Jest piękna wiosna. Słoneczko grzeje, meteorolodzy zapowiadają ledwie  nikłe opady deszczu. A tu jeszcze co u niektórych ciepły partner u boku, kocyczek i wałóweczka. Sielanka! Ale uwaga, jeśli ktoś z Państwa sięga właśnie po butelkę zakupioną okazyjnie lub co gorsza - jest to tańszy niż w sklepie alkohol z czeską etykietą! Na Podbeskidziu kwitnie handel wódeczką wyprodukowaną z rozcieńczalnika. Żaden toast spełniony tą cieczą nie poprawi zdrowia!

    Odkąd nasz kraj wszedł do strefy Schengen, z terenów przygranicznych znikli ostatni handlarze zwani popularnie mrówkami. Do Czech w wolnej chwili każdy może przecież wpaść na piwko lub szybkiego tuzemaka. We wspólnej Europie podobne są nawet ceny trunku po obu stronach granicy. Z dawnych czasów po naszej stronie pozostał jednak mit czeskiego alkoholu. Wedle niego, jest on znacznie tańszy od polskiego, a nawet czasem przewyższa go walorami smakowymi.

    Na takim micie można zbić majątek. Nic więc dziwnego, że mimo otwarcia granicy, w tzw. handlu obnośnym można nadal kupić tanią wódeczkę z czeskimi etykietami, kapslami oraz znakami akcyzy. Klienci są przekonani, że zaopatrując się u prywatnego dostawcy, nie płacą haraczu w formie marż i narzutów, pobieranego zwyczajowo przez oficjalny handel. W miejscowościach przygranicznych nawet dzieci wiedzą, gdzie można kupić taniej. W Cieszynie takim miejscem jest m.in. parking przy ulicy Dojazdowej. Zaglądają tam głównie oszczędni turyści, ale także miejscowi amatorzy tanich zakupów.

    Czasem wpada na parking Straż Graniczna, która obecnie uprawniona jest do zwalczania przestępczości na terenie całego kraju. W trakcie obławy umundurowani funkcjonariusze zatrzymują pokątnych handlarzy. Prowadzone jednocześnie tzw. działania operacyjno - rozpoznawcze ujawniają niekiedy magazyny i metody dystrybucji alkoholu. Wiadomo o nim tyle, że nie pochodzi ani z Czech, ani z koncesjonowanych gorzelni. Co więcej, nadmierne spożycie takiej cieczy może zagrażać zdrowiu i życiu biesiadników.

    Jedną z melin odkryto dwa tygodnie temu w Cieszynie. W mieszkaniu pewnego czterdziestolatka zakwestionowano wtedy prawie 200 litrów spirytusu w plastikowych butelkach bez znaków polskiej akcyzy. Kilka dni później podczas rutynowej kontroli drogowej innemu mieszkańcowi powiatu cieszyńskiego odebrano trzy plastikowe kanistry zawierające 96 proc. roztwór alkoholu. Łącznie 75 litrów spirytusu.

Straż Graniczna jest przekonana, że w podziemnych przetwórniach płyn z plastikowych pojemników jest rozcieńczany, po czym przelewany do szklanych butelek. Wzorcową linię technologiczną odkryto w połowie marca br. w mieszkaniu położonym w centrum Cieszyna. W nielegalnej hurtowni wódki funkcjonariusze ujawnili m.in. gotowe do napełnienia butelki, kilkaset nakrętek i etykiet, kapslownice, alkoholomierz oraz pojemniki z aromatami do alkoholu. Część wódki była już przelana do butelek z etykietami „Rum Frederic” i „Irlander Rum”.

- Wiele wskazuje na to, że alkohol pochodzi z polskich wytwórni - powiedział naszemu portalowi mjr Cezary Zaborski ze Śląskiego Oddziału Straży Granicznej. - Producenci wykorzystują czeskie lub słowackie sentymenty części naszych konsumentów. Ale „zagraniczne” są tylko etykiety, znaki skarbowe oraz kapsle. Na razie nie ma jednak pewności czy zostały one sprowadzone z południa czy też wyprodukowano jej w naszym kraju.

Dla uzasadnienia hipotezy na temat krajowych źródeł „importowanych” spirytualiów, major Zaborski powołuje się na przykład pewnej nielegalnej rozlewni, którą strażnicy zlikwidowali w marcu w Zabrzu. W niedużym pomieszczeniu magazynowym odkryto kompletną linię produkcyjną do odkażania i rozlewania alkoholu. Wódkę produkowano z rozcieńczalnika spirytusowego, który był odkażany przy pomocy specjalnych filtrów i substancji chemicznych. Obok zmagazynowano kilka tysięcy plastikowych butelek z odkażonym spirytusem, przygotowanych już do transportu oraz kilkadziesiąt tysięcy pustych butelek. W pojemnikach z półproduktem było 10 tys. litrów skażonego spirytusu 95 proc.

Osoby, które maczają palce w tym cuchnącym interesie przyznają się do winy zaraz po zatrzymaniu przez Straż Graniczną, po czym zgłaszają wnioski o dobrowolne poddanie się karze oraz przepadek zarekwirowanego alkoholu. Tym samym proceder kwitnie w najlepsze. Strażnicy cieszą się z wysokiej wykrywalności, wymiar sprawiedliwości triumfuje, a konsumenci mają zawsze świeży towar. Tylko zdrowie biesiadników czasem szwankuje, choć wcześniej wypili za nie kilka głębszych.

                                                                    Robert Kowal