Gdy urzędnicy z Bielska-Białej wyłączyli sygnalizację świetlną na największym bielskim skrzyżowaniu, okazało się, że nie trzeba tu stać w korkach. Trzeba było natomiast zatrudnić przeprowadzaczy, by dzieciom z pobliskich szkół zapewnić bezpieczeństwo.

Widok kobiet w charakterystycznych jaskrawych kombinezonach ze znakami "STOP" w rękach z pewnością nikogo by na Hulance nie zdziwił, gdyby nie pewien detal: przecież znajduje się tu rozbudowana sygnalizacja świetlna. Tyle że światła właśnie zostały wyłączone - mrugają tylko ostrzegawcze żółte sygnalizatory. - Po co budowali te światła, skoro teraz z nich nie korzystają? - zastanawia się bielszczanin Tadeusz Ponikowski.

Okazuje się, że sprawa ma swoje wytłumaczenie w dość długiej historii. Jeszcze przed przebudową skrzyżowania okoliczni mieszkańcy obawiali się o to, jak będą pokonywać ruchliwe ulice. Tłumaczyli, że po obu stronach skrzyżowania są szkoły, kościół w Aleksandrowicach i lotnisko, gdzie wiele osób chodzi z dziećmi na spacery. Dlatego zażądali budowy przejść podziemnych lub kładek. Obie te inwestycje okazały się jednak zbyt drogie. Ponieważ pierwotny projekt nie przewidywał nawet budowy sygnalizacji świetlnej, bielszczanie zwrócili się do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, które przyznało im rację.

Ostatecznie światła na nowym rondzie powstały. - Powstały pod naciskiem mieszkańców. Jednak gdy w czasie wakacji wyłączyliśmy je na próbę, okazało się, że ruch na Hulance jest o wiele bardziej płynny. Wcześniej kierowcy na włączenie się do ruchu musieli czekać nawet dwie zmiany świateł, przez co tworzyły się korki - tłumaczy Henryk Juszczyk, pełnomocnik prezydenta Bielska-Białej ds. drogowych.

Po wakacyjnym doświadczeniu urzędnicy zdecydowali, że światła nadal będą wyłączone. - Na skrzyżowaniu są dobrze oznakowane przejścia dla pieszych. Aby jednak zapewnić bezpieczeństwo dzieciom idącym do szkoły, zdecydowaliśmy się na tzw. przeprowadzaczy - dodaje Juszczyk.

Dwie panie, które na skrzyżowaniu zjawiają się rano i w okolicach południa, zatrudnia Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej. - To faktycznie niebezpieczne miejsce. Czasami pomagamy nawet starszym osobom, które przechodzą tu przez jezdnię - mówi Stefania Drąg, jedna z kobiet pracujących na Hulance.

Juszczyk zaznacza, że światła na rondzie nie zostaną zdemontowane. W przyszłości, gdy natężenie ruchu w tym miejsce jeszcze bardziej wzrośnie, mogą ponownie zostać uruchomione.

Źródło: Gazeta Wyborcza