Góral podwodny
Rozmowa z komandorem podporucznikiem Leszkiem Dziadkiem, zdobywcą tytułu najlepszego żołnierza Marynarki Wojennej.
Jak czuje się marynarz, którego uznano za najlepszego marynarza w naszej flocie wojennej?
- Nie ma się co czarować - jestem dumny. To znaczne wyróżnienie. Potwierdza to, że wojsko, a w tym wypadku Marynarka Wojenna, pozwala na to, aby się zrealizować.
Jak góral z Bielska-Białej został marynarzem?
- Pływanie było moim marzeniem. Ta decyzja zapadła, kiedy uczyłem się w Technikum Samochodowym przy Fabryce Samochodów Małolitrażowych na ulicy Filarowej. W szkole była dobrze prowadzona sekcja żeglarska „Neptun”, która kierował - o ile dobrze pamiętam - pan Piotrowski. To on nas zaraził tą pasją. Jeździliśmy na obozy żeglarskie do Pucka. Potem był rejs na morzu. Wtedy zdecydowałem się z morzem związać swoje życie.
Ale pierwsze Pańskie „kroki” na wodzie były chyba bliżej domu?
- Oczywiście, debiutowałem na Jeziorze Żywieckim.
Będąc na morzu, kiedy płynie Pan pod wodą okrętem podwodnym, nie tęskni Pan za górami?
- Ta tęsknota powoduje, że staram się przynajmniej dwa razy w roku przyjeżdżać do Bielska.
Nie chcę oceniać, czy lepsze jest morze, czy góry. Morze cały czas się zmienia, są tacy, którzy to samo mówią o górach. Wstyd przyznać, ale po Beskidach chodziłem ostatnio ze trzy lata temu.
Czy to, że trafił Pan na okręty podwodne wynikało ze świadomego wyboru, czy przypadku?
- Zadecydował przypadek. Dostać się na okręty podwodne nie było wcale łatwo. Już po dwóch miesiącach służby wiedziałem, że to jest moje miejsce. Ludzie, którzy nie chcą pływać na okrętach podwodnych lub sobie nie radzą, wykruszają się bardzo szybko. To jest naprawdę ciężki kawałek chleba.
Dlaczego ludzie najczęściej rezygnują ze służby na okręcie podwodnym?
- Wydaje mi się, że przede wszystkim trudno wytrzymać ciasnotę panującą na pokładzie. Obecnie nasze okręty coraz częściej operują z dala od macierzystej bazy, co oznacza konieczność długich rozstań z rodziną. Żeby dodać coś o warunkach panujących pod wodą wspomnę o temperaturze dochodzącej do 40 stopni Celsjusza i dużej wilgotności powietrza. Niektórzy nie wytrzymują też pracy w dużej grupie ludzi ścieśnionych na małej powierzchni pokładu. Trzeba nie tylko lubić kolegów, ale czasem też umieć spojrzeć na nich z dystansem. Na okręcie podwodnych nie trudno o „sytuacje problemowe”. Wtedy sztuką jest nie zaogniać konfliktu.
Mimo młodego wieku służył Pan już na trzech typach okrętów podwodnych. Najpierw na radzieckich jednostkach typu Foxtrott i Kilo, a teraz dowodzi Pan okrętem klasy Kobben. Który z tych okrętów lubi pan najbardziej?
- Zdecydowanie najbardziej lubię pływać na Kobbenach. Choć pływałem także na ORP „Orzeł” reprezentującym wyższą klasę technologiczną (okręt klasy „Kilo” - przyp. red.), mieszącym 60-cioosobową załogę, wolę familijną atmosferę panującą na Kobbenach. To rekompensuje gorsze warunki. Nie przeszkadza nawet i to, że na „Orle” każdy ma swoją kabinę lub koję, na Kobbenie zaś tylko dowódca ma ten przywilej. Moja kabina ma „aż” 1,5 metra kwadratowego powierzchni. Reszta załogi śpi w messie. Mamy tu tzw. ciepłe koje, co oznacza, że marynarz schodzący z wachty zajmuje miejsce kolegi, który na tej wachcie go zastępuje.
Ma Pan na koncie 10 000 mil przebytych pod wodą. Który z rejsów zapamiętał Pan najbardziej?
