Śmierdzący interes
Statystyki nie kłamią. Bielska lokomotywa przemysłowa pędzi niczym TGV. Zdecydowanie wolniej porusza się pociąg z usługami, który przypomina ciuchcię z czasów Franciszka Józefa. Nieciekawa sytuacja panuje zwłaszcza w sektorze zwanym szaletowym, a o skali dramatu świadczy fakt, że na jeden wychodek miejski przypada prawie 40 tys. bielszczan. Czy nikt nie potrafi zwietrzyć w tym interesu dla siebie?
Obecnie nasze miasto utrzymuje pięć ogólnodostępnych toalet. Tylko jedna z nich - na Błoniach - jest nowoczesna i dostosowana dla niepełnosprawnych. Pozostałe są odremontowanym dziedzictwem PRL. Gmina zadbała wprawdzie o eleganckie elewacje i wymianę urządzeń sanitarnych, lecz po epoce Gierka pozostały nie tylko rozwiązania architektoniczne i techniczne oraz standard obsługi, ale niekiedy nawet...personel. Młodzi specjaliści nie bardzo garną się do takiej papierkowej roboty. W powyższej sytuacji przy obsłudze pracują kadry, których największym atutem jest doświadczenie. Część klientów nazywa je babciami klozetowymi, inni zaś w bardziej wyszukany sposób - pisuardesami.
Interes jest dla gminy deficytowy, gdyż do każdej placówki Ratusz dopłaca 200-300 zł miesięcznie. To kwota dotacji, którą dzierżawca otrzymuje na pokrycie kosztów eksploatacji firmy. Do dzierżawcy trafiają też wszystkie dochody, czyli opłaty od klientów. Nasza redakcja postanowiła osobiście sprawdzić czy na tym biznesie można zarobić kokosy. W tym celu wybraliśmy się do kilku miejskich wychodków, by zasięgnąć języka u zatrudnionych w nich osób.
- Panie szanowny - płacze nam w mankiet uprzejmy jegomość, na oko czterdziestolatek pracujący w toalecie przy pl. Żwirki i Wigury. - Klienci zostawiają u nas 5-6 zł dziennie. Jednak w soboty i niedzielę nawet i tego nie zarobię. Co ja mówię? Jasne, że nie ja, tylko moja mamusia. Bo ja tu tylko w zastępstwie dziś robię!
Mamusia dżentelmena z żółtego przybytku na tyłach Muzeum Techniki i Włókiennictwa wyznaczyła umiarkowane ceny za usługi, których finałem jest często szczęście malujące się na twarzy klienta. W przypadku małej potrzeby trzeba zostawić w szalecie złotówkę, a przy dużej - 1,5 zł. Znający się na rzeczy bywalcy obniżają koszta, używając własnego papieru toaletowego. Obsługa zapewnia bowiem klienteli komfort intymności i nie kontroluje, czy panowie korzystają z tańszego pisuaru czy też droższego sedesu. W wychodku jest czysto, ale siermiężnie. Trudno się dziwić, że ludziom tutaj nie po drodze.
Kolejny przybytek, przy ul. Sempołowskiej, położony jest w ładnej okolicy – w pobliżu rzeki i terenów zielonych, gdzie zwłaszcza latem nie brakuje amatorów piwka pod chmurką. Mimo to uroczy żółty domek - do którego po zapachu trafi nawet ślepiec - zamknięty jest na głucho. Być może jego obsługa nie przetrzymała zabójczej konkurencji ze strony toalety w nieodległej restauracji? Łazienka w McDonald’s czynna jest bowiem do godz.23. Ciepło, czysto, schludnie i co najważniejsze – za darmo.
Zamknięta jest także toaleta publiczna na placu Wojska Polskiego, chociaż ekspert w tych sprawach, naczelnik Adam Grzywacz z UM zapewnia, że szalet cieszy się sporą popularnością. Być może są to stare dane, gdyż szalet na placu nieźle prosperował jeszcze przed I wojną światową. Teraz zdesperowani klienci całują kłódkę na furtce przy schodach do podziemi, po czym szukają ulgi w pobliskiej restauracji KFC. Aby wejść do toalety w tym lokalu, konsumenci muszą pobrać w barze żeton. W praktyce jednak samozamykacz drzwi jest często zablokowany, przez co z miejscowych urządzeń sanitarnych korzystać mogą także osoby, które nie złożyły zamówienia.
