Im więcej wiadomo tym mniej wiadomo
Dziś w Warszawie zbierze się Izba Wojskowa Sądu Najwyższego. Sędziowie zadecydują, czy siedmiu spadochroniarzy z 18. batalionu desantowo-szturmowego będzie mogło wyjść na wolność zanim rozpocznie się ich proces. Obrońcy podejrzanych złożyli zażalenia na decyzję Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie, który przedłużył areszty do czerwca.
Zarzuty postawione spadochroniarzom, którzy wrócili z Afganistanu znane są od czterech miesięcy. W listopadzie ub.r. - zaledwie po czterech dniach od powrotu z wojny - żandarmeria wywlekła o świcie żołnierzy z ich domów. Patrzyły na to ich przerażone dzieci i żony. Telewizja za zgodą prokuratury wojskowej pokazała żenujące sceny przedstawiające żołnierzy traktowanych jak pospolici bandyci.
Śledztwo trwa od 16 sierpnia ub.r., gdy w trakcie jednej z operacji bojowych spadochroniarzy z Bielska-Białej kilka z wystrzelonych przez nich pocisków spadło na jeden z domów w afgańskiej wiosce Nangar Khel. Bilans tragedii to ośmioro cywilów zabitych i trzy osoby ciężko ranne. Początkowo poinformowano, że nasi żołnierze ostrzelali wioskę w odpowiedzi na ogień talibów. Taką wersję dopiero w tydzień po tragedii przedstawił ówczesny szef MON Aleksander Szczygło. Ten sam minister, który pół roku wcześniej wysłał tych żołnierzy na wojnę, nazwał ich postępowanie „patologią” i nie zaprotestował przeciw potraktowaniu ich tak, jak członków gangu.
Po postawieniu zarzutów popełnienia zbrodni wojennej i ludobójstwa, armia nie zapewniła pomocy prawnej oskarżonym. I to w sytuacji, gdy sześciu spadochroniarzom grozi nawet dożywocie, a siódmemu „zaledwie” 25 lat wiezienia. Pozostawione same sobie rodziny gorączkowo szukały adwokatów. Zrozpaczone żony, ojcowie i matki zwracali się o pomoc wszędzie, nawet do prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Do dziś nie otrzymały nawet odpowiedzi.
Śledztwo prowadzone w sprawie tragedii w Nangar Khel jest tajne. Tajne są także uzasadnienia decyzji o aresztowaniu. Z przecieków, jakie trafiły do prasy wynika, że żołnierze są podejrzani o dokonanie masakry ludności cywilnej z premedytacją. Jednak im dłużej trwa to śledztwo, tym więcej pojawia się znaków zapytania dotyczących tych najcięższych zarzutów.
Do dziś nie wyjaśniono, czy dowództwo Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie oraz MON tuż po tragedii nie próbowały ukryć prawdy przed opinią publiczną. Nie ma odpowiedzi, dlaczego podejrzanych żołnierzy natychmiast nie odesłano do kraju, a pozwolono spokojnie dosłużyć końca zmiany misji w Afganistanie. Pojawiły się także informacje, że ostrzelanie cywilów mogło być efektem złego rozpoznania, wadliwej amunicji moździerzowej lub stosowania przez naszych żołnierzy procedur obowiązujących w armii amerykańskiej. A Polska Grupa Bojowa w Afganistanie operacyjnie podlegała brygadzie armii Stanów Zjednoczonych. Być może odpowiedzi na część z tych pytań otrzymamy po planowanej na przełom marca i kwietnia wizycie obrońców podejrzanych w Nagar Khel.
Ze względu na klauzulę tajności, jaką objęto to śledztwo, trudno ocenić prawidłowość działania prokuratury wojskowej w tej sprawie. O tym, że coś było nie tak świadczy niedawna decyzja o odsunięciu od śledztwa głównego z prowadzących je prokuratorów, płk. Zbigniewa Rzepy. Po ponad pół roku trwania bezprecedensowego w polskiej armii śledztwa odsuwa się od niego najważniejszego śledczego, posiadającego największą wiedzę o sprawie, dokonującego najważniejszych przesłuchań podejrzanych i świadków pod pretekstem… konieczności odbycia przez niego praktyki w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej.
