Rozmowa z Jarosławem Klimaszewskim, nowym przewodniczącym Rady Miejskiej w Bielsku-Białej.

Z oświadczeń majątkowych publikowanych w internecie wynika, że jest Pan bogatym człowiekiem. Jakie ambicje zaspakaja Pan w Radzie Miejskiej?

- Ocena bogactwa jest wartością relatywną i zależy od indywidualnej skali, którą posługuje się każdy z nas. Na ten majątek pracowaliśmy wspólnie z moją żoną przez kilkanaście lat. Nasze dochody są jawne – nie mamy niczego do ukrycia. Działalność w RM natomiast nie jest dochodowa. Z tytułu swoich dodatkowych obowiązków w radzie bywałem gościem w domu. Teraz, jako jej przewodniczący, będę widywał rodzinę jeszcze rzadziej.   

Czym zajmuje się spółka, w której ma Pan 99 proc. udziałów?

- Jestem głównym udziałowcem i prezesem spółki kapitałowej Publico. Jest to agencja reklamowa, która specjalizuje się w działalności BTL, tj. w wydawaniu druków reklamowych oraz prowadzeniu akcji promocyjnych i programów lojalnościowych na zamówienie firm komercyjnych.


Jedna interpelacyjka na rok


Otrzymuje Pan kontrakty z Ratusza?

- Przed kilku laty zrealizowałem niewielki kontrakt na rzecz miasta. Zarobiłem wtedy 2 tys. zł. Odkąd zostałem radnym, unikam jednak zamówień, które mogą być  interpretowane dwuznacznie. Ręce mam czyste, o proszę!
   
Ilość interpelacji, które w tej kadencji złożył Pan do prezydenta Krywulta dowodzi, że nie należy Pan do grupy szczególnie zapracowanych radnych. Przyzna Pan chyba, że jedna interpelacyjka przez 1, 5 roku nie jest jakimś szalonym dorobkiem?

- Pan ironizuje, a to nie jest błahostka. Uważam, że przedmiotem interpelacji powinny być naprawdę poważne sprawy. Gdyby radni składali interpelacje w dowolnych kwestiach, to działalność bieżąca zarówno biura rady miejskiej, jak sekretariatu prezydenta miasta utraciłaby swoją  płynność. Podczas sesji każdy radny może zadać prezydentowi pytanie w trakcie procedowania tzw. spraw różnych. Podobnemu celowi służą komisje. Korzystałem z tych proceduralnych możliwości w miarę często.
   
Interpelacja dotyczyła budowy sieci szerokopasmowej dla miasta. Jest Pan zadowolony z obecnych planów upowszechnienia internetu wśród bielszczan?

- W żadnym wypadku! Trudny do akceptacji jest szczególnie termin ukończenia tej inwestycji. Przypomnę, że zgodnie z przyjętymi planami, ma to nastąpić do roku 2012. Przecież w epoce internetu to wieczność. Z drugiej strony wiem, że w mieście musimy załatwić wiele pilnych i ważnych spraw. Wybór priorytetów może być więc czasem bolesny.
   
W najbliższym czasie może on zaboleć miejską administrację, gdyż znaczne koszty dostępu do netu oraz tzw. elektronicznego podpisu kwalifikowanego utrudniają rozwój usług publicznych w systemie on-line. Będziemy outsiderami SEKAPU w regionie?

- Chciałbym tego uniknąć. Oba programy muszą być komplementarne. Dlatego będę rozmawiał o tym z panem prezydentem.
   
Za budowę sieci szerokopasmowej zapłaci głównie UE. Czy miasto będzie chciało zarabiać na jej eksploatacji?

- Jako przewodniczący RM będę się starał, żeby obywatele Bielska-Białej mieli darmowy dostęp do internetu. Taką publiczną deklarację mogę złożyć. Jestem przekonany, że realizacja tej idei służyć będzie rozwojowi naszego miasta oraz podniesie poziom edukacji młodzieży.


Robota dla debiutanta


To żadna tajemnica - jest Pan honorowym członkiem Salwatoriańskiego Stowarzyszenia Hospicyjnego. Czy fakt, że ostatnio uchwałą RM przekazano temu stowarzyszeniu nieodpłatnie budynek po przedszkolu przy Zdrojowej był rezultatem jakiejś formy Pańskiego lobbingu?

- Przyznam, że nie wiedziałem wcześniej o planach przekazania stowarzyszeniu tej posesji. Ale cieszę się, że doszło do tego.
   
Tzw. sprawa Handzlika pogłębiła podziały w radzie. Jako radny pierwszej kadencji i przewodniczący z ledwie kilkutygodniowym stażem stanie Pan przed trudnym zadaniem przywrócenia pracom RM właściwej płynności i rzeczowości. Czy to dobra praca dla debiutanta?

