CZUJNIKIEM W CHAMÓW

Amatorzy sikania w windach powinni się mieć na baczności. Jedna z kieleckich spółdzielni mieszkaniowych zamontowała w windach czujniki reagujące na strumień moczu. Niewykluczone, że wkrótce ten niecodzienny wynalazek pojawi się także w bielskich wieżowcach.

W Kielcach problem pasażerów oddających w windach mocz był tak duży, że władze jednej ze spółdzielni mieszkaniowych postanowiły zainwestować nieco grosza i techniką uderzyć w chamów. W krakowskiej firmie Krakdźwig - zajmującej się montażem i serwisowaniem wind - zamówiono czujniki na wilgoć i zamontowano je w windach. Czujniki są tak ustawione, że na przykład na mokry parasol nie zareagują, ale na strumień moczu już tak. Winda zostaje wówczas zablokowana, uruchamia się alarm i niekulturalny pasażer musi czekać w zasikanej windzie do chwili, gdy uwolni go specjalistyczna ekipa.

Do Bielska-Białej ten nietypowy wynalazek jeszcze nie dotarł, ale kto wie, być może także w stolicy Podbeskidzia osobnicy oddający w windach mocz przestaną być anonimowi. Wieść o kieleckim eksperymencie dotarła już bowiem do bielskich spółdzielni. Największe zainteresowanie pomysł wzbudził w Śródmiejskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, w której przyznają, że oddawanie w windach moczu, zarówno przez ludzi, jak i - a może przede wszystkim - przez psy, to spory problem i zjawisko bynajmniej nie sporadyczne. A mocz w windach to nie tylko kwestia estetyki i brak komfortu przy korzystaniu z niej przez innych pasażerów, ale także przyczyna problemów technicznych związanych na przykład z rdzewieniem. Władze Śródmiejskiej SM na razie jednak nie inwestują w ten sprzęt. Czekają, jak sprawdzi się on w Kielcach. O kieleckim pomyśle słyszeli też w Karpackiej Spółdzielni Mieszkaniowej, ale o jego kopiowaniu nie myślą, gdyż nie ma tam skarg lokatorów na zasikane windy.

Problem moczu w windach ma z kolei spółdzielnia Strzecha, a jej władze łączą to z poszerzającym się w mieście marginesem społecznym. Jednak według spółdzielców ze Strzechy, lepsze niż czujniki na mocz jest kompleksowe podejście do nasilających się w mieście patologicznych zjawisk społecznych.

Czujników na mocz nie ma też na Złotych Łanach i na osiedlu Beskidzkim. Władze spółdzielni Beskidzkiej deklarują przy tym, że pomysł się im nie podoba i zamiast w czujniki na mocz, wolałyby zainwestować w akcję edukacyjno-uświadamiającą skierowaną do niekulturalnych pasażerów.

Choć w bielskich spółdzielniach na razie nikt nie pali się do kupowania czujników na mocz, w rozmowach z przedstawicielami ich władz można było wyczuć, że istotnym argumentem za lub przeciw będzie cena. Jeśli kupno i montaż czujników nie będzie zbyt drogo kosztować, to kto wie...

Zdzisław Warchał, prezes krakowskiego Krakdźwigu w rozmowie z „Kroniką” oświadczył, że po tym, jak kielecki eksperyment stał się głośny w kraju, jego firma, która początkowo kieleckie zlecenie potraktowała incydentalnie, przygotowuje specjalną ofertę na takie usługi. Odzew z kraju na kielecki pomysł okazał się bowiem wyjątkowo duży.

/hos/ KRONIKA BESKIDZKA