Rozmowa z Wiesławem Handzlikiem, byłym przewodniczącym Rady Miejskiej w Bielsku-Białej.

     Czy czuje się Pan człowiekiem przegranym?
    - Nie. Z pewnością, nie. Ludzie, którzy mnie osobiście znają, wiedzą ile jestem naprawdę wart. Mam duszę społecznika. W swoim życiu pomogłem setkom osób. Nigdy się jednak z tym nie obnosiłem, nigdy nie chwaliłem. Nie robię tego na pokaz.

                                  „Wiesław, nie daj się zaszczuć!”

      Jaką część tego pozytywnego wizerunku zniszczyła kampania medialna, której był Pan przez długi czas negatywnym bohaterem?
    - Nagonka zaowocowała falą nieprzychylnych mi komentarzy, które ukazywały się głównie na różnych forach internetowych. Obok ostrej krytyki była czasem nawet agresja. Opluwano mnie, mój dorobek zawodowy i społeczny, moje postawy życiowe. Z drugiej strony pocieszali mnie znajomi, którzy dzwonili lub osobiście zapewniali mnie o swojej sympatii. Słyszałem często: „Wiesław, nie daj się zaszczuć. Ludzie nie zapomną, co dla nich zrobiłeś”.

    A jednak dał się Pan zaszczuć, jeśli mogę użyć tej samej metaforyki. Krótko po ujawnieniu wysokości kwot, które pobierał Pan za nadzór nad Zespołem Szkół Rzemieślniczych stwierdził Pan publicznie, że dymisja ze stanowiska przewodniczącego rady byłaby przyznaniem się do winy. Później na długo przywiązał się Pan do tej myśli...
    - Przez długi czas nie miałem świadomości winy. Jestem człowiekiem o silnej psychice. Żal mi było jednak rodziny. Widziałem, jak przeze mnie cierpi.

     Niewiniątko? Piętnaście tysięcy złotych miesięcznie nie bierze na rękę nawet sam pan prezydent Rzeczypospolitej!
    - Ja także nie pobierałem tak wysokiej pensji. Moje wynagrodzenie zasadnicze wynosiło ok.6,5 tys. zł plus dodatek za wysługę lat oraz – ewentualnie – premia. Przypisując mi pensję w wysokości 15 tysięcy miesięcznie, duża część dziennikarzy nie wspominała o tym, że chodzi o kwotę brutto. Taka wersja była efektowniejsza pod względem medialnym. To zwykła manipulacja.

    Mimo wszystko niezła sumka. W badającej później tę sprawę komisji rewizyjnej RM zastanawiano się, z kim podpisał Pan umowę na te pieniądze?
    - Informacja na ten temat była znana radnym. Do pracy w nadzorze nad szkołą przyjmował mnie ówczesny i nieżyjący już prezes Beskidzkiej Izby Rzemiosła i Przedsiębiorczości. To on w imieniu siedmioosobowego prezydium izby podpisał ze mną stosowną umowę, która następnie była przedłużana na kolejne lata. Koledzy uznali najwyraźniej, że ze względu na swoje doświadczenie zawodowe, w tym w dziedzinie praktycznej nauki zawodu, najlepiej nadaję się na to stanowisko. Było głosowanie. Nie wziąłem w nim udziału.

    Był Pan wtedy kimś ważnym w Izbie?
- Byłem członkiem prezydium. Proszę zauważyć, że Handzlikowie są rodziną rzemieślniczą od wielu pokoleń. Jako mistrz w branży spożywczej nauczyłem zawodu kilkaset osób. Wreszcie, byłem współzałożycielem tej właśnie szkoły.

                       Cukiernik z pasją dydaktyczną                                

     Trzy lata później wybrano Pana na stanowisko prezesa BIRiP. Przedłużył Pan wtedy umowę z samym sobą i otrzymał podwyżkę?
    - Bzdura. Decyzję o kontynuowaniu zatrudnienia podjęło – znów bez mojego udziału – prezydium. Wysokość wynagrodzenia zależała od rentowności izby. Tak więc, moja pensja była też czasem niższa. Kiedy obejmowałem nadzór nad szkołą, pobierało w niej naukę zaledwie 400 osób. Obecnie jest ich tysiąc. To przeważnie trudna młodzież. Uczniowie są z reguły nieco starsi od swoich kolegów z równoległych klas innych szkół. W wielu przypadkach możemy o sobie powiedzieć, że wyciągnęliśmy ich z różnych tarapatów, że dzięki nam wyszli na ludzi, ustatkowali się, potrafią zarabiać na życie.

