Pieszo dookoła świata
W Polsce niecodzienną sytuację przeżył pewnej nocy. – Była godz. 23 - wspominał - gdy zaczepił mnie pijany mężczyzna i zaczął ciągnąć do swojego domu. Chciał pewnie, żebym napił się z nim wódki. Okazało się, że miał przyjaciela, dziennikarza. Koniecznie chciał mnie z nim poznać. Tak w minioną niedzielę w klubie „Arka” w Bielsku-Białej o swojej samotnej pieszej podróży dookoła świata opowiadał Samuel Clear, 29-letni Australijczyk.
Nasz portal postanowił towarzyszyć Samowi podczas części jego pobytu na Podbeskidziu. W klubie „Arka” wysłuchaliśmy jego barwnych opowieści. Dowiedzieliśmy się, że w pieszą podróż dookoła naszego globu wyruszył z Australii 15 grudnia 2006 roku, a do domu ma zamiar wrócić 9 lipca 2008 r.
Wędruje przez świat, modląc się o jedność chrześcijan.
Jak opowiadał na spotkaniu z młodzieżą, Polacy są bardzo mili. Lubi polskie jedzenie. Natomiast najbardziej obawia się u nas... kierowców, którzy jego zdaniem, „za szybko jeżdżą i nie przestrzegają przepisów. Idąc drogami publicznymi, muszę na nich bardzo uważać” - podkreśla.
Kolejne dni wędrówki są podobne do siebie. Samuel Clear wstaje o godz. 6.00. Jeśli warunki pozwolą - bierze prysznic, wrzuca coś na ząb, pakuje manatki, po czym wybiera się w drogę. Wędruje około 4 - 5 godzin, potem 20 minut przerwy i dalej w drogę - dopóki nie przejdzie co najmniej 50 kilometrów. Sypia pod namiotem, czasami w hotelach lub u życzliwych ludzi. Idąc, odmawia różaniec, a gdy nie modli się - śpiewa piosenki U2. Kiedy napotka kościół chrześcijański, prosi o modlitwę za jedność chrześcijan. Jak do tej pory, na ogół spotyka się z życzliwością przypadkowo napotykanych osób. Tylko raz pastor Kościoła Zielonoświątkowego rzucił nim na ziemię i zaczął się o niego modlić. Innym razem z kolei ksiądz katolicki nie wpuścił go do kościoła.

Samuel jest inżynierem. Pochodzi z Tasmanii. Będąc katolikiem, działa w australijskim młodzieżowym ruchu misyjnym. Zanim wybrał się w podróż swego życia, oszczędzał przez rok. W międzyczasie opracowywał trasę wędrówki. Możemy się z nią zapoznać na jego blogu: www.ymt.com.au/walk4one. Gdy plan tej imponującej pielgrzymki był gotów, a na koncie bankowym znajdowała się okrągła sumka, poprosił w pracy o urlop, sprzedał ulubiony samochód oraz prawie wszystko to, co miał.
Podczas długiej podróży zapisał w pamięci tysiące barwnych zdarzeń. Jako najniebezpieczniejszą wspomina przygodę, która spotkała go w Wenezueli. „Na drogę wyskoczyła z krzaków puma. Stanęła naprzeciw mnie i wyszczerzyła zęby. Zamarłem, w okamgnieniu oblał mnie zimny pot. Nie wiedziałem co zrobić. W pewnym momencie odeszła. Nie szedłem już dalej, rozbiłem namiot i przesiedziałem w nim do rana.” Innym razem, w Rosji napadło na niego dwóch pijanych mężczyzn. - Tak mną szarpali – opowiadał naszej młodzieży w „Arce” - że złamali mi kijek trekkingowy.
Dzielny Australijczyk przeżył wiele napaści, grożono mu bronią. W poniedziałek wyruszył z Andrychowa w kierunku Rzymu. Będzie przechodził przez Żywiec, Węgierską Górkę. Polskę opuści w Zwardoniu. Jeśli spotkacie go po drodze – pozdrówcie i życzcie wygodnych butów oraz wielu przyjaciół w podróży. Z pewnością podziękuje wam swoim szerokim uśmiechem. Good luck, Sam!
Witold Barłóg

Klauzula informacyjna ›