W sobotnie popołudnie oczy każdego bielskiego fana piłki nożnej skierowane były na murawę stadionu przy ulicy Rychlińskiego. Najlepsza drużyna naszego regionu rozgrywała wówczas ligowe spotkanie z „Turem” Turek. W tłumie kibiców mieliśmy swojego obserwatora, który przyglądał się stadionowej...kuchni. Poniżej przedstawiamy zapiski z reporterskiego notesu, dotyczące spraw pomijanych zazwyczaj w medialnych relacjach z zawodów sportowych.

Sobota, godz. 13:00. Do pierwszego gwizdka sędziego pozostało jeszcze 60 minut. To ten dzień, ta upragniona, wyczekiwana od kilku miesięcy godzina. Już za niedługo na murawę wybiegnie drugoligowa drużyna z Bielska. Czy wygra? Raczej tak. Przecież w sparingach wszystko szło bardzo dobrze, a porażka z „Arką” była w sumie  "wliczona".

 Nie wiem dokładnie, czy godzina rozpoczęcia meczu została do końca trafiona. Ludzie jadą na mecz. Ul. Piastowska jest całkowicie zamknięta, a kilka bielskich odcinków dróg znajduje się wciąż w remoncie. W dodatku mieszkańcy udają się na drugą zmianę do pracy. To wszystko powoduje, że na jezdniach tworzą się korki. Ale cóż, tego meczu nie można było przegapić!

Wreszcie dojeżdżamy na stadion – jest dokładnie 13:25. Tłumy ludzi zmierzają ku bramom wejściowym. Ale zanim wejdą na trybuny, muszą przejść etap "oczyszczania". Dobrze, że większość kibiców ma zakupiony bilet. Dzięki temu kasy są niemalże puste, a ja muszę nabyć wejściówkę. Po kupnie biletu, ustawiam się grzecznie w kolejce. Mija dziesięć minut, gdy nadchodzi moja kolej. - Proszę dowodzik i bilet - miło zwraca się do mnie pierwszy napotkany ochroniarz. Oczywiście, wykonuję polecenie.

Po chwili podchodzi do mnie pan z aparatem cyfrowym. Zresztą, jak do wszystkich poprzedzających mnie osób, ale wcześniej jakoś nie zwracałem na to uwagi.  Hmm...Pomyślałem, że może mój bilet wstępu okazał się zwycięski w stadionowej loterii lub pan, po prostu, zaoferuje mi za chwilę odsprzedanie aparatu po atrakcyjnej cenie. Nic z tych rzeczy!  Nagle słyszę: - Dowodzik proszę. Po raz drugi wyciągam dowód z portfela, a mężczyzna robi... zdjęcie po przystawieniu mi do głowy mojego dokumentu.

Pomijam cierpliwym milczeniem wszystkie te ceregiele. Jestem tutaj debiutantem, dlatego z ciekawością przyglądam się stadionowej kuchni. Gazety czy telewizje skupiają się zwykle na pokazywaniu walki na murawie. Folklor poza boiskiem jest więc dla mnie nowością. Ale kibic za mną nie jest już tak powściągliwy.  - Czemu nie zainstalujecie kamer? – pyta wyraźnie poirytowany.  - Przez te wasze zdjęcia tylko kolejka rośnie! Trudno nie podzielać tych gorzkich uwag. Trzeba jednak pamiętać, że panowie ci wykonują jedynie swoją pracę.

W końcu -  trzecia stacja wędrówki na trybunę otwartą, którą nazywam "szukaczem". Kolejny ochroniarz  tym razem skrupulatnie przeszukuje mnie od stóp do głów, czy przypadkiem nie zabrałem ze sobą ostrego narzędzia, które zagrażałoby bezpieczeństwu na trybunach. Wreszcie, po pokonaniu licznych "przeszkód" na swojej drodze, siadam na wykupionym miejscu. Tradycją już jest, że każdy kibic przynosi ze sobą kawał papieru służący do ocieplania zimnych krzesełek.  Dziś komfort  oglądania meczu w ciepełku zapewnia organizator. Przy tej okazji mamy sporo do czytania. Wszystko to dzięki pierwszemu wydaniu gazetki bielskiego klubu pod nazwą "Podbeskidzie - co i gdzie?", w którą każdy mógł się zaopatrzyć bezpłatnie.

- Ile tego zrobili? Dwadzieścia sztuk? - swoje niezadowolenie z braku gazetek wyraża kibic, który na stadion przybył na dziesięć minut przed meczem. W przerwie spotkania zobaczyłem jednak, jak bardzo ten sympatyk piłki kopanej się mylił. Pismo trafiło bowiem do rąk wielu fanów, którzy z zaciekawieniem czytali zamieszczone w nim  artykuły. W dodatku co najmniej 15 egzemplarzy leżało... bądź to na trawie, bądź koło trybuny.

Trwają jeszcze dyskusje piłkarskie, wymiany zdań pomiędzy kibicami. Do pierwszego gwizdka zostało niepełna siedem minut. Drużyny przebywają jeszcze w szatni. - Bydzie w składzie tyn Słowok czy tyn nowy z Łomży, co do nos przyszedł? – z typową gwarą śląską pyta starszy kibic swojego rówieśnika. - A, chyba tego nowego puści. Pisało ostatnio w gazecie, że to duży talent - odpowiada kolega. I ma rację, o czym przekonujemy się wszyscy za moment.

Wreszcie drużyny wychodzą na murawę. "Idzie, idzie, Podbeskidzie!" - głośnym okrzykiem witają swoich ulubieńców zagorzali bielscy kibice. Piłkarze również miłym akcentem rozpoczynają "spotkanie" ze swoimi fanami, wykopując im w trybuny kilka piłek.

W pierwszej połowie jest nerwowo...wśród kibiców. - Jak chcesz sobie pokrzyczeć, idź na BKS - jeden z widzów uszczypliwie zwraca uwagę fanowi wyraźnie sfrustrowanemu przebiegiem meczu, który okrzykami obraża...bielskich zawodników. Skąd w ludziach tyle nienawiści? Nie wiem. W ciągu 45 minut pierwszej połowy miałem wrażenie, że siedzę w otoczeniu samych najlepszych trenerów. Każdy z moich sąsiadów na swój sposób przedstawiał lub wykrzykiwał uwagi dotyczące gry zespołu „Podbeskidzia”. Duża grupka najbardziej zagorzałych kibiców przez cały czas jednak wzorowo niosła swoich ulubieńców głośnym dopingiem.

Wszyscy zostaliśmy dla siebie przyjaciółmi w 65 minucie meczu, po golu strzelonym przez nasz zespół. Od tej pory znikają złośliwości i docinki pod adresem innych kibiców bądź zawodników. Głośne - "Podbeskidzie 1, Turek 0 " - rozlega się na pół Bielska-Białej. Drużyna Podbeskidzia ostatecznie wygrywa z Turem 2:0 po drugiej bramce w 84 minucie spotkania. Tym samym każdy kibic bielskiej drużyny - pomimo przedmeczowej „drogi krzyżowej” na trybuny - może czuć się w pełni usatysfakcjonowany.

Grzegorz Wieczorek