Rozpoczynamy kampanię ratowania beskidzkiej onkologii. Okazało się bowiem, że musimy ograniczać działalność. Nie tylko ze względu na trwający remont, ale po remoncie na każdej z sal jest mniej łóżek, bo trzeba je ustawiać według nowych przepisów. Nie obejdzie się bez budowy nowego pawilonu lub wynajęcia jakiegoś budynku. Bez tego nie mamy szans w 2012 spełnić norm sanitarnych. Na inwestycję brakuje tymczasem pieniędzy - mówi dyrektor Beskidzkiego Centrum Onkologicznego w Bielsku, Piotr Zdunek.

Centrum, podobnie jak Szpital Pediatryczny, podlegają starostwu powiatowemu. Gminy powiatu bielskiego wspomagają oba szpitale od 6 lat. Ich możliwości nie są wielkie, ale zawsze coś udaje się zrobić. Dają po 10-20 tysięcy złotych rocznie. To daje 200 tysięcy złotych, drugie tyle dokłada powiat. To jednak wciąż za mało.

- Już wiele razy wydawało się, że nie damy rady i udało się. Choćby z mammografem cyfrowym. Jest oblegany, a jego zdolność wykrywania zmian we wczesnym ich stadium jest nieporównywalna z tym, co było wcześniej. W tej chwili są budowane bunkry do naświetlania. Mamy 6 milionów złotych od marszałka województwa śląskiego. Mam nadzieję, że wykorzystamy je do końca roku, żeby można było ustawić sprzęt, który już mamy przyznany w Warszawie, a który wart jest 20 milionów złotych. Diagnostyka utrzymana jest na wysokim poziomie. Największy problem to baza lokalowa - zapewnia starosta bielski, Andrzej Płonka.

Z analiz wynika, że nowy pawilon jest konieczny. W nim można by zorganizować chirurgię onkologiczną z prawdziwego zdarzenia, dołożyć łóżek, które obecnie "znikają" ze względu na normy unijne.

Najwięcej pacjentów Beskidzkiego Centrum Onkologicznego to bielszczanie. Tymczasem to dysponujące znacznie mniejszym budżetem starostwo ma na utrzymaniu tak ważną placówkę. - Nie naciskałem na prezydenta, bo miał problemy ze szpitalem ogólnym. Teraz jest wyremontowany. Jeśli będzie konieczna budowa nowego pawilonu w onkologicznym, zwrócę się do miasta o pomoc, bo my tej inwestycji sami nie poradzimy - twierdzi starosta.

Dyrektor Beskidzkiego Centrum Onkologicznego szuka innych rozwiązań. Liczy na ustalenia, jakie będą w roku przyszłym możliwości współpracy z partnerem prywatnym. Od dwóch lat zgłaszają się tacy, ale chcą wiedzieć czy to będzie opłacalne. Na razie nie uzyskują wiążących odpowiedzi, bo nie ma stosownych przepisów. Pierwszą jaskółką współpracy z firmą prywatną jest w bielskim "onkologu" rezonans magnetyczny, który na podstawie rocznej umowy pracuje na terenie szpitala w kontenerze. Jeśli współpraca dobrze się ułoży, będzie ją można przedstawić jako wzór, użyć jako karty przetargowej w rozmowach o budowie pawilonu.

Jeszcze w tym roku gotowa ma być koncepcja obiektu, pozwolenie na budowę i projekt. W drugiej połowie roku szpital chce "uderzyć" do organu założycielskiego, potem do prezydenta miasta. Jeśli tam nie uzyska odpowiedzi jednoznacznej, będzie się starał o inwestora prywatnego, który będzie szpitalowi dzierżawił budynek budowany na jego terenie. - Nie będzie to może najlepsze rozwiązanie, ale nie mamy innego wyjścia - konkluduje dyrektor Zdunek.

Rozbudowa Centrum to konieczność. Nowotwory są coraz ostrzej atakującymi schorzeniami. Tak jest przede wszystkim z nowotworami piersi. Na 1000 przebadanych kobiet od 4 do 7 ma raka piersi. Przebadanie w najbliższych trzech latach 24 tysięcy kobiet pozwoli wykryć raka u 200 kobiet. Część zapewne będzie już w stanie mocno zaawansowanym, ale lekarze oceniają, że życie uratować będzie można przynajmniej 150 kobietom, w pełni przywracając je do zdrowia.

Na Podbeskidziu sytuacja była do niedawna lepsza niż wynosi średnia krajowa. Teraz z obserwacji lekarzy wnika, że zrównuje się z tą średnią. Szacuje się, że w kraju jedna na dwanaście, trzynaście kobiet zachoruje na raka piersi. Na Podbeskidziu sytuacja zbliża się od pewnego czasu do proporcji jedna na dziesięć.

Źródło: Dziennik Zachodni