Setki elek z całej okolicy wyjeżdżają codziennie na ulice Bielska-Białej. - Każdy z nas kiedyś uczył się jeździć. Ale czy koniecznie poruszające się w żółwim tempie elki muszą pchać się do centrum w godzinach szczytu? - pytają zdenerwowani kierowcy.


Sobotni poranek, ul. Armii Krajowej na wysokości szpitala wojewódzkiego. W stronę miasta jadą cztery elki. Wolno, jedna za drugą. W stronę kolejki linowej na Szyndzielnię, także powolutku, kolejne trzy. - Samochody nauki jazdy wjeżdżały nawet na wewnętrzną drogę szpitala. Musieliśmy interweniować - opowiada Jolanta Trojanowska, rzeczniczka prasowa szpitala wojewódzkiego.

Poniedziałkowe popołudnie, ruchliwe skrzyżowanie obok bielskiego Kauflandu. Obrazek podobny do tego z okolic szpitala - z każdej strony nadciąga sznur elek. Jednemu z kursantów gaśnie silnik. Musi trochę potrwać, nim go ponownie uruchomi. Tworzy się korek. Kierowcy chcący wyjechać z parkingu pod sklepem nerwowo trąbią, w sznurze pojazdów stoi miejski autobus. Robi się zamieszanie. - Takie obrazki można zobaczyć tutaj niemal każdego dnia. Każdy z nas uczył się kiedyś jeździć. Ale czy koniecznie elki muszą pchać się w tak ruchliwe miejsca? - pyta Andrzej Kądziołka, mieszkaniec sąsiadującego z Kauflandem os. Karpackiego.

Sznury elek ciągną również w innych rejonach miasta. - Choć czasem zdarzają się kolizje z ich udziałem, nie stwarzają nam większych problemów - uspokaja Elwira Jurasz, oficer prasowy bielskiej policji.

Jednak kierowcy mają elek dość. Skąd tak dużo wzięło się ich na ulicach? Tylko na terenie Bielska-Białej działa blisko 60 szkół dla przyszłych kierowców. Niemal dwa razy więcej niż np. w Częstochowie. Są wakacje, więc szkoły przeżywają oblężenie. Na kursy zapisali się uczniowie i studenci. Do tego na bielskich ulicach uczą się jeździć także kursanci szkół z Oświęcimia, Żywca, Kęt, Andrychowa i wielu innych miast południowej Polski. Powód jest prozaiczny - egzaminy można zdawać tylko w Wojewódzkich Ośrodkach Ruchu Drogowego.

Jeden z takich ośrodków działa właśnie w Bielsku-Białej. Kursanci z ościennych miast upierają się, żeby od razu ćwiczyć na bielskich ulicach. Jakby tego było mało, nie ma rejonizacji, więc teraz każdy może zdawać egzamin tam, gdzie chce. - Ludzie wymieniają się w internecie informacjami o kolejkach w ośrodkach. Zapisują się tam, gdzie na egzamin czeka się najkrócej - tłumaczy Jerzy Balon z bielskiego WORD-u, jednocześnie miejscowy radny.

W bielskim ośrodku osoby, które zdały egzamin teoretyczny za pierwszym razem, a do praktycznej część podchodzą po raz pierwszy, oczekują na nią do miesiąca. Dlatego na egzaminy przyjeżdżają tu mieszkańcy tak odległych miast, jak Zakopane czy Nowy Targ. Poza tym bielski WORD może pochwalić się wysokimi notowaniami w sieci. Wśród internautów panuje nawet opinia, że stosunkowo łatwo zdać tu egzamin. W efekcie dziennie do egzaminu podchodzi w Bielsku-Białej nawet 200 osób!

Podobne problemy mają także inne miasta, w których są siedziby WORD-ów. W Jastrzębiu-Zdroju radni chcieli nawet formalnym zakazem wyprosić elki z centrum, bo tak korkowały miasto. Ostatecznie nie zgodził się na to prezydent miasta. Opinie, czy wprowadzenie takiego zakazu byłoby zgodne z prawem, były sprzeczne, ale większość prawników uznała, że nie wolno zakazywać elkom jazdy po publicznych drogach. Co więc można z tym problemem zrobić?

Apelujemy do właścicieli szkół nauki jazdy z okolicznych miejscowości, by ograniczyli choć trochę liczbę jazd po bielskich ulicach. W zupełności wystarczy, jeśli kursanci poćwiczą u nas jazdy dopiero pod koniec kursu - uważa radny Balon.

Bielscy urzędnicy zbadają także, czy na terenie miasta nie mamy zbyt wielu szkół nauki jazdy. Instruktorzy jednak uspokajają - wraz z końcem wakacji w mieście powinno zrobić się luźniej.

Źródło: Gazeta Wyborcza