 Rozumiem, że na Gorkiego odkrył Pan w sobie pasję dydaktyczną. Czy nauczyciele z wykształceniem pedagogicznym otrzymywali równie wysokie wynagrodzenie?
    - Nasza szkoła respektuje wszystkie prawa i przywileje wynikające z Karty Nauczyciela. Zarówno grono pedagogiczne, jak pracownicy administracyjni zarabiają czasem o 50 proc. więcej niż odpowiednicy w innych szkołach gminnych lub niepublicznych. Jest to możliwe mimo, że szkoła otrzymuje dotacje w takich samych rozmiarach, co inne bielskie placówki oświatowe.

    Tyle, że nauczyciel musi te forsę wziąć, bo jest dla niego podstawowym źródłem utrzymania. Czy stojąc przy kasie w szkole nigdy nie pomyślał Pan, że powinien Pan wyjść z tej kolejki?
- Przeciętny zjadacz chleba uważa mnie zapewne za osobę bogatą. Ale zapewniam, że nigdy nie otrzymałem niczego za darmo. Na swój majątek zapracowałem uczciwie i ciężko. Wiem, że nauczyciele zarabiają zbyt mało, zwłaszcza że mają do czynienia z zupełnie inną młodzieżą niż w czasach, gdy my byliśmy uczniami. Współcześni uczniowie nie chodzą już – tak jak my – parami w kółko na długiej przerwie.

Lecz porównując nasze zarobki, trzeba wziąć pod uwagę ciężar odpowiedzialności wynikający ze stanowiska. Także - nienormowany czas pracy. Ja nie mam 18 godzin pensum. Ode mnie izba wymagała, aby szkoła osiągała coraz lepsze wyniki ekonomiczne i dydaktyczne. Cel ten został zrealizowany i za to otrzymywałem wynagrodzenie. Formalnie był to nadzór, lecz w istocie moją pracę na rzecz szkoły nazwać trzeba menedżmentem. Proszę pana, ja na te pieniądze ciężko i uczciwie zapracowałem. Zresztą później - mimo nie przebierającej w słowach nagonki i oficjalnego doniesienia na mnie do prokuratury - organa ścigania nie dopatrzyły się w mojej postawie znamion przestępstwa.

                       Straty mogły być mniejsze                                     

     Kiedy zrozumiał Pan, że wprawdzie zasłużył Pan na te pieniądze, ale błędem było ich pobieranie?
    - To był dość długi proces myślowy, trwał prawie dwa miesiące. Z obecnej perspektywy uważam, że mogłem uporać się z tym prędzej. Proszę zrozumieć, że jako biznesmen operuje na co dzień znacznie większymi kwotami niż przeciętny podatnik. W odniesieniu do swoich pracowników skrupulatnie przestrzegam zasady, wedle której za dobrą pracę należy się dobra płaca. Bogactwo jest wartością relatywną. Inaczej pojmuje ją osoba zarabiająca 2 tys. zł miesięcznie, a jeszcze inaczej przedsiębiorca lub inwestor giełdowy.

  Gdyby Pan umiał szybciej podejmować męskie decyzje, to straty w wizerunku publicznym byłyby mniejsze. Ciężko odchodzić z wysokiego stanowiska?
- Jako wieloletni przewodniczący miałem opinię dobrego organizatora prac Rady Miejskiej, komisji i radnych. Mimo podziałów partyjnych w radzie, zawsze starałem się obiektywnie rozwiązywać problemy i spory. Tak, aby różnice polityczne nie wpływały na bieżącą naszą działalność. Liczne dowody sympatii ze strony kolegów utwierdzały mnie w przekonaniu, że cieszę się ich zaufaniem.

