Na peryferiach Bielska-Białej pojawiła się wataha zdziczałych psów. Ludzie boją się wychodzić z domów. Pracownicy schroniska próbowali je wyłapać, bez efektu. Dlatego zapadła decyzja o odstrzeleniu zwierząt. - Sami mamy psy. Jest nam przykro - mówią myśliwi.

Grupa siedmiu-ośmiu psów od roku wałęsa się po Starym Bielsku, dzielnicy domów jednorodzinnych. - To zupełnie dzikie zwierzęta. Nie zachowują się jak psy, raczej jak wilki - mówi Daniel Wierzbinka, bielski powiatowy lekarz weterynarii. Mieszkańcy nagrali telefonem komórkowym, jak stado zabija sarnę. Jeden pies goni zwierzę dopóki sarna nie straci sił. Wtedy dopadają ją kolejne dwa psy.

Psy zaczęły polować także na domowe zwierzęta. Zabijają kozy, barany, kury. Ludzie opowiadają, że rzucają się nawet na wózki z dziećmi. - Jeżdżę tam do córki, pilnuję wnuka. Coraz bardziej się boję - martwi się bielszczanka Krystyna Piecha. Stado zapuszcza się aż pod krzyż na Trzech Lipkach, miejsce bardzo uczęszczane przez spacerowiczów.

Wierzbinka przyznaje, że ludzie mają prawo się bać. - Te psy nauczyły się polować i zabijać, żeby zdobywać pożywienie. Co będzie zimą, jak zaczną być głodne? Niestety, istnieją realne obawy, że zaczną atakować ludzi - mówi.

Stadu przewodzi piękna suka husky. Najprawdopodobniej miała kiedyś właściciela. Najmłodsze szczeniaki udało się wyłapać pracownikom bielskiego schroniska dla bezdomnych zwierząt. Ale dorosłe zwierzęta nie pozwalają do siebie podjeść. Weterynarz ze schroniska przez kilka dni czaił się i próbował strzelać środkiem usypiającym, ale bez efektu. - By środek zadziałał, trzeba podejść dość blisko. Te psy są na to zbyt sprytne - opowiada Wierzbinka. Nie zadziałał także podstęp z kiełbasą naszpikowaną środkiem usypiającym. Psy zjadły kiełbasę, ale gdzieś się zaszyły i nie udało się ich znaleźć.

Powiatowy inspektorat weterynarii poprosił o pomoc myśliwych. - Naprawdę, nie mieliśmy innego wyjścia - mówi Wierzbinka.

- Spadł na nas bardzo przykry obowiązek. Przecież te psy nie są winne, to efekt nieodpowiedzialności ludzi - żałuje zwierząt Jan Gwóźdź z koła łowieckiego Głuszec.

Dodaje, że odstrzelenie psów jest bardzo trudne m.in. ze względu na to, że w pobliżu jest dużo domów. - Wiem, że mieszkańcy boją się wychodzić z domów, odbieram w tej sprawie kilkanaście telefonów tygodniowo, ale muszą być cierpliwi - opowiada myśliwy.

Paweł Grzybowski ze Stowarzyszenia Ekologiczno-Kulturalnego "Klub Gaja" mówi, że to kolejny przypadek, gdy zwierzęta płacą za nieodpowiedzialność ludzi. - Na wsiach nadal powszechny jest proceder wypuszczania na noc psów, żeby zdobyły sobie jedzenie. Skoro tych psów nie da się złapać i zagrażają ludziom, odstrzał jest smutnym, ale koniecznym wyjściem - uważa Grzybowski.

Źródło: Gazeta Wyborcza