Spór o szyndzielnię

Nic więc dziwnego, że w Beskidach między ekologami a narciarzami iskrzy. Teraz spór dotyczy Szyndzielni. Szyndzielnia wraz z sąsiednim Dębowcem już wiele lat temu dobrze służyła narciarzom. To dla nich na zboczu Szyndzielni stworzono trudny, ale ciekawy stok zwany Saharą, to oni każdej zimy dominowali wśród pasażerów gondolowej kolejki.

Narciarskich atrakcji w tym rejonie było zresztą więcej: niewielki stok pod szczytem Szyndzielni, łagodny stok z ostrym „piekiełkiem” na Dębowcu, a przede wszystkim nartostrada wiodąca spod szczytu Szyndzielni na Dębowiec. Ta ostatnia była przez wielu narciarzy szczególnie lubiana, bo któż z amatorów dwóch desek nie lubi szusować długą trasą wśród gęstych drzew, w dodatku z kilkoma podnoszącymi poziom adrenaliny zakrętami? Ale to już przeszłość.

Dziś z dawnej narciarskiej świetności Szyndzielni i Dębowca zostały nędzne resztki, a każda kolejna ekipa rządząca miastem jest oskarżana o to, że nie potrafi wykorzystać narciarskich atutów miasta. Dodajmy, że obecna sytuacja ma także realny wymiar finansowy. Mała liczba narciarzy sprawia, że dużo skromniejsze niż mogłyby być, są wpływy z funkcjonowania kolejki gondolowej, która należy do miejskiej spółki ZIAD.

CO  Z  TĄ  NATURĄ ?
Dziś ratusz i spółka ZIAD mają plan narciarskiego zagospodarowania Szyndzielni i Dębowca przewidujący między innymi reaktywację Sahary i budowę nowych wyciągów . Lwia część tej inwestycji ma być sfinansowana z funduszy unijnych. Bielscy narciarze zacierają ręce. Ale ekolodzy biją na alarm. Klub Gaja - o czym informowaliśmy - uważa, że teren ten wchodzi w skład europejskich obszarów chronionych Natura 2000, a zapewnienia ratusza, że został on z Natury 2000 wykreślony, nie odpowiadają faktom. A w tej sytuacji nie tylko nie ma szansy na sfinansowanie tego zadania z funduszy europejskich, ale w dodatku prawo w ogóle nie dopuści do ich realizacji.

Ratusz replikuje i zapewnia, że zgodnie ze stanowiskiem polskiego rządu, które w tej sprawie ma być kluczowe, rejon Szyndzielni i Dębowca ma być wykluczony z Natury 2000. A nawet gdyby tak się nie stało, to i tak - zdaniem przedstawicieli władz miasta - nie będzie tragedii, bo Natura 2000 chronić będzie las bukowy na Szyndzielni, którego nikt wycinać nie chce. Wycinka, niezbędna w przypadku realizacji narciarskich inwestycji, objąć ma bowiem samosiejki na Saharze oraz świerki. - W dodatku te świerki są chore. W praktyce różnica będzie więc tylko taka - albo wytniemy je za jednym razem na potrzeby narciarskiej inwestycji, albo będą one wycinane latami w ramach cięć pielęgnacyjnych - mówi Henryk Juszczyk, pełnomocnik prezydenta Bielska-Białej, a jednocześnie narciarz i od lat gorący zwolennik ożywienia Szyndzielni i Dębowca.

STARE  PLANY
Jacek Bożek, lider Klubu Gaja ma na ten temat  zupełnie inne zdanie. Uważa wręcz, że ekolodzy bitwy o Szyndzielnię przegrać nie mogą. - Bo wtedy przegramy także Klimczok i Błatnią. Czyli przegramy wszystko w tej części Beskidów - mówi Jacek Bożek. Jego zdaniem zgoda na narciarskie inwestycje na Szyndzielni będzie dla przyrody groźna z jednego powodu - sprawi, że potężnie nasili się ekspansja człowieka w te niewielkie w końcu góry. Lider Klubu Gaja podkreśla też, że plany narciarskiej eskpansji w rejonie Szyndzielni mają dwadzieścia lat i zupełnie nie przystają do obecnej rzeczywistości. - Gołym okiem widać przecież to, o czym mówią naukowcy - klimat ulega ociepleniu i wszystko wskazuje na to, że będzie tak się działo nadal. Tego nie można bagatelizować. Jeśli doszłoby do realizacji tej inwestycji, to najprawdopodobniej  jej finał będzie taki: na zboczu góry wycięte zostaną duże połacie lasu, a ta wycinka nikomu służyć nie będzie, bo z powodu braku śniegu narciarze nie przyjadą. Ci, którzy mówią o sztucznym naśnieżaniu, nie biorą chyba pod uwagę dwóch czynników. Po pierwsze, do tego potrzeba olbrzymich ilości wody, a tej mamy duży deficyt. Po drugie, potrzebne są ujemne temperatury. A o te zimą w Beskidach coraz trudniej - argumentuje Jacek Bożek.

