Historia, którą dziś opowiemy jest tyleż przejmująca, co pouczająca. Naszym zdaniem, dowodzi postępującej obojętności społeczeństwa na przejawy zła w różnej postaci oraz rozkładu więzi rodzinnych na skutek nadmiernego spożycia alkoholu. Ale każdy ma prawo do indywidualnej oceny tego zdarzenia i poszukiwania morału na własny użytek.

Jacek W. jest już mężczyzną niemłodym. Mimo kilku krzyżyków na karku, siwizny na skroni oraz kolekcji zmarszczek na twarzy należy do grona tych osób, które życie rodzinne cenią sobie nade wszystko. Ale jego miłość do rodziców różni się od uczucia, które jest własnością zdecydowanej większości populacji. Pan Jacek bowiem - w swoim przekonaniu - nigdy nie przestał być Jacusiem i rości sobie z tego tytułu specjalne prawa.
   
Ujmując problem w dużym skrócie można powiedzieć, że zdaniem naszego bohatera, opieka rodzicielska należy mu się dożywotnio. Uważa, iż mamusia i tatuś wiedzieli co czynią, podejmując ongiś decyzję o poczęciu syna. Dlatego od dnia, kiedy pojawił się na tym łez padole Jacuś znajdował się na utrzymaniu rodziców. Mieszkał u nich, żywił się na ich koszt i popijał tęgo, bezwzględnie wykorzystując bezradność starszych ludzi. Być może robiłby w ten sposób do dziś, gdyby nie owa skłonność do kieliszka. Tak, tak. Jacek W. ma opinię osoby trunkowej, która po spożyciu bywa skłonna do bitki. Dżentelmeni o podobnym temperamencie i mentalności twierdzą w takich razach, że tak jest, gdy człek z nerw wychodzi.
   
Gromadząc dowody przeciwko panu Jackowi, bielska prokuratura odtworzyła prawie dwa lata pełne udręki, psychicznych tortur i przemocy fizycznej, których ofiarą byli starsi państwo W. Dzień w ich domu zaczynał się i kończył zazwyczaj tak samo, jak w innych domach. Były wspólne posiłki, rodzinne oglądanie co popadnie w telewizji, rozmowy o sprawach lokalnych, a czasem o wielkiej polityce. Problem zaczynał się z chwilą, gdy Jacuś wracał do domu po wypiciu kilku głębszych. Stawał się wtedy agresywny i obwiniał rodziców o różne osobiste niepowodzenia. O powodach podobnych rozrób mówi się często, że zupa była za słona.
   
Kiedy latorośl państwa W. była pijana, awantura zawsze wisiała w powietrzu. Wystarczała niewielka iskra i pan Jacek zamieniał się niczym Dr Jekyll w Mr Hyde’a. Przezywał wówczas rodziców od najgorszych, groził podpaleniem domu lub pozbawieniem ich życia. Czasem rzucał sprzętami po całym mieszkaniu, niszcząc często wieloletni dorobek ojca i matki. Aby uwiarygodnić swoje groźby, w trakcie awantur trzymał w ręku nóż albo siekierę. Mrożące krew w żyłach sceny przypominały podobno kolejną część filmu o teksańskiej masakrze piłą elektryczną. Tyle, że w mieszkaniu państwa W. nie były fikcją.
   
Marnotrawny syn upatrzył sobie szczególnie matkę jako osobę odpowiedzialną za swe życiowe klęski. To właśnie mamę podczas awantur popychał, bił pięściami po ramionach i dusił. Co najmniej dwukrotnie rękoczyny skończyły się interwencją lekarza. W pierwszym przypadku starsza pani W. została dotkliwie pobita po głowie. Obdukcja lekarska wykazała wtedy stłuczenie i obrzęk okolicy nosa i żuchwy oraz zasinienie skóry obu przedramion. Pół roku później natomiast medycy udokumentowali na jej ciele obrażenia w postaci stłuczenia stawu ramiennego oraz mięśni okolicy szyi, a także zasinienia na powierzchni ramion. Prawo powiada, że na skutek tej przemocy naruszone zostało prawidłowe funkcjonowanie narządów ciała na okres poniżej tygodnia.
   
Dantejskie sceny w mieszkaniu państwa W. nie poruszały nigdy sąsiadów do tego stopnia, by o przemocy powiadomić policję. Ludzie z czasem przywykli do wrzasków, odgłosów dewastowania mebli i tłuczenia szkła, dochodzących zza ściany. Prokurator zainteresował się patologiczna rodziną dopiero wówczas, gdy starsza pani zgłosiła się na kolejna obdukcję. Jacek W. został przesłuchany, następnie przedstawiono mu zarzut wielokrotnego fizycznego i psychicznego znęcania się nad osobami najbliższymi.

Składając wyjaśnienia w charakterze podejrzanego, Jacuś częściowo przyznał się do popełnienia tego przestępstwa. Zaprzeczył jednak jakoby znieważał rodziców słowami powszechnie uznawanymi za obelżywe lub – tym bardziej - używał wobec nich przemocy fizycznej. Owszem, jego zdaniem, dochodziło czasem w domu do ostrej wymiany zdań ze starszymi, ale żeby ktokolwiek używał noża czy siekiery? Co to, to nie! W podobny sposób oburzał się, gdy przypisywano mu ponadprzeciętne trunkowanie. Co też ludziska nie wymyślą, żeby w fałszywym świetle przedstawić synowskie przywiązanie do mamy i taty? – zastanawiał się w śledztwie.

Akt oskarżenia w tej bulwersującej sprawie wpłynął niedawno do bielskiego sądu rejonowego. Jackowi W. grozi kara do pięciu lat więzienia. Jest pewne, że jego dłuższa nieobecność w domu przyniesie rodzicom ogromna ulgę. Trudno natomiast przypuszczać, aby zauważyli ją sąsiedzi starszych państwa, którzy przez wiele miesięcy pozwalali na ich gehennę za ścianą.

Autor: Robert Kowal

PS. Personalia bohatera zostały zmienione.