Nie ma wątpliwości, że w śledztwie popełniono jakieś rażące błędy. One jednak, podobnie jak wszystko w tej sprawie, także są na razie tajne. Wiadomo jedynie, że to właśnie prokurator płk Zbigniew Rzepa w dniu 9 listopada ub.r. podpisał instrukcję dla Żandarmerii Wojskowej o zatrzymaniu i przymusowym doprowadzeniu żołnierzy do aresztu. To na jej podstawie żandarmi potraktowali ich jak groźnych bandytów, a przed zatrzymaniem podsłuchiwali ich telefony i obserwowali domy.
W świetle ciężaru postawionych zarzutów, tajności sprawy oraz dotychczasowych postanowień sądów w sprawie aresztowań, trudno spodziewać się, że wyjdą oni na wolność przed początkiem procesu. Tak samo, jak trudno wierzyć, że akt oskarżenia w tej sprawie trafi do sądu w połowie roku, jak jeszcze niedawno sugerowali przedstawiciele prokuratury wojskowej. Do sprawy wrócimy jeszcze dzisiaj po ogłoszeniu decyzji sądu.
Zarzuty postawione spadochroniarzom, którzy wrócili z Afganistanu znane są od czterech miesięcy. W listopadzie ub.r. - zaledwie po czterech dniach od powrotu z wojny - żandarmeria wywlekła o świcie żołnierzy z ich domów. Patrzyły na to ich przerażone dzieci i żony. Telewizja za zgodą prokuratury wojskowej pokazała żenujące sceny przedstawiające żołnierzy traktowanych jak pospolici bandyci.
Śledztwo trwa od 16 sierpnia ub.r., gdy w trakcie jednej z operacji bojowych spadochroniarzy z Bielska-Białej kilka z wystrzelonych przez nich pocisków spadło na jeden z domów w afgańskiej wiosce Nangar Khel. Bilans tragedii to ośmioro cywilów zabitych i trzy osoby ciężko ranne. Początkowo poinformowano, że nasi żołnierze ostrzelali wioskę w odpowiedzi na ogień talibów. Taką wersję dopiero w tydzień po tragedii przedstawił ówczesny szef MON Aleksander Szczygło. Ten sam minister, który pół roku wcześniej wysłał tych żołnierzy na wojnę, nazwał ich postępowanie „patologią” i nie zaprotestował przeciw potraktowaniu ich tak, jak członków gangu.
Po postawieniu zarzutów popełnienia zbrodni wojennej i ludobójstwa, armia nie zapewniła pomocy prawnej oskarżonym. I to w sytuacji, gdy sześciu spadochroniarzom grozi nawet dożywocie, a siódmemu „zaledwie” 25 lat wiezienia. Pozostawione same sobie rodziny gorączkowo szukały adwokatów. Zrozpaczone żony, ojcowie i matki zwracali się o pomoc wszędzie, nawet do prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Do dziś nie otrzymały nawet odpowiedzi.
Śledztwo prowadzone w sprawie tragedii w Nangar Khel jest tajne. Tajne są także uzasadnienia decyzji o aresztowaniu. Z przecieków, jakie trafiły do prasy wynika, że żołnierze są podejrzani o dokonanie masakry ludności cywilnej z premedytacją. Jednak im dłużej trwa to śledztwo, tym więcej pojawia się znaków zapytania dotyczących tych najcięższych zarzutów.
Do dziś nie wyjaśniono, czy dowództwo Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie oraz MON tuż po tragedii nie próbowały ukryć prawdy przed opinią publiczną. Nie ma odpowiedzi, dlaczego podejrzanych żołnierzy natychmiast nie odesłano do kraju, a pozwolono spokojnie dosłużyć końca zmiany misji w Afganistanie. Pojawiły się także informacje, że ostrzelanie cywilów mogło być efektem złego rozpoznania, wadliwej amunicji moździerzowej lub stosowania przez naszych żołnierzy procedur obowiązujących w armii amerykańskiej. A Polska Grupa Bojowa w Afganistanie operacyjnie podlegała brygadzie armii Stanów Zjednoczonych. Być może odpowiedzi na część z tych pytań otrzymamy po planowanej na przełom marca i kwietnia wizycie obrońców podejrzanych w Nagar Khel.
