Wciąż gorąco wokół bielskich komandosów
POD LUPĄ GŁÓWNEGO DOWÓDZTWA
Znowu głośno zrobiło się o 18. Bielskim Batalionie Desantowo-Szturmowym. I to nie tylko za sprawą zatrzymanych siedmiu bielskich komandosów, gdy teraz okazało się, że jeden z nich ma już na koncie wyrok za przewinienie. Dodatkowo powraca sprawa jedenastu żołnierzy, którzy przed czasem powrócili z wojny w Afganistanie. Kontrowersje wzbudziły plotki, że mają zostać wyrzuceni z wojska. Specjalna wojskowa komisja bada całą sprawę.
SIEDMIU ZATRZYMANYCH
Przypomnijmy, że 16 sierpnia 2007 roku podczas pobytu na wojnie w Afganistanie patrol bielskich komandosów został wysłany na rozpoznanie terenu w okolice wioski Nangar Khel. Żołnierze pojechali tam kilka godzin po tym, jak dwa wozy bojowe wpadły na ładunki wybuchowe podłożone przez talibów. Bielscy komandosi, pomimo że nie było już tam talibów, otworzyli ogień z moździerza w kierunku wioski. Zginęło sześć osób, a dwie kolejne zmarły w wyniku odniesionych ran. Wśród poszkodowanych były dzieci i kobiety.
13 listopada 2007 roku Żandarmeria Wojskowa zatrzymała siedmiu bielskich komandosów. Zarzut zabójstwa ludności cywilnej (za co grozi od 12 lat więzienia do dożywocia) prokuratura wojskowa postawiła: kapitanowi Olgierdowi C. (nie był na miejscu zdarzenia, ale jest podejrzany o wydanie rozkazu ostrzelania wioski), chorążemu Andrzejowi O., plutonowemu Tomaszowi B. oraz szeregowym Robertowi B., Jackowi J. i Łukaszowi B. Z kolei starszy szeregowy Damian L. usłyszał zarzut ostrzelania bezbronnego budynku cywilnego, za co grozi mu od 5 do 25 lat więzienia.
PRZEDŁUŻONY ARESZT
Ostatnio Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie przedłużył o trzy miesiące areszt wszystkim siedmiu żołnierzom. Sąd uznał, że nie powinni odpowiadać z wolnej stopy. A to dlatego, że istnieje duże prawdopodobieństwo popełnienia zarzucanego im czynu, obawa matactwa w zeznaniach, a także uzasadnione podejrzenie, że mogą uciec za granicę.
Od takiego postanowienia obrońcy zatrzymanych komandosów odwołali się do Izby Wojskowej Sądu Najwyższego. Tymczasem Karol Frankowski, rzecznik prasowy Prokuratury Wojskowej w Poznaniu ujawnił, że jeden z przebywających w areszcie żołnierzy - plutonowy Tomasz B., był wcześniej karany za pobicie i poniżanie żołnierza. Działo się to w 2005 roku w bielskiej jednostce. Sąd wojskowy ukarał go za pobicie, poniżanie i ubliżanie koledze na sześć miesięcy ograniczenia wolności w zawieszeniu. Frankowski podkreśla, że fakt wcześniejszego ukarania nie ma żadnego wpływu na toczące się postępowanie, ale może mieć wpływ na ostateczny wymiar kary w sprawie ostrzelania afgańskiej wioski. Ministerstwo Obrony Narodowej zapowiada, że chce wyjaśniać jak to się stało, że na misję wojskową wyjechał żołnierz, który miał na koncie wyrok skazujący.
Z kolei pułkownik Jerzy Arytmiak, rzecznik prasowy naczelnego prokuratora wojskowego, w swoim komunikacie prasowym stwierdził, że przesłano do cywilnej prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Dotyczy to bliżej nieustalonych osób, które ujawniły mediom wyjaśnienia kilku podejrzanych, udostępnione wcześniej tylko stronom postępowania - czytamy między innymi w komunikacie.
WYLECĄ Z WOJSKA ?
Tymczasem dość nieoczekiwanie powróciła sprawa jedenastu bielskich żołnierzy, którzy już po kilku tygodniach powrócili z wojny w Afganistanie. Stacjonowali oni w bazie Wazi-Kwa. W czerwcu 2007 roku napisali podania o wcześniejsze odesłanie do kraju, bo dowódcy kazali im jeździć na patrole nieopancerzonymi hummerami. Żołnierze stwierdzili, że jazda takimi wozami w przypadku wjechania na minę czy nawet ostrzału, to pewna śmierć. Po tym zdarzeniu do żołnierzy przylgnęło określenie „buntownicy”. Prokuratura wszczęła nawet postępowanie w sprawie odmowy wykonania rozkazu, ale je umorzono. Wydawało się, że temat został wyjaśniony i całkowicie zamknięty, ale kilkanaście dni temu jeden z żołnierzy ujawnił, że wspólnie z kolegami obawiają się wyrzucenia z wojska. Ich podejrzenia zrodziły się po tym, gdy jeden z nich, starając się o przedłużenie kontraktu na zawodowego żołnierza, otrzymał negatywną opinię o przebiegu służby wydaną przez podpułkownika Adama Stręka - dowódcy 18. Bielskiego Batalionu Desantowo-Szturmowego, który w Afganistanie był dowódcą jednej z drużyn przy pierwszej zmianie Polskiego Kontyngentu Wojskowego.
