Rok w butach prokuratora
Są setki żartów dotyczących wykształcenia Polaków. Że brak magisterium ułatwia zdobycie prezydentury. Że nie trzeba wcale doktoratu, aby być doktorem (honoris causa). Ale też mówi się, że więzienie jest najlepszym uniwersytetem. W tym ostatnim przypadku nie ma jednak niczego zabawnego. To szczera prawda. Niestety.
Nasza opowieść zaczyna się w Tarnowie, byłym mieście wojewódzkim, siedzibie obecnego powiatu, a nade wszystko - bo to nas dziś najbardziej interesuje – miejscu lokalizacji zakładu karnego. Od listopada 2002r. właśnie w Tarnowie karę pozbawienia wolności odbywał Jan S., którego do tutejszego więzienia posłał Sąd Rejonowy w Bielsku-Białej. Wyrok 6 lat i 10 miesięcy odsiadki otrzymał za oszustwa.
Obywatel ów sprawował się za kratami wzorowo. Stopa bezrobocia wśród więźniów jest wielokrotnie wyższa niż na wolności, a wedle speców od nauki kryminalistyki, praca - jeśli nawet nie uszlachetnia - to przyspiesza resocjalizację skazanych. Gdy więc przed panem Jankiem pojawiły się widoki na robotę, dyrekcja kryminału zezwoliła mu na podjęcie pracy poza murami.
W dodatku zezwolenie dotyczyło przywileju pracy bez konwojenta. Od śniadania do obiadu skazany tyrał więc przy budowie obiektu, który miał wzbogacić zaplecze socjalne tarnowskiego sądu okręgowego.
Pewnego grudniowego dnia 2005r. jednak dyżurny klawisz przy sprawdzaniu listy skazanych powracających z pracy za murami nie doliczył się jednej osoby i nawet kolejne rachunki nie zmieniły tego stanu. W rezultacie do akt Jana S. załączono wpis o samowolnym oddaleniu bez zgody przełożonego, po czym wszczęto poszukiwania zbiega na terenie całego kraju. Powiadomiono też placówki graniczne.
A co na to pan Janek? Potraktował ucieczkę jak długoterminowy urlop. Odpoczywał kilka miesięcy, starannie unikając kontaktów z organami ścigania. Słodkie lenistwo przerwał dopiero jesienią 2006r., gdy zaczęło brakować środków na życie.
- W okresie od 18 do 19 października w Bielsku-Białej i Knurowie - urzędowo relacjonował później prokurator prowadzący śledztwo w sprawie ucieczki – powoływał się na wpływy w instytucjach państwowych w zamian za obietnice korzyści majątkowej oraz podjął się pośrednictwa w sprawie wydania korzystnego dla P.I. rozstrzygnięcia w postępowaniu prowadzonym przez prokuraturę rybnicką.
Przekładając ów żargon na język potoczny oznacza to, że po wywczasach Jan S. wrócił do zajęcia, które lubił i z powodzeniem wykonywał zanim przymusowo zamieszkał w tarnowskiej celi. Obracając się w środowisku osób mających kłopoty z prawem, korzystał teraz z osobistych doświadczeń procesowych. Za pierwszym razem postanowił „pomóc” człowiekowi, przeciwko któremu toczyło się śledztwo w Rybniku.
Przez telefon komórkowy skontaktował się z pośrednikiem i podszywając się pod prokuratora z Bielska-Białej, zażądał łapówki za załatwienie poręczenia majątkowego. Osoba, której grozi tymczasowe aresztowanie jest gotowa zapłacić duże pieniądze za możliwość pozostania na wolności i odpowiadania w procesie z tzw. wolnej stopy. W śledztwie przeciwko Janowi S. nie udało się ustalić ani nazwy prokuratury, w której miał pracować sprzedajny prokurator, ani kwoty, jaką zażądał za przysługę.
Już następnego dnia pan Janek zadzwonił do osoby reprezentującej kolejnego klienta i podszywając się pod wymienionego z nazwiska prokuratora obiecał uchylenie tymczasowego aresztowania. Pomóc w tym miały jego rzekome kontakty w bielskich sądach i prokuraturze oraz kwota 15 tys. zł.
Do wiosny ub.r. w podobny sposób oszukał wiele osób uwikłanych w różne procesy karne. Innym razem, podając się za właściciela niemieckiego komisu samochodowego, obiecywał sprowadzić do Polski kosztowne auto. Bywało, że przedstawiał się jako lekarz, który potrafi uchronić przed aresztem osobę podejrzaną w śledztwie. Za tego rodzaju przysługi pobierał od kilku do kilkunastu tysięcy złotych.
