Dwa łyki braku logiki
Historia jest autentyczna i świeża, a jej bohaterami są oszustka i złodziej. Ona za łup w jednym z bielskich hipermarketów nie kupiłaby nawet paczki lichych papierosów, ale za wpadkę zapłaci piętnem przestępcy i wilczym biletem przy ewentualnym poszukiwaniu pracy. On - choć ukradł znacznie więcej - będzie mógł z czystym kontem kontynuować złodziejski proceder. Dzieje się tak dlatego, że prawo poszło inną drogą niż rozsądek.
Zdzisława J. i Waldemar G. mają po trzydzieści parę lat i są mieszkańcami Szczyrku. W finansach wiedzie im się średnio. Wiadomo, jak to bywa, gdy człowiek nie jest przywykły do stałej posady. Żeby utrzymać się na powierzchni, trzeba wysilać mózgownicę. Raz się kupuje, dwa razy to samo sprzedaje. W sumie interes kręci się na tyle sprawnie, że pozwala czasem kupić coś i do garnka, i do gardła. Pani Zdzisia i pan Waldek garnek mają wspólny, gdyż od jakiegoś czasu wspólnie pozostają w związku niepobłogosławionym. Gardło jak to gardło. Każdy ma swoje.
Aby ich związek - przez prawników zwany konkubinatem - nie cierpiał wskutek głodu lub (co gorsza) pragnienia, w minioną środę pojechali do Bielska- Białej na tzw. gościnne występy. Wybrali jeden z najpopularniejszych w mieście hipermarketów i porę powrotów ludzi z pracy do domów. Kombinowali, że duża część bielszczan robi wtedy niezbędne, podręczne zakupy, a w tłumie łatwiej będzie im umknąć obiektywowi kamery przemysłowej bądź oku ochroniarza. Było ok. godz. 15, gdy rozdzielili się, znikając pomiędzy półkami z towarem.
Raj w krainie dobrobytu nie potrwał jednak długo. Na podejrzanie zachowujących się dwoje klientów zwrócili uwagę pracownicy ochrony, którzy najpierw namierzyli Zdzisławę J. W chwili, gdy pani Zdzicha poczuła na karku ciepły oddech spadkobiercy Allana Pinkertona, zajęta była akurat wymianą nalepek z ceną na puszkach zawierającą pastę z tuńczykiem. Tą niebezpieczną, jak się okazuje, czynność przerwał jej stanowczy głos ochroniarza. – Pani pójdzie z nami – w tonie dryblasa nie było ani grama żartu.
W tym samym mniej więcej czasie w odległym zakątku sklepu inny ochroniarz wdał się w nieprzyjemną wymianę zdań z panem Waldkiem. Lecz natychmiastowe przeszukanie bagażu nieuprzejmego klienta przekonało ochronę, że podejrzenia były słuszne. U Waldemara G. znaleziono towar o wartości prawie 190 zł, zabrany ukradkiem z półki tegoż hipermarketu. Mężczyznę odprowadzono tedy na zaplecze, gdzie wkrótce spotkał się ze swoją konkubiną, by wspólnie z nią odpowiadać na niewygodne pytania pracowników marketu.
Kieszonkowe kradzieże są zmorą dużych obiektów handlowych. Niektórzy klienci kradną tylko lizaki czy dropsy sądząc, że ich postępowanie nie uszczupli zanadto majątku kapitalisty. Co ciekawe, podobnie myślą obywatele dokonujący zaboru kosztownych artykułów. Ale jednych i drugich ochrona tępi z podobnym uporem. Obowiązująca procedura karna jest na tyle złożona, że często personel sklepu załatwia sprawę we własnym zakresie na miejscu. Interwencja publicznych organów ścigania jest wówczas zbędna.
Jednakże w naszym hipermarkecie w tym przypadku odstąpiono od obyczaju pozaurzędowego dochodzenia sprawiedliwości i wezwano policję. Przyczyn tak pryncypialnego podejścia do problemu nie znamy. Koniec końców Zdzisława J. oraz Waldemar G. trafili na policyjny dołek, gdzie poddano ich przesłuchaniu do tzw. protokołu. Spisano też świadków zdarzenia.
Panią Zdzisię obciążyło zeznanie, w którym pracownik sklepu wycenił straty, jakie mogłaby ponieść placówka w rezultacie skutecznej wymiany ceny na paście z tuńczyka. Była to kwota 3 zł i 60 groszy. Funkcjonariusze prowadzący dochodzenie dokonali kwalifikacji prawnej czynu przypisywanego kobiecie, interpretując go jako oszustwo. Za przestępstwo to kodeks karny grozi nawet dwuletnią odsiadką.