Ze względu na klauzulę tajności, jaką objęto to śledztwo, trudno ocenić prawidłowość działania prokuratury wojskowej w tej sprawie. O tym, że coś było nie tak świadczy niedawna decyzja o odsunięciu od śledztwa głównego z prowadzących je prokuratorów, płk. Zbigniewa Rzepy. Po ponad pół roku trwania bezprecedensowego w polskiej armii śledztwa odsuwa się od niego najważniejszego śledczego, posiadającego największą wiedzę o sprawie, dokonującego najważniejszych przesłuchań podejrzanych i świadków pod pretekstem… konieczności odbycia przez niego praktyki w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej.
Nie ma wątpliwości, że w śledztwie popełniono jakieś rażące błędy. One jednak, podobnie jak wszystko w tej sprawie, także są na razie tajne. Wiadomo jedynie, że to właśnie prokurator płk Zbigniew Rzepa w dniu 9 listopada ub.r. podpisał instrukcję dla Żandarmerii Wojskowej o zatrzymaniu i przymusowym doprowadzeniu żołnierzy do aresztu. To na jej podstawie żandarmi potraktowali ich jak groźnych bandytów, a przed zatrzymaniem podsłuchiwali ich telefony i obserwowali domy.
W świetle ciężaru postawionych zarzutów, tajności sprawy oraz dotychczasowych postanowień sądów w sprawie aresztowań, trudno spodziewać się, że wyjdą oni na wolność przed początkiem procesu. Tak samo, jak trudno wierzyć, że akt oskarżenia w tej sprawie trafi do sądu w połowie roku, jak jeszcze niedawno sugerowali przedstawiciele prokuratury wojskowej. Do sprawy wrócimy jeszcze dzisiaj po ogłoszeniu decyzji sądu.
Andrzej Walentek
PS.Żołnierze z 18.bdsz. zostaną w areszcie przynajmniej do 13 maja br.
Autor jest ekspertem wojskowym, wielokrotnie odwiedzał nasze misje w Iraku i Afganistanie. Obecnie jest dziennikarzem gazety „Super Express” w Warszawie.
Artykuł wyświetlono 1892 razy.
REKLAMA
REKLAMA
Zobacz również
Komentarze 5
Antoni
Dziekuję autorowi, panu Andrzejowi Walentek za bardzo dobry, mądry, obiektywny artykuł, rzeczywiście pytań w tej sprawie jest dużo. Prawda jest taka,że generałów, wyższych dowóców nie ruszą, a niestety Ci chłopcy zostaną skazani. Dla nich życie juz jest "skończone", o wojsku mogą zapomieć, obciążenie psychicznetą tragegią do końca swoich dni. Jestem tylko ciekawa jak prokuratura będzie udawadniała ich ludobójstwo i zbrodnie wojenne, jak udowodni, że tragedia która wydarzyła sie 16 sierpnia 2007r była świadomym zamiarem dla całej siódemki. Czyżby koronne dowody były od świadków , którzy nie chcą podać imienia i nazwiska, świadków czyli kogos kto też tam był, czyli kolegów z misji, batalionu. To wszystko jest bardzo smutne , niepojęte. Nie wierzę , że MON nie znał prawdy o tej tragedii w sierpniu. prokurarura wiedziala. Jaki byłby problem ogłosić sprostowanie w TV i sprwie od razu nadać bieg z zarzutami tak jak mieli przy aresztowaniu - nieumyślne spowodowanie śmierci i nieostrożne użycie broni, komu zależało na tym , aby zrobić z tego taką aferę ?
grinwal
Szczygło pod sąd, ale to już!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
bes
fajnie że portal wspólpracuje z innymi dziennikarzami.nasi żołnierze sa niewinni i to skandal że taki ktoś jak szcygło jest na wolności

Klauzula informacyjna ›