W bogatej karierze oszusta obsadził się też w roli kapelana więziennego, by w zamian za... doładowanie swojej komórki obiecywać pewnemu księdzu przekazywanie bieżących informacji o innym, tymczasowo aresztowanym kapłanie. Tylko jeden raz uczestniczył w grze o znacznie większą kwotę. Wraz z trzema wspólnikami zażądał wówczas od pewnego bielszczanina 360 tys. zł w zamian za rezygnację z planów zamordowania jego samego lub kogoś z rodziny szantażowanego mężczyzny. Tłem całej sprawy miały być rozliczenia finansowe. Do zbrodni nie doszło wyłącznie na skutek interwencji policji.
Poszukiwania zbiega trwały ponad rok. Po zatrzymaniu przez policję, Jan S. znalazł się znów pod kluczem i od paru miesięcy oczekuje na swój kolejny proces. Sądzony będzie w Tarnowie, dokąd bielska prokuratura okręgowa wysłała niedawno akt oskarżenia wraz z aktami śledztwa. Tym razem grozi mu kara 15 lat pozbawienia wolności.
Budynek socjalny tarnowskiej Temidy zapewne stoi już gotowy. Trudno jednak wykluczyć jej nowe potrzeby, co przed osobami pokroju pana Janka rysuje raczej optymistyczne widoki na przyszłość.
PS. Artykuł powstał w oparciu o wersję oskarżenia, którą ostatecznie zweryfikuje sąd. Personalia bohatera zostały zmienione.
Nasza opowieść zaczyna się w Tarnowie, byłym mieście wojewódzkim, siedzibie obecnego powiatu, a nade wszystko - bo to nas dziś najbardziej interesuje – miejscu lokalizacji zakładu karnego. Od listopada 2002r. właśnie w Tarnowie karę pozbawienia wolności odbywał Jan S., którego do tutejszego więzienia posłał Sąd Rejonowy w Bielsku-Białej. Wyrok 6 lat i 10 miesięcy odsiadki otrzymał za oszustwa.
Obywatel ów sprawował się za kratami wzorowo. Stopa bezrobocia wśród więźniów jest wielokrotnie wyższa niż na wolności, a wedle speców od nauki kryminalistyki, praca - jeśli nawet nie uszlachetnia - to przyspiesza resocjalizację skazanych. Gdy więc przed panem Jankiem pojawiły się widoki na robotę, dyrekcja kryminału zezwoliła mu na podjęcie pracy poza murami.
Samowolne oddalenie, czyli ucieczka
W dodatku zezwolenie dotyczyło przywileju pracy bez konwojenta. Od śniadania do obiadu skazany tyrał więc przy budowie obiektu, który miał wzbogacić zaplecze socjalne tarnowskiego sądu okręgowego.
Pewnego grudniowego dnia 2005r. jednak dyżurny klawisz przy sprawdzaniu listy skazanych powracających z pracy za murami nie doliczył się jednej osoby i nawet kolejne rachunki nie zmieniły tego stanu. W rezultacie do akt Jana S. załączono wpis o samowolnym oddaleniu bez zgody przełożonego, po czym wszczęto poszukiwania zbiega na terenie całego kraju. Powiadomiono też placówki graniczne.
A co na to pan Janek? Potraktował ucieczkę jak długoterminowy urlop. Odpoczywał kilka miesięcy, starannie unikając kontaktów z organami ścigania. Słodkie lenistwo przerwał dopiero jesienią 2006r., gdy zaczęło brakować środków na życie.
- W okresie od 18 do 19 października w Bielsku-Białej i Knurowie - urzędowo relacjonował później prokurator prowadzący śledztwo w sprawie ucieczki – powoływał się na wpływy w instytucjach państwowych w zamian za obietnice korzyści majątkowej oraz podjął się pośrednictwa w sprawie wydania korzystnego dla P.I. rozstrzygnięcia w postępowaniu prowadzonym przez prokuraturę rybnicką.
Przekładając ów żargon na język potoczny oznacza to, że po wywczasach Jan S. wrócił do zajęcia, które lubił i z powodzeniem wykonywał zanim przymusowo zamieszkał w tarnowskiej celi. Obracając się w środowisku osób mających kłopoty z prawem, korzystał teraz z osobistych doświadczeń procesowych. Za pierwszym razem postanowił „pomóc” człowiekowi, przeciwko któremu toczyło się śledztwo w Rybniku.