Świadoma obciążających dowodów, Zdzisława J. przyznała się do winy, po czym dobrowolnie poddała karze grzywny w wysokości 300 zł. Od tej pory figurować więc będzie w kartotekach policyjnych jako osoba karana. Klauzula ta może w przyszłości utrudnić jej poszukiwania uczciwej posady i w konsekwencji - wyjście ze środowiska patologicznego. O grzywnie, której w obecnej sytuacji nie ma czym spłacić – nie wspominając.
Daleko łagodniej potraktowano pana Waldka. Gdyby zwędzony przez niego towar kosztował 250 zł i powyżej, stróże prawa musieliby mu - jako przestępcy -złożyć podobną ofertę, co konkubentce. Ale kradnąc za ledwo 190 zł dopuścił się czynu definiowanego przez obowiązujące przepisy jako wykroczenie i z tego tytułu został tylko ukarany mandatem w wysokości 500 zł.
Nie zdziwię się mocno, jeżeli kłopoty ze ściągnięciem powyższej kwoty staną się w najbliższej przyszłości kanwą kolejnego felietonu. Obiecuję jednak, że znacznie więcej miejsca poświęcę wtedy deficytowi rozsądku tych polityków u steru władzy, którzy w pogoni za populistycznym poklaskiem dążą do zaostrzania prawa, zapominając o istnieniu jego ducha.
PS. Za informację o zdarzeniu dziękuję KMP w Bielsku-Białej. Personalia bohaterów zostały zmienione.
Zdzisława J. i Waldemar G. mają po trzydzieści parę lat i są mieszkańcami Szczyrku. W finansach wiedzie im się średnio. Wiadomo, jak to bywa, gdy człowiek nie jest przywykły do stałej posady. Żeby utrzymać się na powierzchni, trzeba wysilać mózgownicę. Raz się kupuje, dwa razy to samo sprzedaje. W sumie interes kręci się na tyle sprawnie, że pozwala czasem kupić coś i do garnka, i do gardła. Pani Zdzisia i pan Waldek garnek mają wspólny, gdyż od jakiegoś czasu wspólnie pozostają w związku niepobłogosławionym. Gardło jak to gardło. Każdy ma swoje.
Aby ich związek - przez prawników zwany konkubinatem - nie cierpiał wskutek głodu lub (co gorsza) pragnienia, w minioną środę pojechali do Bielska- Białej na tzw. gościnne występy. Wybrali jeden z najpopularniejszych w mieście hipermarketów i porę powrotów ludzi z pracy do domów. Kombinowali, że duża część bielszczan robi wtedy niezbędne, podręczne zakupy, a w tłumie łatwiej będzie im umknąć obiektywowi kamery przemysłowej bądź oku ochroniarza. Było ok. godz. 15, gdy rozdzielili się, znikając pomiędzy półkami z towarem.
Raj w krainie dobrobytu nie potrwał jednak długo. Na podejrzanie zachowujących się dwoje klientów zwrócili uwagę pracownicy ochrony, którzy najpierw namierzyli Zdzisławę J. W chwili, gdy pani Zdzicha poczuła na karku ciepły oddech spadkobiercy Allana Pinkertona, zajęta była akurat wymianą nalepek z ceną na puszkach zawierającą pastę z tuńczykiem. Tą niebezpieczną, jak się okazuje, czynność przerwał jej stanowczy głos ochroniarza. – Pani pójdzie z nami – w tonie dryblasa nie było ani grama żartu.
W tym samym mniej więcej czasie w odległym zakątku sklepu inny ochroniarz wdał się w nieprzyjemną wymianę zdań z panem Waldkiem. Lecz natychmiastowe przeszukanie bagażu nieuprzejmego klienta przekonało ochronę, że podejrzenia były słuszne. U Waldemara G. znaleziono towar o wartości prawie 190 zł, zabrany ukradkiem z półki tegoż hipermarketu. Mężczyznę odprowadzono tedy na zaplecze, gdzie wkrótce spotkał się ze swoją konkubiną, by wspólnie z nią odpowiadać na niewygodne pytania pracowników marketu.