       Nawet jednak Pańscy koledzy partyjni odetchnęli z ulgą, gdy usłyszeli, że wreszcie dojrzał Pan do złożenia dymisji.
    - Dziś jestem mądrzejszy o wielotygodniowe przemyślenia, o nowe doświadczenia związane z tą bolesną sprawą. Ustąpiłem głównie dla dobra mojej rodziny. Zawsze byłem człowiekiem szczerym. Mówię to, co myślę. Cenię swoich kolegów z klubu za to, że byli przez długi czas wstrzemięźliwi w publicznej ocenie mojej postawy. O resztę proszę zapytać ich samych.

      Czy jest Pan przegranym politykiem?
    - Nie do mnie należy taka ocena. W ostatnich wyborach samorządowych głosowało na mnie 1609 osób. To był najlepszy wynik w historii bielskiego samorządu, choć nie prowadziłem intensywnej kampanii wyborczej. Ludzie wrzucali do urn kartki z moim nazwiskiem nie dlatego, że identyfikowali mnie jako działacza partyjnego. Zaufali mi, bo od wielu lat znają mnie z pomocy potrzebującym. W tym sensie jestem wyrazistą postacią, która może być niewygodna pod względem politycznym. Tych 1609 wyborców właśnie trzeba było dziś zapytać czy utraciłem w ich oczach wiarygodność.

      Często Pan o to pyta?
    - Mimo, że jestem osobą znana w mieście, nie obawiam się wyjść na ulicę na spacer. W radzie pracuję społecznie od 12 lat. Ludzie spotykają mnie w sklepie, przychodzą do ratusza. Owszem, słyszę krytykę. Ale najczęściej docierają do mnie słowa sympatii, zrozumienia, czasem współczucia.

                                    Popełniłem błąd i odejdę

     Jak Pan sądzi, czy tego zaufania wystarczy, aby w kolejnych wyborach samorządowych zasłużyć na piąty z kolei mandat radnego?
    - Tak daleko myślami nie sięgam. Do wyborów pozostało przecież 2,5 roku. Gdybym jednak miał dziś podejmować decyzję w sprawie startu, to powiedziałbym: nie. Handzlik już nigdy nie będzie ubiegał się o mandat radnego. Mam dość! Z drugiej strony kusi mnie, aby ponownie poddać się ocenie społecznej. To byłby najbardziej obiektywny miernik mojej wiarygodności jako osoby publicznej. Ale nie wykluczam, że odejdę z rady nawet wcześniej, nie czekając na koniec obecnej kadencji.

  Gdy myślę o poziomie agresji, która towarzyszyła kampanii medialnej przeciwko Panu odnoszę wrażenie, że nie przegrał Pan w obronie swojej sprawy. Ale z ludźmi mającymi określony cel polityczny. Kto zyska na Pańskim odejściu?
- Nie chcę tego problemu analizować w zaproponowany przez Pana sposób. Powiem tyle: są osoby, którym na rękę jest moja rezygnacja. Polityka nie znosi pustki.

     Czyli odejdzie Pan z polityki z goryczą krzywdy, jaką wyrządzili Panu ci „źli ludzie”?
    - Sam jestem sobie winny, że podpisałem tę feralną umowę z Izbą. Jest prawdą, że uczyniłem to w dobrej wierze. Że realizacja umowy doprowadziła ZSRz do obecnego rozkwitu, co kosztowało mnie i moją rodzinę wiele wyrzeczeń. Ale jako polityk, działacz społeczny popełniłem dużą nieroztropność. Nie przewidziałem skutków swoich decyzji. To mnie boli.   

   Potrafi Pan posiedzieć dłużej na jednym miejscu? A może ma Pan zamiar jeszcze mocniej rozkręcić swoje interesy w Bielsku lub wyjść z nimi poza nasze miasto?
    - Często wyrzucałem sobie, że nie znajduję wystarczająco dużo czasu dla najbliższych. Mam 56 lat, wnuczkę, chciałbym mocniej poświęcić się rodzinie. Nadal będę jednak pracował dla szkoły. Tyle, że społecznie. Nie zamierzam także rezygnować ze stanowiska prezesa BIRiP. To również w zasadzie praca społeczna i duże wyzwanie, gdyż Izba zrzesza ponad 2,5 tys. podmiotów gospodarczych. Jednocześnie stale inwestuję w rozwój rodzinnego przedsiębiorstwa cukierniczego.

    Dziękuję za rozmowę.

                                                                  Rozmawiał: Robert Kowal