Tylu krytyków nie miał ostatnio żaden inny projekt dużej inwestycji miejskiej. Mimo to komisja konkursowa powołana przez prezydenta a wraz z nią cały magistrat i radni są zachwyceni koncepcją wykorzystania placu Wojska Polskiego w charakterze pokrywki dla podziemnego parkingu. Sprawa jest pikantna, bo nie ustalono nawet czy w ogóle jest w mieście kasa na tak kosztowną inwestycję.

Bielsko – Biała jest miastem szczególnie obdarzonym przez historię. Przede wszystkim z tytułu małżeństwa dwóch - przez wieki niezależnych od siebie - miast dysponuje dwoma rynkami. Są to miejsca centralne w obu układach urbanistycznych, gdzie koncentrowało się życie polityczne i społeczno – gospodarcze lokalnych społeczności. Wedle współczesnego nazewnictwa jest to Rynek w Bielsku i plac Wojska Polskiego w Białej.

Wygląda na to, że mimo odmiennych kolei losu, rozmaitych doświadczeń historycznych i innego dziedzictwa architektonicznego oba te obszary otrzymają u progu XXI wieku podobny wygląd. To tak, jak krasnale w niemieckich ogrodach – niby różne, a jednak takie same, cieszą wyrafinowane oko bauera i jego wesoły inwentarz. Rynek i przyległy do niego plac Chrobrego zostały już wybrukowane kamiennymi płytami, przez co sprawiają wrażenie gigantycznego toru wrotkarskiego. Niewielki placyk wokół pomnika Witosa w Warszawie stał się w ostatnich latach z podobnych powodów miejscem kultowym dla skejtów. Czy podobnie będzie w Bielsku?

Jeśli tak, to faceci w spodniach z wydłużonym krokiem poczują się jak w domu również na przebudowanym placu Wojska Polskiego. Przed wiekami było to ścisłe centrum Białej z ratuszem, kamieniczkami bogatszych mieszczan i studnią, a później szaletem miejskim pośrodku. Po kocich łbach bialskiego rynku turkotały koła dorożek oraz furmanek zwożących do miasta żywność w dni targowe. Ale co tam tradycja?! W konkursie na koncepcję przebudowy placu ogłoszonym przez magistrat uczestniczyło siedem prac. Ale zachwyt urzędników i rajców wzbudził projekt kamiennej pustki, który z dziedzictwem historycznym tego miejsca ma tyle wspólnego, ile gipsowy krasnal ze sztuką.

Autor nagrodzonego projektu, Stanisław Nestrypke wymyślił sobie, że powierzchnię placu zdobić będzie szachownica złożona z kamiennych płyt. Po bokach, wzdłuż ścian kamienic ustawione zostaną ławki, które ukryją otwory wentylacyjne obsługujące parking wyżłobiony pod powierzchnia placu. Będzie tam jeszcze postój taksówek, ogródki letnie okolicznych knajpek i drzewa osadzone w stalowych kratownicach.

Nastrój miałyby współtworzyć stylowe latarnie oraz świetliki ustawione w narożach rynku i stale polewane wodą niczym kamienie zroszone falami górskiego strumienia. No i pompa pośrodku. Do historii nawiązywałby też budynek administracyjny zabudowany od ulicy Cyniarskiej, w którym znalazłoby się miejsce dla szaletów publicznych. Ulga dla przechodnia w potrzebie nie byłaby jednak taka pewna, gdyż obiekt istnieje tylko w wersji studyjnej projektu.

Praca architekta Nestrypke wyznacza placowi wyłącznie funkcję komunikacyjno – usługową. Jego koncepcja pustki w przestrzeni miejskiej może być w każdej chwili zagospodarowana w dowolny sposób, w zależności od potrzeb. Wystarczy usunąć stoliki knajpiane, aby ustawić estradę dla kapeli ludowej lub ścianę dla narciarzy, specjalistów od free style. Dokładnie taka sama pustka rządzi już dziś bielskim Rynkiem i placem Chrobrego.

Profesor socjologii na ATH, Ewa Jurczyńska – McCluskey ocenia nagrodzoną koncepcję jako głęboko odhumanizowaną. Jej zdaniem, plac powinien stać się ulubionym miejscem spotkań Bielszczan, gdzie można w spokoju wypić sobotnią kawkę i porozmawiać o dzieciach. Aby było to możliwe, konieczne jest jednak ożywienie tej okolicy przy pomocy małej architektury. Np. w rodzaju fontanny rozprowadzającej wodę w rytm muzyki płynącej z ukrytych głośników.

Kto wie, jakie elementy ożywią plac w przyszłości. Jak powiada sekretarz UM, Grzegorz Tomaszczyk, o sposobie szczegółowego zagospodarowania  pustki zadecydują sami mieszkańcy swoją przedsiębiorczością i wyobraźnią. Wiele wskazuje na to, że w sprawie wojny o plac wojska jest to ostatnia deska ratunku dla obecnych władz miasta. Ratusz nie ma bowiem tyle kasy, aby porywać się na samodzielną budowę parkingu pod placem na 200-300 aut i musi szukać wspólników.

Wiadomo zatem, że jeśli parking powstanie, to będzie efektem tzw. partnerstwa publiczno – prywatnego. Oznacza to, iż przez wiele lat zyski z jego funkcjonowania czerpać będą firmy, które zdecydowały się współfinansować inwestycję. Na dziś nie tylko nie wiadomo, kto zgodzi się zostać dla naszego miasta dobrym wujkiem i wyłoży stosowną kasę. Ale na planie centrum nie ustalono nawet miejsc, w których ulokowane będą zjazdy do podziemi. Wydaje się więc, że znaleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia. I...wejścia.

Autor: Robert Kowal