TO NIE BYLI BUNTOWNICY
Podpułkownik Sławomir Lewandowski, rzecznik prasowy Dowództwa Wojsk Lądowych, w specjalnym komunikacie prasowym stwierdził, że nikt z dowództwa nie traktował jedenastu bielskich komandosów jako buntowników. Jego zdaniem takie określenie wykreowały media. Od samego początku nikt nie brał pod uwagę możliwości zwolnienia tych żołnierzy z zawodowej służby wojskowej jako reakcji na ich prośby o wcześniejszy powrót z misji, a tym bardziej z powodu podnoszonych uwag do posiadanego sprzętu. Sprawę zasadności wystawienia okresowej opinii bezpośrednio przez dowódcę podpułkownika Adama Stręka bada specjalna komisja powołana przez dowódcę wojsk lądowych - czytamy w komunikacie ppłk. Lewandowskiego.
W sukurs „buntownikom” przyszedł nawet dowódca wojsk lądowych generał Waldemar Skrzypczak. Oświadczył, że jeżeli jakiś dowodzący stwarza żołnierzom problemy z powodu ich uwag co do stanu technicznego sprzętu bojowego, to zostanie ukarany. Kilka dni temu dowództwo powołało specjalną komisję, która wyjaśni, na jakiej podstawie podpułkownik Stręk wystawił żołnierzowi negatywną opinię. Przy okazji zbadane zostaną wszelkie okoliczności sprawy.
Dodajmy, że na ten temat dowództwo 18. Bielskiego Batalionu Desantowo-Szturmowego nie wypowiada się. Także żołnierze mają zakaz kontaktów z mediami, a za jego złamanie grozi im postępowanie dyscyplinarne.
Znowu głośno zrobiło się o 18. Bielskim Batalionie Desantowo-Szturmowym. I to nie tylko za sprawą zatrzymanych siedmiu bielskich komandosów, gdy teraz okazało się, że jeden z nich ma już na koncie wyrok za przewinienie. Dodatkowo powraca sprawa jedenastu żołnierzy, którzy przed czasem powrócili z wojny w Afganistanie. Kontrowersje wzbudziły plotki, że mają zostać wyrzuceni z wojska. Specjalna wojskowa komisja bada całą sprawę.
SIEDMIU ZATRZYMANYCH
Przypomnijmy, że 16 sierpnia 2007 roku podczas pobytu na wojnie w Afganistanie patrol bielskich komandosów został wysłany na rozpoznanie terenu w okolice wioski Nangar Khel. Żołnierze pojechali tam kilka godzin po tym, jak dwa wozy bojowe wpadły na ładunki wybuchowe podłożone przez talibów. Bielscy komandosi, pomimo że nie było już tam talibów, otworzyli ogień z moździerza w kierunku wioski. Zginęło sześć osób, a dwie kolejne zmarły w wyniku odniesionych ran. Wśród poszkodowanych były dzieci i kobiety.
13 listopada 2007 roku Żandarmeria Wojskowa zatrzymała siedmiu bielskich komandosów. Zarzut zabójstwa ludności cywilnej (za co grozi od 12 lat więzienia do dożywocia) prokuratura wojskowa postawiła: kapitanowi Olgierdowi C. (nie był na miejscu zdarzenia, ale jest podejrzany o wydanie rozkazu ostrzelania wioski), chorążemu Andrzejowi O., plutonowemu Tomaszowi B. oraz szeregowym Robertowi B., Jackowi J. i Łukaszowi B. Z kolei starszy szeregowy Damian L. usłyszał zarzut ostrzelania bezbronnego budynku cywilnego, za co grozi mu od 5 do 25 lat więzienia.
PRZEDŁUŻONY ARESZT
Ostatnio Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie przedłużył o trzy miesiące areszt wszystkim siedmiu żołnierzom. Sąd uznał, że nie powinni odpowiadać z wolnej stopy. A to dlatego, że istnieje duże prawdopodobieństwo popełnienia zarzucanego im czynu, obawa matactwa w zeznaniach, a także uzasadnione podejrzenie, że mogą uciec za granicę.