- Chyba udział w operacji antyterrorystycznej na Morzu Śródziemnym. Tam było nie tylko najdalej, ale i najtrudniej.
Czy płynąc w ten rejs myślał Pan o rajdach „Sokoła” i „Dzika” - polskich okrętach podwodnych, które w czasie II wojny światowej walczyły na Morzu Śródziemnym. Z powodu spustoszenia jakie tam czyniły Brytyjczycy nazwali je „straszliwymi bliźniakami”?
- O tak. Jeszcze studiując na Akademii Marynarki Wojennej odwiedziliśmy Maltę podczas rejsu nawigacyjnego. Znaleźliśmy tam tablicę upamiętniająca nasze bliźniaki. Choć w czasie wojny nasza Marynarka Wojenna nie należała do największych, podwodniacy z innych państw do dzisiaj wspominają o naszych „straszliwych bliźniakach”.
Co powie Pan młodym ludziom, którzy zastanawiają się nad karierą w Marynarce Wojennej?
- Wojsko zapewnia dużą stabilizację. Doceniłem to już kilka lat temu, porównując swoją służbę z pracą mojego brata, zatrudnionego w prywatnej firmie. Nie tylko Marynarka Wojenna, ale także służba w innych rodzajach wojsk daje możliwość przeżycia przygody i zwiedzenia różnych zakątków świata. To zawód dla wszystkich, którzy lubią dreszcz emocji.
Dziękuję za rozmowę
***
Jak czuje się marynarz, którego uznano za najlepszego marynarza w naszej flocie wojennej?
- Nie ma się co czarować - jestem dumny. To znaczne wyróżnienie. Potwierdza to, że wojsko, a w tym wypadku Marynarka Wojenna, pozwala na to, aby się zrealizować.
Jak góral z Bielska-Białej został marynarzem?
- Pływanie było moim marzeniem. Ta decyzja zapadła, kiedy uczyłem się w Technikum Samochodowym przy Fabryce Samochodów Małolitrażowych na ulicy Filarowej. W szkole była dobrze prowadzona sekcja żeglarska „Neptun”, która kierował - o ile dobrze pamiętam - pan Piotrowski. To on nas zaraził tą pasją. Jeździliśmy na obozy żeglarskie do Pucka. Potem był rejs na morzu. Wtedy zdecydowałem się z morzem związać swoje życie.
Ale pierwsze Pańskie „kroki” na wodzie były chyba bliżej domu?
- Oczywiście, debiutowałem na Jeziorze Żywieckim.
Będąc na morzu, kiedy płynie Pan pod wodą okrętem podwodnym, nie tęskni Pan za górami?
- Ta tęsknota powoduje, że staram się przynajmniej dwa razy w roku przyjeżdżać do Bielska.
Nie chcę oceniać, czy lepsze jest morze, czy góry. Morze cały czas się zmienia, są tacy, którzy to samo mówią o górach. Wstyd przyznać, ale po Beskidach chodziłem ostatnio ze trzy lata temu.
Czy to, że trafił Pan na okręty podwodne wynikało ze świadomego wyboru, czy przypadku?
- Zadecydował przypadek. Dostać się na okręty podwodne nie było wcale łatwo. Już po dwóch miesiącach służby wiedziałem, że to jest moje miejsce. Ludzie, którzy nie chcą pływać na okrętach podwodnych lub sobie nie radzą, wykruszają się bardzo szybko. To jest naprawdę ciężki kawałek chleba.
Dlaczego ludzie najczęściej rezygnują ze służby na okręcie podwodnym?
- Wydaje mi się, że przede wszystkim trudno wytrzymać ciasnotę panującą na pokładzie. Obecnie nasze okręty coraz częściej operują z dala od macierzystej bazy, co oznacza konieczność długich rozstań z rodziną. Żeby dodać coś o warunkach panujących pod wodą wspomnę o temperaturze dochodzącej do 40 stopni Celsjusza i dużej wilgotności powietrza. Niektórzy nie wytrzymują też pracy w dużej grupie ludzi ścieśnionych na małej powierzchni pokładu. Trzeba nie tylko lubić kolegów, ale czasem też umieć spojrzeć na nich z dystansem. Na okręcie podwodnych nie trudno o „sytuacje problemowe”. Wtedy sztuką jest nie zaogniać konfliktu.