Kieszonkowe kradzieże są zmorą dużych obiektów handlowych. Niektórzy klienci kradną tylko lizaki czy dropsy sądząc, że ich postępowanie nie uszczupli zanadto majątku kapitalisty. Co ciekawe, podobnie myślą obywatele dokonujący zaboru kosztownych artykułów. Ale jednych i drugich ochrona tępi z podobnym uporem. Obowiązująca procedura karna jest na tyle złożona, że często personel sklepu załatwia sprawę we własnym zakresie na miejscu. Interwencja publicznych organów ścigania jest wówczas zbędna.
Jednakże w naszym hipermarkecie w tym przypadku odstąpiono od obyczaju pozaurzędowego dochodzenia sprawiedliwości i wezwano policję. Przyczyn tak pryncypialnego podejścia do problemu nie znamy. Koniec końców Zdzisława J. oraz Waldemar G. trafili na policyjny dołek, gdzie poddano ich przesłuchaniu do tzw. protokołu. Spisano też świadków zdarzenia.
Panią Zdzisię obciążyło zeznanie, w którym pracownik sklepu wycenił straty, jakie mogłaby ponieść placówka w rezultacie skutecznej wymiany ceny na paście z tuńczyka. Była to kwota 3 zł i 60 groszy. Funkcjonariusze prowadzący dochodzenie dokonali kwalifikacji prawnej czynu przypisywanego kobiecie, interpretując go jako oszustwo. Za przestępstwo to kodeks karny grozi nawet dwuletnią odsiadką.
Świadoma obciążających dowodów, Zdzisława J. przyznała się do winy, po czym dobrowolnie poddała karze grzywny w wysokości 300 zł. Od tej pory figurować więc będzie w kartotekach policyjnych jako osoba karana. Klauzula ta może w przyszłości utrudnić jej poszukiwania uczciwej posady i w konsekwencji - wyjście ze środowiska patologicznego. O grzywnie, której w obecnej sytuacji nie ma czym spłacić – nie wspominając.
Daleko łagodniej potraktowano pana Waldka. Gdyby zwędzony przez niego towar kosztował 250 zł i powyżej, stróże prawa musieliby mu - jako przestępcy -złożyć podobną ofertę, co konkubentce. Ale kradnąc za ledwo 190 zł dopuścił się czynu definiowanego przez obowiązujące przepisy jako wykroczenie i z tego tytułu został tylko ukarany mandatem w wysokości 500 zł.
Nie zdziwię się mocno, jeżeli kłopoty ze ściągnięciem powyższej kwoty staną się w najbliższej przyszłości kanwą kolejnego felietonu. Obiecuję jednak, że znacznie więcej miejsca poświęcę wtedy deficytowi rozsądku tych polityków u steru władzy, którzy w pogoni za populistycznym poklaskiem dążą do zaostrzania prawa, zapominając o istnieniu jego ducha.
Autor: Robert Kowal
PS. Za informację o zdarzeniu dziękuję KMP w Bielsku-Białej. Personalia bohaterów zostały zmienione.
Artykuł wyświetlono 2032 razy.
REKLAMA
REKLAMA
Zobacz również
Komentarze 9
Bala
no zaiste interesująco napisana mało ciekawa historia. styl znakomity , czekam na dalsze tekściory
Piotr
Zapewniam Pana SR że autor się zna na tych tematach , w przeciwnym wypadku nie pisał by o nich. Ach jeszcze jedno , zwracaj się Panie Kowal.... . Rodzice nie nauczyli Pana jak się zwracać.....chyba mieli z Panem problemy widać
zgorszona
Ludzie, czy nie dostrzegacie w tym zdarzeniu absurdu??? Widać tutaj jak na dłoni, że litera prawa rozmija się z zdrowym rozsądkiem.
saba
Podoba mi się taki żwawy sposób narracji!Na prawie,tak jak na medycynie czy wojsku znają się wszyscy Polacy.Oszustwo jest przestępstwem ściganym "od zawsze",vide kk z 1969 i 1997.Żadne dobre kilkanaście lat.Inna sprawa-czy aparat państwa musi reagować,gdy szkodliwość społeczna takiego czynu jest znikoma.
SR
Nie najeżdżaj Kowal na polityków, bo te idiotyczne przepisy funkcjonuja w naszym kraju od dobrych kilku (jak nie kilkunastu lat). Fajnie piszesz, pióro masz zywe, dowcipne i niewątpliwie inteligentne, ale błagam nie kometuj tych tematów, na których sie nie znasz.

Klauzula informacyjna ›