Handlarze łamią prawo
Panie, bo głównie one oddają się nielegalnemu handlowaniu, są nieuprzejme nie tylko w odpowiedzi na uwagi przechodniów. Odważnie poczynają sobie również ze strażnikami miejskimi, fatalnie reagują na dziennikarzy. Robiąc zdjęcia, nasz reporter musiał bardzo uważać na sprzęt. - Bo gazety nas nie lubią - uzasadniają panie swoją awersję do prasy.
Nie tylko gazety. Zablokowane przejścia, hałas, widoki i odzywki jak na targowisku przy ul. Lompy, przeszkadzają również właścicielom okolicznych legalnych interesów, a przede wszystkim pracownikom dużego banku. - Hałas jest tak duży, że nie da się pracować. To uciążliwe również dla klientów banku. Nie rozumiem tego zjawiska. Przychodzą strażnicy, spisują, a panie dalej bez przeszkód handlują.
Straż Miejska rzeczywiście nie przymyka oka na nielegalny handel. Jak się okazuje, mundurowi niewiele jednak mogą. - Możemy jedynie wystawiać mandaty, informować o prawie odmowy zapłaty i kierować wnioski do sądy. Nie możemy ani konfiskować towaru, ani zatrzymywać handlujących. Efekt jest taki, że strażnicy przychodzą, panie nawet nie przerywają pracy, podają dokumenty, my piszemy mandaty, kierujemy wnioski do sądu o egzekucję. Niektórzy handlujący mają już ponad 50 tys. zł zaległości mandatowych. W sądzie wszystko trwa bardzo długo. Poinformowaliśmy też wszystkie możliwe instytucje: Urząd Skarbowy, Urząd Kontroli Skarbowej, Urząd Celny. Kończy się na korespondencji, skutek jest niewielki. Nie weszła niestety w życie propozycja ustawowa, by w takich przypadkach można było konfiskować towar. To załatwiłoby sprawę w jeden dzień - uważa Andrzej Grzegorzek, komendant Straży Miejskiej.
Możliwości szybkiego wyjścia z sytuacji nie widzi również Krystyna Mierzwa, wicedyrektor ośrodka zamiejscowego katowickiego Urzędu Kontroli Skarbowej. - Do nas dotarło tylko zawiadomienie zastępcy komendanta Straży Miejskiej o nielegalnym handlowaniu w warzywniaku w tym rejonie. Ponieważ właściciel stoiska zarejestrowany jest w Wadowicach, sprawę odesłaliśmy do małopolskiego UKS. W sprawie pozostałych handlujących nie mamy żadnych zgłoszeń. My możemy jedynie naliczyć kary z ustawy skarbowej jeśli handlujący jest zarejestrowany i podatkowo sprawdzać. Jeśli nie ma zarejestrowanej działalności, możemy wystawić mandat. Jako UKS nie zajmujemy się jednak takimi drobnymi sprawami, mamy dużo większych spraw i afer - mówi.
Najwyraźniej niewiele dają również miejskie zawiadomienia kierowane do Urzędu Skarbowego. - Jeżeli wpływa do nas doniesienie, badamy go tylko pod względem ewentualnego dochodu, który nie został opodatkowany. Możliwości mamy jednak ograniczone, bo nawet jeśli ktoś handluje, może powiedzieć, że nie ma dochodu. Przepisy nie są bowiem spójne. Każda instytucja może się poruszać w określonych ramach, co powoduje, że dochodzi do sytuacji paradoksalnych. Takie mamy prawo. Oczywiste oszustwo jest trudne do udowodnienia - uważa Danuta Nikiel, zastępca naczelnika I Urzędu Skarbowego w Bielsku-Białej.
Nieco optymistycznych informacji, z których wynika, że jest szansa na ukrócenie tego kłopotliwego dla miasta i mieszkańców procederu uzyskaliśmy jedynie od aspiranta sztabowego Wiesława Gołucha, oficera prasowego Komendy Miejskiej Policji w Bielsku-Białej: -Też możemy jedynie wystawiać mandaty i w razie ich niepłacenia sporządzać wnioski do Sądu Grodzkiego. Sprawa nie jest jednak przegrana. Choć zapewne przeciągnie się w czasie, egzekucja niepłaconych mandatów trafi w końcu z sądu do komorników, a już oni mają swoje skuteczne sposoby. Handlujący wbrew lokalnemu prawu na pewno poniosą konsekwencje. Na razie czują się bezkarni, bo mają zestaw mandatów, ale ktoś przyjdzie w końcu z drugim ich odcinkiem i wyegzekwuje, choćby odpracowanie kary. Wiele osób próbuje i działa wbrew prawu, ale zazwyczaj ostatecznie ponosi konsekwencje.
Źródło: www.bielskobiala.naszemiasto.pl

Klauzula informacyjna ›