SŁOWACKIE  KOKOSY
- Zgadzam się z opinią, że z uwagi na ocieplający się klimat, plany zbudowania u nas dużej stacji narciarskiej, która przyciągnie rzesze narciarzy z całej Polski, wydają się mało realne. Ale jednocześnie uważam, że nic nie stoi na przeszkodzie stworzenia na Szyndzielni dobrych warunków dla bielskich narciarzy. Chodzi o to, aby po pracy oraz w weekendy bielszczanie mieli dobry stok na wyciągnięcie ręki. Owszem, ostatnie dwie zimy były lekkie, ale mimo to śnieg na Saharze leżał dość długo. Jeśli sztucznie naśnieżyć ten stok, to warunki mogą tam być całkiem dobre - mówi Henryk Juszczyk, który podkreśla, że nikt nie chce na potrzeby sztucznego naśnieżania pozbawiać wody zbocza Szyndzielni lub Dębowca. - Wodę do sztucznego naśnieżania zamierzamy ciągnąć z sieci Aquy  - zapewnia pełnomocnik bielskiego prezydenta.

Bielscy narciarze zwracają uwagę na jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Otóż ich zdaniem ekolodzy kolejny raz wyświadczają wielką przysługę... biznesmenom z sąsiedniej Słowacji! - Przez całe lata ekolodzy jak mogli, tak utrudniali narciarskie inwestycje na Pilsku. Teraz stają w obronie drzew na Szyndzielni. A jak kilkadziesiąt kilometrów dalej, na Słowacji na potrzeby narciarskich inwestycji wycinano całe połacie lasów, obrońców przyrody jakoś nie było. I dziś Słowacy zarabiają na narciarzach z Polski - w tym także z Bielska! - kokosy, a jak ktoś w naszych Beskidach chce wyciąć trochę samosiejek nie z wiekowej puszczy, a z terenu dawnego stoku narciarskiego, robi się wielkie halo. Domyślam się, że ekologom pasuje, aby jak największa część Beskidów została nietknięta, bo wtedy jest szansa na duże unijne programy ekologiczne, które oni będą realizować. Ale nie czarujmy się, ekolodzy to niewielka grupka. A dobro lokalnej przedsiębiorczości? A miejsca pracy? A narciarze, którzy dziś tracą czas i pieniądze, aby wyrwać się na narty na Słowację? - pyta z irytacją bielski miłośnik dwóch desek, który przed laty szusował po Saharze, a dziś z braku odpowiednich warunków, często odwiedza słowackie stoki.

DWA  ARGUMENTY
Uwagę o Słowacji Jacek Bożek odpiera dwoma argumentami:- Trudno robić nam wyrzut z tego powodu, że na Słowacji społeczeństwo obywatelskie jest dużo gorzej zorganizowane niż u nas. Dlatego też tam albo nikt nie protestował przeciwko wielkiej wycince drzew, albo protestował słabo i bez efektu. Ale pamiętajmy  jakie uboczne efekty przyniosły narciarskie inwestycje na Słowacji. Dziś, gdy wieją tam silne wiatry, to wyrządzają wielkie szkody, bo nie ma lasów, które by je zatrzymywały. A będzie jeszcze gorzej, bo wiatry będą coraz silniejsze i coraz częstsze. To raz. A druga sprawa to kwestia unijnego wsparcia. Unia przekazuje nam spore sumy na rozwój, ale nie będzie ich przecież dawać na inwestycje, które łamać będą unijne prawo. Nasz kraj zobowiązał się do rozszerzenia programu Natura 2000 i musimy to zrobić, bez względu na to, czy podoba się to niektórym samorządom, czy też nie - mówi Jacek Bożek.
Wygląda więc na to, że szanse na ekologiczno-narciarski kompromis w sprawie Szyndzielni są znikome...

Tekst i foto: SŁAWOMIR HOROWSKI