiony głos (za co wszystkich świadków tego incydentu przepraszam) skłoniły wreszcie naczelnika do działania. Osobiście sprawdził moje formularze, po czym zarekomendował mnie podwładnemu w jednym z okienek.

Tym razem zostałem obsłużony sprawnie i fachowo. W góra pięć minut otrzymałem nowe tablice i tymczasowy dowód rejestracyjny pojazdu. Była godz. 16.50, gdy wychodziłem z wydziału. Podłoga lśniła czystością, po sprzątaczce, innych petentach i większości urzędników nie było już śladu. Wydział był przygotowany na przyjęcia interesantów w dniu następnym.

Mnie poproszono o wizytę za miesiąc celem odbioru stałego dowodu. Zgłoszę się, a jakże, w czwartek. Panowie, inaczej nie mogę!


Robert Kowal

PS. Korzystając z okazji, chciałbym pozdrowić sekretarza miasta Grzegorza Tomaszczyka oraz naczelnika Wydziału Komunikacji UM, Marka Stańco, którzy odpowiadają za funkcjonowanie tej skomplikowanej maszyny urzędniczej. Bez nich nie mógłby powstać powyższy tekst. Ich trud z pewnością docenią prezydent miasta i radni. Przed najbliższymi wyborami nasz portal będzie przypominał zasługi Panów dla ludności, która przy urnie wyborczej zamienia się w elektorat.