Przez telefon komórkowy skontaktował się z pośrednikiem i podszywając się pod prokuratora z Bielska-Białej, zażądał łapówki za załatwienie poręczenia majątkowego. Osoba, której grozi tymczasowe aresztowanie jest gotowa zapłacić duże pieniądze za możliwość pozostania na wolności i odpowiadania w procesie z tzw. wolnej stopy. W śledztwie przeciwko Janowi S. nie udało się ustalić ani nazwy prokuratury, w której miał pracować sprzedajny prokurator, ani kwoty, jaką zażądał za przysługę.
Pomoc aresztowanemu księdzu
Już następnego dnia pan Janek zadzwonił do osoby reprezentującej kolejnego klienta i podszywając się pod wymienionego z nazwiska prokuratora obiecał uchylenie tymczasowego aresztowania. Pomóc w tym miały jego rzekome kontakty w bielskich sądach i prokuraturze oraz kwota 15 tys. zł.
Do wiosny ub.r. w podobny sposób oszukał wiele osób uwikłanych w różne procesy karne. Innym razem, podając się za właściciela niemieckiego komisu samochodowego, obiecywał sprowadzić do Polski kosztowne auto. Bywało, że przedstawiał się jako lekarz, który potrafi uchronić przed aresztem osobę podejrzaną w śledztwie. Za tego rodzaju przysługi pobierał od kilku do kilkunastu tysięcy złotych.
W bogatej karierze oszusta obsadził się też w roli kapelana więziennego, by w zamian za... doładowanie swojej komórki obiecywać pewnemu księdzu przekazywanie bieżących informacji o innym, tymczasowo aresztowanym kapłanie. Tylko jeden raz uczestniczył w grze o znacznie większą kwotę. Wraz z trzema wspólnikami zażądał wówczas od pewnego bielszczanina 360 tys. zł w zamian za rezygnację z planów zamordowania jego samego lub kogoś z rodziny szantażowanego mężczyzny. Tłem całej sprawy miały być rozliczenia finansowe. Do zbrodni nie doszło wyłącznie na skutek interwencji policji.
Poszukiwania zbiega trwały ponad rok. Po zatrzymaniu przez policję, Jan S. znalazł się znów pod kluczem i od paru miesięcy oczekuje na swój kolejny proces. Sądzony będzie w Tarnowie, dokąd bielska prokuratura okręgowa wysłała niedawno akt oskarżenia wraz z aktami śledztwa. Tym razem grozi mu kara 15 lat pozbawienia wolności.
Budynek socjalny tarnowskiej Temidy zapewne stoi już gotowy. Trudno jednak wykluczyć jej nowe potrzeby, co przed osobami pokroju pana Janka rysuje raczej optymistyczne widoki na przyszłość.
Robert Kowal
PS. Artykuł powstał w oparciu o wersję oskarżenia, którą ostatecznie zweryfikuje sąd. Personalia bohatera zostały zmienione.
Artykuł wyświetlono 1786 razy.
REKLAMA
REKLAMA
Zobacz również
Komentarze 6
kowal
Dla ciekawskiego/Zanim został redaktorem,Kowal zaliczył egaminy maturalne,skończył studia dziennikarskie,po czym został zatrudniony w redakcji na stażu.Od tamtej pory jest redaktorem.A czym zajmował się ciekawski zanim został ciekawskim?
ciekawski
Czym zajmował się pan redaktor Kowal zanim został redaktorem?
!
Myślę, że areszt to obecnie najbezpieczniejsze miejsce dla tego gościa. Pozwalając sobie na takie "numery" w półświatku musi się liczyć z chęcią zemsty oszukanych "klientów".
szacun
Kolejny powrót na łono Temidy zapewne skłoni naszego bohatera do jeszcze bardziej wyszukanych wyskoków w przyszłości.
ania0703
"czym skorupka za młodu nasiąknie ...." jak raz chwycił się takiego "fachu" to już nie chce robić nic innego tym bardziej, że ma z tego spore dochody na takich ludzi to już chyba nie ma sposobu a kto nie zapłaci dużej kwoty w zamian za życie swoje lub rodziny chyba tylko ten który nie ma tak dużej sumy pieniędzy i postanowi uciekać. Posadzić oszusta na wiele lat bez możliwości wcześniejszego zwolnienia.

Klauzula informacyjna ›