Mimo młodego wieku służył Pan już na trzech typach okrętów podwodnych. Najpierw na radzieckich jednostkach typu Foxtrott i Kilo, a teraz dowodzi Pan okrętem klasy Kobben. Który z tych okrętów lubi pan najbardziej?
- Zdecydowanie najbardziej lubię pływać na Kobbenach. Choć pływałem także na ORP „Orzeł” reprezentującym wyższą klasę technologiczną (okręt klasy „Kilo” - przyp. red.), mieszącym 60-cioosobową załogę, wolę familijną atmosferę panującą na Kobbenach. To rekompensuje gorsze warunki. Nie przeszkadza nawet i to, że na „Orle” każdy ma swoją kabinę lub koję, na Kobbenie zaś tylko dowódca ma ten przywilej. Moja kabina ma „aż” 1,5 metra kwadratowego powierzchni. Reszta załogi śpi w messie. Mamy tu tzw. ciepłe koje, co oznacza, że marynarz schodzący z wachty zajmuje miejsce kolegi, który na tej wachcie go zastępuje.
Ma Pan na koncie 10 000 mil przebytych pod wodą. Który z rejsów zapamiętał Pan najbardziej?
- Chyba udział w operacji antyterrorystycznej na Morzu Śródziemnym. Tam było nie tylko najdalej, ale i najtrudniej.
Czy płynąc w ten rejs myślał Pan o rajdach „Sokoła” i „Dzika” - polskich okrętach podwodnych, które w czasie II wojny światowej walczyły na Morzu Śródziemnym. Z powodu spustoszenia jakie tam czyniły Brytyjczycy nazwali je „straszliwymi bliźniakami”?
- O tak. Jeszcze studiując na Akademii Marynarki Wojennej odwiedziliśmy Maltę podczas rejsu nawigacyjnego. Znaleźliśmy tam tablicę upamiętniająca nasze bliźniaki. Choć w czasie wojny nasza Marynarka Wojenna nie należała do największych, podwodniacy z innych państw do dzisiaj wspominają o naszych „straszliwych bliźniakach”.
Co powie Pan młodym ludziom, którzy zastanawiają się nad karierą w Marynarce Wojennej?
- Wojsko zapewnia dużą stabilizację. Doceniłem to już kilka lat temu, porównując swoją służbę z pracą mojego brata, zatrudnionego w prywatnej firmie. Nie tylko Marynarka Wojenna, ale także służba w innych rodzajach wojsk daje możliwość przeżycia przygody i zwiedzenia różnych zakątków świata. To zawód dla wszystkich, którzy lubią dreszcz emocji.
Dziękuję za rozmowę
Rozmawiał: Andrzej Walentek
***
Urodził się 28 marca 1972 roku w Bielsku-Białej. Tu też ukończył szkołę podstawową i technikum samochodowe. Służbę w naszej flocie rozpoczął w 1992 roku, wstępując do Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni. Dziś dowodzi okrętem podwodnym. W czasie ponad dziesięciu lat służby na okrętach podwodnych uczestniczył m.in. w NATO-wskiej operacji antyterrorystycznej na Morzu Śródziemnym – ACITVE ENDEAVOUR (ORP „Bielik” - 2005 r.), trzykrotnie brał udział w ćwiczeniach elitarnego, brytyjskiego ośrodka szkoleniowego FOST (ang. Flag Officers Sea Training) w Plymouth (ORP „Bielik” – 2004 r., ORP „Sęp” – 2006 r., ORP „Kondor”- 2007 r.) oraz dowodził okrętem podwodnym ORP „Kondor” w największych w ostatnim czasie manewrach Sojuszu Północnoatlantyckiego – NOBLE MARINER 07.
Jest żonaty i ma trójkę dzieci. Interesuje się żeglarstwem, historią oraz tematyką związaną ze zdobywaniem kosmosu. Kilka dni temu został uhonorowany „Buzdyganem” – coroczną nagrodą tygodnika „Polska Zbrojna”. Zdobył główna nagrodę w kategorii „Najlepszy Żołnierz Marynarki Wojennej”.

Artykuł wyświetlono 2680 razy.
REKLAMA
REKLAMA
Zobacz również

Klauzula informacyjna ›