Od takiego postanowienia obrońcy zatrzymanych komandosów odwołali się do Izby Wojskowej Sądu Najwyższego. Tymczasem Karol Frankowski, rzecznik prasowy Prokuratury Wojskowej w Poznaniu ujawnił, że jeden z przebywających w areszcie żołnierzy - plutonowy Tomasz B., był wcześniej karany za pobicie i poniżanie żołnierza. Działo się to w 2005 roku w bielskiej jednostce. Sąd wojskowy ukarał go za pobicie, poniżanie i ubliżanie koledze na sześć miesięcy ograniczenia wolności w zawieszeniu. Frankowski podkreśla, że fakt wcześniejszego ukarania nie ma żadnego wpływu na toczące się postępowanie, ale może mieć wpływ na ostateczny wymiar kary w sprawie ostrzelania afgańskiej wioski. Ministerstwo Obrony Narodowej zapowiada, że chce wyjaśniać jak to się stało, że na misję wojskową wyjechał żołnierz, który miał na koncie wyrok skazujący.
Z kolei pułkownik Jerzy Arytmiak, rzecznik prasowy naczelnego prokuratora wojskowego, w swoim komunikacie prasowym stwierdził, że przesłano do cywilnej prokuratury zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Dotyczy to bliżej nieustalonych osób, które ujawniły mediom wyjaśnienia kilku podejrzanych, udostępnione wcześniej tylko stronom postępowania - czytamy między innymi w komunikacie.
WYLECĄ Z WOJSKA ?
Tymczasem dość nieoczekiwanie powróciła sprawa jedenastu bielskich żołnierzy, którzy już po kilku tygodniach powrócili z wojny w Afganistanie. Stacjonowali oni w bazie Wazi-Kwa. W czerwcu 2007 roku napisali podania o wcześniejsze odesłanie do kraju, bo dowódcy kazali im jeździć na patrole nieopancerzonymi hummerami. Żołnierze stwierdzili, że jazda takimi wozami w przypadku wjechania na minę czy nawet ostrzału, to pewna śmierć. Po tym zdarzeniu do żołnierzy przylgnęło określenie „buntownicy”. Prokuratura wszczęła nawet postępowanie w sprawie odmowy wykonania rozkazu, ale je umorzono. Wydawało się, że temat został wyjaśniony i całkowicie zamknięty, ale kilkanaście dni temu jeden z żołnierzy ujawnił, że wspólnie z kolegami obawiają się wyrzucenia z wojska. Ich podejrzenia zrodziły się po tym, gdy jeden z nich, starając się o przedłużenie kontraktu na zawodowego żołnierza, otrzymał negatywną opinię o przebiegu służby wydaną przez podpułkownika Adama Stręka - dowódcy 18. Bielskiego Batalionu Desantowo-Szturmowego, który w Afganistanie był dowódcą jednej z drużyn przy pierwszej zmianie Polskiego Kontyngentu Wojskowego.
TO NIE BYLI BUNTOWNICY
Podpułkownik Sławomir Lewandowski, rzecznik prasowy Dowództwa Wojsk Lądowych, w specjalnym komunikacie prasowym stwierdził, że nikt z dowództwa nie traktował jedenastu bielskich komandosów jako buntowników. Jego zdaniem takie określenie wykreowały media. Od samego początku nikt nie brał pod uwagę możliwości zwolnienia tych żołnierzy z zawodowej służby wojskowej jako reakcji na ich prośby o wcześniejszy powrót z misji, a tym bardziej z powodu podnoszonych uwag do posiadanego sprzętu. Sprawę zasadności wystawienia okresowej opinii bezpośrednio przez dowódcę podpułkownika Adama Stręka bada specjalna komisja powołana przez dowódcę wojsk lądowych - czytamy w komunikacie ppłk. Lewandowskiego.
W sukurs „buntownikom” przyszedł nawet dowódca wojsk lądowych generał Waldemar Skrzypczak. Oświadczył, że jeżeli jakiś dowodzący stwarza żołnierzom problemy z powodu ich uwag co do stanu technicznego sprzętu bojowego, to zostanie ukarany. Kilka dni temu dowództwo powołało specjalną komisję, która wyjaśni, na jakiej podstawie podpułkownik Stręk wystawił żołnierzowi negatywną opinię. Przy okazji zbadane zostaną wszelkie okoliczności sprawy.
Dodajmy, że na ten temat dowództwo 18. Bielskiego Batalionu Desantowo-Szturmowego nie wypowiada się. Także żołnierze mają zakaz kontaktów z mediami, a za jego złamanie grozi im postępowanie dyscyplinarne.
Tekst i foto: Paweł Szczotka KRONIKA BESKIDZKA


Artykuł wyświetlono 2690 razy.
REKLAMA
REKLAMA
Zobacz również

Klauzula informacyjna ›