Władze naszego miasta zdają sobie sprawę z potrzeb mieszkańców i turystów. W ostatnich latach Ratusz pozbył się tylko jednej placówki, zlokalizowanej koło dworca kolejowego. Jej funkcjonowanie przestało być racjonalne w chwili, gdy okazało się, że PKP noszą się z zamiarem wyremontowania własnego przybytku. Dziś łazienki dworcowe są wizytówką bielskiego biznesu szaletowego. Użytkownicy podobno buntują się, że drogo i jak za Gierka, ale muszą płacić po dwa złote od dużej potrzeby i złotówkę za użycie umywalki. Ponoć można też wziąć tutaj prysznic, lecz ceny usługi są najwyraźniej indywidualnie negocjowane, bo nie widać ich na żadnej tablicy. Dzierżawca wyznaje nam, że zarabia 80-90 zł dziennie. Musi z tych pieniędzy opłacić koszta własne: czynsz dla PKP, media, środki czystości, itd.
Nawet kolejowy interes trudno jednak porównywać ze standardem obsługi w podobnych miejscach na zachodzie Europy, gdzie na klientów czekają błyszczące kafelki, nowoczesne sanitariaty, suszarki, papierowe ręczniki, fotokomórki przy kranach, a nawet salony kąpielowe. Do biznesu nie trzeba tam dokładać. Duże miasto z ambicjami turystycznymi powinno pomagać ludziom przy zaspakajaniu nawet tak wstydliwych potrzeb. Być może dobrym wzorem dla Ratusza jest przykład kolejowy, być może należy zachęcać przedsiębiorców do inwestowania własnych pieniędzy w tego rodzaju punkty usługowe?
W każdym razie interes nie musi być śmierdzący nie tylko dlatego, że żaden pieniądz nie śmierdzi. Musi jednak wyjść z podziemi. Temat jest krępujący nie dlatego, że ludzie wstydzą się swoich potrzeb, lecz że muszą je załatwiać w nieciekawych okolicznościach.
Obecnie nasze miasto utrzymuje pięć ogólnodostępnych toalet. Tylko jedna z nich - na Błoniach - jest nowoczesna i dostosowana dla niepełnosprawnych. Pozostałe są odremontowanym dziedzictwem PRL. Gmina zadbała wprawdzie o eleganckie elewacje i wymianę urządzeń sanitarnych, lecz po epoce Gierka pozostały nie tylko rozwiązania architektoniczne i techniczne oraz standard obsługi, ale niekiedy nawet...personel. Młodzi specjaliści nie bardzo garną się do takiej papierkowej roboty. W powyższej sytuacji przy obsłudze pracują kadry, których największym atutem jest doświadczenie. Część klientów nazywa je babciami klozetowymi, inni zaś w bardziej wyszukany sposób - pisuardesami.
Interes jest dla gminy deficytowy, gdyż do każdej placówki Ratusz dopłaca 200-300 zł miesięcznie. To kwota dotacji, którą dzierżawca otrzymuje na pokrycie kosztów eksploatacji firmy. Do dzierżawcy trafiają też wszystkie dochody, czyli opłaty od klientów. Nasza redakcja postanowiła osobiście sprawdzić czy na tym biznesie można zarobić kokosy. W tym celu wybraliśmy się do kilku miejskich wychodków, by zasięgnąć języka u zatrudnionych w nich osób.
- Panie szanowny - płacze nam w mankiet uprzejmy jegomość, na oko czterdziestolatek pracujący w toalecie przy pl. Żwirki i Wigury. - Klienci zostawiają u nas 5-6 zł dziennie. Jednak w soboty i niedzielę nawet i tego nie zarobię. Co ja mówię? Jasne, że nie ja, tylko moja mamusia. Bo ja tu tylko w zastępstwie dziś robię!
Mamusia dżentelmena z żółtego przybytku na tyłach Muzeum Techniki i Włókiennictwa wyznaczyła umiarkowane ceny za usługi, których finałem jest często szczęście malujące się na twarzy klienta. W przypadku małej potrzeby trzeba zostawić w szalecie złotówkę, a przy dużej - 1,5 zł. Znający się na rzeczy bywalcy obniżają koszta, używając własnego papieru toaletowego. Obsługa zapewnia bowiem klienteli komfort intymności i nie kontroluje, czy panowie korzystają z tańszego pisuaru czy też droższego sedesu. W wychodku jest czysto, ale siermiężnie. Trudno się dziwić, że ludziom tutaj nie po drodze.
Kolejny przybytek, przy ul. Sempołowskiej, położony jest w ładnej okolicy – w pobliżu rzeki i terenów zielonych, gdzie zwłaszcza latem nie brakuje amatorów piwka pod chmurką. Mimo to uroczy żółty domek - do którego po zapachu trafi nawet ślepiec - zamknięty jest na głucho. Być może jego obsługa nie przetrzymała zabójczej konkurencji ze strony toalety w nieodległej restauracji? Łazienka w McDonald’s czynna jest bowiem do godz.23. Ciepło, czysto, schludnie i co najważniejsze – za darmo.
