Zabytkowa apteka "Pod Jeleniem" przy Rynku 15 nie zniknie z mapy miasta. - Nie będzie likwidacji. Taka decyzja zapadła już dawno i nie jest to efekt żadnej akcji ani artykułów, jakie ukazały się w prasie - poinformował wczoraj Michał John, rzecznik prasowy Polskiej Grupy Farmaceutycznej, do której należy krakowski Cefarm, a więc i bielska apteka.

Odmiennego zdania jest Jacek Konior, kierownik delegatury Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Bielsku-Białej.

- Decyzja o pozostawieniu apteki zapadła dopiero w miniony piątek. Właśnie wtedy, gdy ukazały się artykuły w prasie na ten temat.  Bardzo mocna była też akcja podjęta przeze mnie w obronie zabytkowego obiektu - zapewnia Konior. To właśnie on rozmawiał z szefem Cefarmu. Zapewnił, że nie będzie zgody na wywiezienie z apteki zabytkowego wyposażenia. Na jutro umówiony jest w aptece, by sprawdzić co już wywieziono, bo są sygnały, że jakiś czas temu zabrano kilka zabytkowych mebli - podobno do konserwacji - które do tej pory nie wróciły.

Burza w sprawie apteki rozpętała się w mieście, gdy personel otrzymał wypowiedzenia z pracy, a do Bielska-Białej dotarły informacje o likwidacji najstarszej tego typu placówki i planowanym wywozie zabytkowego wyposażenia.

- Nie dopuścimy, żeby pozbawiono nas takiego niezwykłego zabytku bezprawnie. Jeśli prawo stoi po stronie dzierżawcy lokalu i właściciela apteki, będziemy negocjować, by meble zostały w mieście - mówiła wówczas Iwona Purzycka, dyrektorka bielskiego Muzeum.

Udało się. W mieście zostanie nie tylko unikatowe wyposażenie, ale i apteka, choć nie ma na razie w tej sprawie oficjalnego pisma. Jest natomiast rozgoryczenie mocno związanego z tym miejscem personelu. - Nasi szefowie zachowali się niepoważnie. Tak się ludzi nie traktuje. Bez uprzedzenia przyjechała pani z Krakowa i wręczyła nam wypowiedzenia. Gdy zrobił się szum, wycofali się - mówi była, wieloletnia kierowniczka apteki Krystyna Pączyńska, pracująca obecnie na pół etatu.

Pracownice apteki są zaskoczone objawami sympatii wielu bielszczan i akcją obrony apteki.

Źródło: Dziennik Zachodni