- Myślę, że Pan przesadza. Ten trudny problem nie podzielił wcale rady. Wszyscy radni natomiast poczuli się nim zatroskani i wszyscy deklarują gotowość do współpracy dla dobra miasta i jego mieszkańców. Zdaję sobie sprawę z tego, że budowa autorytetu przewodniczącego jest procesem żmudnym. Mam jednak w sobie dużo pokory, aby z czasem zjednać sobie tych radnych, którzy na mnie nie głosowali. Jakiś autorytet mam skoro mnie wybrano.
   
Pan wybaczy, lecz ów wybór był przede wszystkim efektem gry politycznej.

- Nie oszukuję się, że przy moim niewielkim stażu w radzie ten autorytet jest duży. Zanim doszło do głosowania na sesji, rozmawiałem ze wszystkimi radnymi. Dlatego myślę, że wynik wyborów jest dla mnie mimo wszystko osobistym sukcesem.
   
Czy to był też sukces rodzinny? Kiedy dowiedział się Pan, że klub PO zamierza wysunąć Pańską kandydaturę?
   
- Miałem czas do namysłu. Ostatecznie poinformowano mnie o tym trzy dni przed sesją. Najbliżsi nie byli zachwyceni, ale udało nam się dojść do porozumienia. Na szczęście mogę liczyć na wsparcie żony, także w kwestii utrzymania rodziny na przyzwoitym poziomie.
   
Forsowana przez klub PO zwłoka w rozpatrzeniu sprawy Handzlika zaszkodziła wizerunkowi waszej formacji. Czy jest to także kryzys lokalnej władzy publicznej?
   
- Sądzę, że niewłaściwie stawia Pan sprawę. W pewnym momencie nasz klub stanął przed dużym problemem. Rozwiązaliśmy go wspólnie, głównie dzięki męskiej decyzji pana Wiesława. Sprawny wybór następcy zapobiegł dalszej utracie zaufania dla władzy publicznej w naszym mieście. W klubie PO wygrała opinia, iż sprawę wynagrodzenia ówczesnego przewodniczącego w szkole rzemieślniczej należy rozpatrywać w kontekście pozostałych zarzutów dotyczących nieprawidłowości w miejskiej oświacie.
   
Sprawa Handzlika pojawiła się nie dlatego, że ją ujawniono. Ale stąd, że przewodniczący RM w ogóle pobierał te pieniądze. Ta postawa moralna kłóci się ze standardami etycznymi, które kierownictwo PO stara się przedstawiać jako własne.
   
- Niewątpliwie ma Pan rację.


Biję się w piersi


To smutna konkluzja. Tym bardziej, iż dla części obserwatorów naszej sceny publicznej wniosek klubu radnych PO o jednoczesne zbadanie wszystkich zarzutów przez Komisję Rewizyjną był próbą rozmycia problemu Handzlika w powodzi spraw o charakterze formalno-prawnym.

- To mylne wrażenie. Uznaliśmy, że kwestii etycznej nie można abstrahować od analizy sytuacji prawnej, w tym przepisów, na podstawie których wypłacano panu Handzlikowi wynagrodzenie w szkole rzemieślniczej.
   
Co ta analiza nam mówi?

- Jak dotąd, nic nie wskazuje na to, aby w którejkolwiek ze spraw opisywanych przez media naruszone zostało prawo. Bez względu na ów wniosek myślę, że trzeba zweryfikować zasady współpracy ze szkołami, których miasto nie jest organem założycielskim.
   
Czy trzeba było głośnej kampanii medialnej, aby w ratuszu zauważono, że nie wszystkie sprawy w miejskiej oświacie są jasne i oczywiste? Pracując w komisji edukacji i kultury powinien Pan mieć rozeznanie w problemach tych środowisk.
   
- Biję się w piersi. Przykro mi tym bardziej, że informacji o nieprawidłowościach nie sygnalizowali nam bezpośrednio nasi wyborcy. To nauka, abyśmy w swojej pracy więcej uwagi poświęcali monitoringowi informacji medialnych. Jestem zwolennikiem szerokiej i poważnej dyskusji o sprawach miasta na forum publicznym. Gdyby RM była aktywną stroną takiej debaty w przeszłości, to problem pensji pana Handzlika nie stałby się przedmiotem wielkiej wojny w mieście.
   
Nasz portal od zawsze jest miejscem ścierania się różnych opinii. Każdy, kto ma coś rzeczowego do powiedzenia w sprawach publicznych może ubiegać się o publikację swojego artykułu. Przyjazną dłoń wyciągamy też do Pana...
   
- Przyjmuję ją. Ze swej strony deklaruję, że odtąd po każdej sesji RM będę się spotykał z czytelnikami na stronach portalu www.bielsko.biala.pl. Forma tego przekazu jest do uzgodnienia.
   
Dziękuję za rozmowę. 

Rozmawiał: Robert Kowal