Zamknięta jest także toaleta publiczna na placu Wojska Polskiego, chociaż ekspert w tych sprawach, naczelnik Adam Grzywacz z UM zapewnia, że szalet cieszy się sporą popularnością. Być może są to stare dane, gdyż szalet na placu nieźle prosperował jeszcze przed I wojną światową. Teraz zdesperowani klienci całują kłódkę na furtce przy schodach do podziemi, po czym szukają ulgi w pobliskiej restauracji KFC. Aby wejść do toalety w tym lokalu, konsumenci muszą pobrać w barze żeton. W praktyce jednak samozamykacz drzwi jest często zablokowany, przez co z miejscowych urządzeń sanitarnych korzystać mogą także osoby, które nie złożyły zamówienia.
Władze naszego miasta zdają sobie sprawę z potrzeb mieszkańców i turystów. W ostatnich latach Ratusz pozbył się tylko jednej placówki, zlokalizowanej koło dworca kolejowego. Jej funkcjonowanie przestało być racjonalne w chwili, gdy okazało się, że PKP noszą się z zamiarem wyremontowania własnego przybytku. Dziś łazienki dworcowe są wizytówką bielskiego biznesu szaletowego. Użytkownicy podobno buntują się, że drogo i jak za Gierka, ale muszą płacić po dwa złote od dużej potrzeby i złotówkę za użycie umywalki. Ponoć można też wziąć tutaj prysznic, lecz ceny usługi są najwyraźniej indywidualnie negocjowane, bo nie widać ich na żadnej tablicy. Dzierżawca wyznaje nam, że zarabia 80-90 zł dziennie. Musi z tych pieniędzy opłacić koszta własne: czynsz dla PKP, media, środki czystości, itd.
Nawet kolejowy interes trudno jednak porównywać ze standardem obsługi w podobnych miejscach na zachodzie Europy, gdzie na klientów czekają błyszczące kafelki, nowoczesne sanitariaty, suszarki, papierowe ręczniki, fotokomórki przy kranach, a nawet salony kąpielowe. Do biznesu nie trzeba tam dokładać. Duże miasto z ambicjami turystycznymi powinno pomagać ludziom przy zaspakajaniu nawet tak wstydliwych potrzeb. Być może dobrym wzorem dla Ratusza jest przykład kolejowy, być może należy zachęcać przedsiębiorców do inwestowania własnych pieniędzy w tego rodzaju punkty usługowe?
W każdym razie interes nie musi być śmierdzący nie tylko dlatego, że żaden pieniądz nie śmierdzi. Musi jednak wyjść z podziemi. Temat jest krępujący nie dlatego, że ludzie wstydzą się swoich potrzeb, lecz że muszą je załatwiać w nieciekawych okolicznościach.
Robert Kowal








Artykuł wyświetlono 2272 razy.
REKLAMA
REKLAMA
Zobacz również
Komentarze 3
Rozetka
Na dworcu głownym kolejowym w Kopenhadze toalety nie są ani błyszczące,ani nowoczesne. Porządku pilnują dwie panie, przy których stoi talerzyk, na którym zawsze leży kilka monet. Opłata jest "co łaska"-jeśli ktoś zapłaci równowartość 10 czy 20 gr to też jest dobrze,tak niskie kwoty rekompensowane są często przez zagranicznych,zamożnych turystów. Ustalona opłata (niewysoka zresztą) jest tylko za korzystanie z prysznica i suszarki.W Danii (a przynajmniej w Kopenhadze) większość WC jest darmowa.
Polskie szalety z radością wita się po powrocie zza wschodniej granicy-tam wciąż (mam na myśli Ukrainę) ustępy to dziura w ziemi a potrzebę oddaje się na stojąco. Często toaletę można wyczuć z odległości kilkunastu metrów.
Także nie narzekajmy Rodacy, inni mają gorzej :)
stivibb
Mały szczegół aczkolwiek ważny. Życzę powodzenia osobą chcącym ulżyć sobie na dworcu PKP w godzinach wieczornych. :) Powodzenia i miłego całowania klamki :) Aha na odchodne co bardziej wyrużnieni dostana uśmiech babci klozetowej przez zamknięte drzwi i pokazującej wymownie palcem wskazującym swój zegarek :)
Rillan
To i tak nieźle jak ludzie płacą bo ciekawy jestem jak zareagowałaby pisuardesa jakby do jej lokalu weszło 2-3 podchmielonych typków i nie chciało za nic płacić?? Taxi odwozi na miejsce skąd zabrał a w tym przypadku? ;)

Klauzula informacyjna ›