Fałszywi inwalidzi, nieudolnie podrobione na ksero zezwolenia na wjazd, kierowcy oszukujący, że przyjechali z towarem - z takimi osobami na co dzień mają do czynienia strażnicy miejscy pilnujący wyłączonego z ruchu fragmentu centrum Bielska-Białej. - Jak nie pomogą wzmożone kontrole, pozostanie nam chyba tylko ustawić szlabany - wzdycha komendant bielskiej Straży Miejskiej.

Bielska ulica 11-Listopada jest głównym deptakiem handlowym w mieście. Obowiązuje tutaj zakaz ruchu. Podobnie jest na prostopadłej ulicy Cechowej, przy której są kawiarnie, restauracje i pizzerie oraz na kilku innych uliczkach w tej części miasta. Wjechać mogą tutaj tylko posiadacze specjalnych zezwoleń. Podobne rozwiązania można zobaczyć w wielu miastach Polski. Jednak bielscy kierowcy nie mogą się z tym pogodzić. Zakaz notorycznie jest łamany.

- To wąskie ulice, którymi codziennie spacerują setki ludzi. To cud, że jeszcze nikogo wjeżdżający na pełnym gazie samochód nie rozjechał na deptaku - denerwuje się Wacław Rak, mieszkaniec centrum Bielska-Białej.

- Takich skarg od mieszkańców było bardzo dużo. Sam tamtędy niemal co dzień chodzę i wiem, że nie są ani trochę przesadzone - przyznaje Tomasz Ficoń, rzecznik prasowy bielskiego magistratu.

Władze miasta zażądały od strażników miejskich: trzeba zrobić tam porządek.

Od tygodni na skrzyżowaniu ulic Cechowej i 11 Listopada stoi radiowóz straży miejskiej. Poluje na kierowców łamiących zakazy. Mandaty sypią się codziennie. - Kierowcy okazali się tak pomysłowi, że nawet nie przyszłoby nam to do głowy. Nie mówiąc już o tym, że oczywiście oburzają się, widząc stojący radiowóz i strażników ośmielających się ich kontrolować - mówi Andrzej Grzegorzek, komendant bielskiej straży miejskiej.

Strażnicy złapali już kilku fałszywych inwalidów wjeżdżających na deptak na podstawie pożyczonych od znajomych czy sąsiadów zaświadczeń o niepełnosprawności, nagminne jest też nieudolne podrabianie zezwoleń na wjazd na ksero. Na deptak i przyległe ulice wyłączone z ruchu mogą w określonych godzinach wjeżdżać samochody z towarem do działających tam sklepów, restauracji, itd. - Okazuje się, że to także jest często nadużywane. Właściciele niektórych lokali potrafią zostawić samochód na cały dzień, traktując ulicę jako bezpłatny parking - opowiada Grzegorzek.

W ciągu kilku tygodni akcji niektórzy kierowcy stali się już dobrymi znajomymi strażników. Tacy jak mężczyzna przyłapany na złamaniu zakazu ruchu, którego już następnego dnia strażnik śledzący obraz z monitoringu w tej części miasta zauważył, jak nietrzeźwy wychodzi z jednej z knajp w centrum i wsiada do samochodu. - Wydaje mi się, że nasza akcja trochę już zdyscyplinowała kierowców. Jeśli jednak nadal będą łamać zakazy, trzeba będzie się zastanowić nad innym rozwiązaniem. Na przykład, ustawieniem na ulicach w centrum miasta szlabanów - ostrzega Grzegorzek.

Źródło: Gazeta Wyborcza