Studenci próbowali ratować XIX-wieczny dworek przy ul.Bielskiej w Cieszynie. Pisali petycje i protestowali. Nic nie wskórali. W poniedziałek rozpoczęła się rozbiórka dworku. W jego miejscu powstanie market.  - To miasto toczy jakaś choroba bezduszności, braku solidarności społecznej w sprawach elementarnych - komentuje Bogusław Słupczyński, jeden z obrońców dworku.

Rozbiórka była planowana od miesięcy, gdyż dworek nie jest chroniony żadnymi przepisami, a w jego miejscu ma powstać supermarket. Nie mogą się z tym pogodzić studenci Uniwersytetu Śląskiego, którzy napisali petycję do Wojewódzkiego Inspektora Ochrony Zabytków w Katowicach. Chcieli, żeby konserwator objął dworek ochroną i nie pozwolił na jego wyburzenie. Tłumaczyli, że obiekt jest w dobrym stanie technicznym i można go zagospodarować na np. elegancką restaurację.

W lutym na płocie Uniwersytetu Śląskiego i na dworku studenci wywiesili transparenty: "Nie burzmy historii", "Tak łatwo zburzyć dworek, tak trudno powiedzieć nie". - Nasz protest ma obudzić sumienie władz miast, służb konserwatorskich, cieszyniaków, ministra kultury. Życzylibyśmy sobie również, żeby osoby władne w podejmowaniu decyzji spotkały się i ustaliły, jak chronić cieszyńskie zabytki. Jest ogólny bałagan i trzeba ustalić jakąś doraźną politykę ochronną - mówił Bogusław Słupczyński, szef Stowarzyszenia na Rzecz Odnowy i Współistnienia Kultur "Sałasz".

Choć protest zgromadził zaledwie kilkadziesiąt osób, było o nim głośno. Wysiłki obrońców XIX-wiecznej budowli nic jednak nie dały. Prywatna firma postawiła na swoim i od poniedziałku burzy dworek.

Pojawienie się koparki nie wzbudziło większego zainteresowania wśród mieszkańców Cieszyna. Na miejsce przyszło jedynie kilku studentów oraz osoby zaangażowane w ocalenie zabytkowego dworku. Próbowano utrwalić smutny moment wyburzania i zainteresować się losem zdobień, które znajdują się nad wejściem oraz ciosanych kolumn podtrzymujących zadaszenie od strony ulicy Bielskiej. Prawdopodobnie podzielą one los całego dworku, czyli zamienią się w gruz, który posłuży do utwardzenia terenu.

 - To wielka szkoda, że znika taka budowla - ubolewa Grzegorz Błachut, pracownik uniwersytetu, który jako student przez trzy lata mieszkał w dworku. - To jest podcinanie własnych korzeni, niszczenie własnej tożsamości, pozbawianie się duchowego wymiaru kultury. Budynek jeszcze kilka lat temu nadawał się do zamieszkania i remontu, wspólnie z kolegami próbowaliśmy zabezpieczyć sklepienia, na których umieszczone były malowidła. Dla mnie burzenie dworku to przejaw krótkowzroczności oraz braku elementarnej wrażliwości społeczno-kulturowej. Przyjmuję ten fakt z wielkim żalem, jako śmierć "kogoś" bliskiego...

Bogusław Słupczyński, jeden z organizatorów pikiety w obronie dworku, która odbyła się w lutym tego roku komentuje: - Jestem załamany faktem burzenia dworku, ale jeszcze bardziej załamany jestem niezwykłym przyzwoleniem społecznym na tego typu paranoję. Gdy zadzwonił do mnie Marcin Skoteczny - inicjator zbierania podpisów pod apelem o ochronę tego obiektu - informując o wyburzeniu dworku, podróżowałem pociągiem z Łodzi. Przez kilka dni oglądałem w tym mieście dziesiątki starych zabytkowych i nie zabytkowych obiektów poddanych gruntownym modernizacjom. Oszałamiające wrażenie robią stare fabryki włókiennicze przekształcone na przestrzenie handlowe i kulturalne. Miasto pozyskuje na ten cel ogromne europejskie fundusze. Wokół problemu urbanistki miasta, jego zagospodarowania, koncentrują się organizacje społeczne i samorządowe. Teraz u progu zimy buduje się w środku miasta małe, otwarte, sztuczne lodowiska. Na każdym kroku podkreśla się, że miasto tworzą ludzie!

U nas, niestety, problematyka architektury nie posiada swoistego "lobby" społecznego. Panuje ogólny "tumiwisizm". Kiedy wspólnie z grupą studentów zorganizowaliśmy pikietę pod uniwersytetem informującą i alarmującą o problemie ochrony zabytków w mieście, na nasze wezwanie odpowiedziało w sumie około 30 osób. Dało to powód do licznych żartów na temat naszych "ambicji". Panowie burmistrzowie poirytowali się i obrazili, że ktoś zwraca im uwagę na problem. Bo przecież problemów w Cieszynie "nie ma". A jak ktoś twierdzi, że są, to sam ma problem, ze sobą. W tej sprawie konserwator zabytków, także unika głosu. Wszyscy działają w obrębie prawa i są... "w porządku".

Nie słyszałem o żadnej instytucjonalnej inicjatywie w sprawie dworku, nawet o jakiejś próbie wyjścia poza stereotypy. Liczne w Cieszynie organizacje społeczno-kulturalne milczą. Milczenie jest złotem... No to niech milczą dalej. To miasto toczy jakaś choroba bezduszności, braku solidarności społecznej w sprawach elementarnych. Nie ma żadnego prawdziwego dialogu społecznego. Czasami mam wrażenie, że żyję w jakimś "Twin Peaks"... Jedynie Halina Bocheńska i kilku innych radnych napisało wyrażający zainteresowanie obiektem list do firmy Lidl. Niestety, jak widać za późno.

W luty miasto przekonywało, że nie może uratować dworku. - Trzeba by ministra kultury zapytać, czemu dwa lata temu uchylił decyzję o strefie, która chroniła zabytkowy układ urbanistyczny Cieszyna - przekonywał burmistrz Bogdan Ficek. A Irena Kwaśny, konserwatorka zabytków mówiła: - Wszczęliśmy postępowanie, aby wpisać obiekt do rejestru zabytków. Mam nadzieję, że zdążymy, zanim rozjadą go buldożery...

Źródło: Gazeta Wyborcza