Bielscy komandosi wrócili z Afganistanu na tarczy. Niezależnie od całościowej oceny ich operacyjnego dorobku w ISAF, z żołnierzy batalionu długo nie zniknie piętno zabójców. Za tydzień miasto ma uroczyście powitać swoich bohaterów powracających z trudnej misji. Jak wybrnie z tej sytuacji prezydent Krywult oraz inni dygnitarze miejscy?

Kiedy pół roku temu wyjeżdżali na wojnę z Talibami, nikt nie krył, że desantowców z 18.bdsz czeka wyjątkowo złożona misja. O wysłaniu grupy bojowej zdecydował prezydent RP i rząd Jarosława Kaczyńskiego. Wedle wcześniejszych uzgodnień z Jankesami, na potrzeby tej operacji zobowiązaliśmy się wystawić stosunkowo niewielką jednostkę logistyczną, której zadaniem nie było strzelanie do ludzi, lecz inżynieryjne wsparcie innych kontyngentów. Zmiana projektów politycznych zaowocowała więc przyśpieszonym szkoleniem i zaopatrywaniem grupy w sprzęt niezbędny do działań w konflikcie afgańskim.

Jak zapewniał publicznie minister obrony narodowej, batalion otrzymać miał najlepsze wyposażenie. Lepsze niż posiadają żołnierze WP w Iraku, a nawet – w niektórych segmentach – amerykańscy i kanadyjscy sojusznicy. Grupę bojową utworzyli komandosi bielscy, uchodzący w naszych siłach zbrojnych za elitę wojsk desantowych oraz żołnierze z 17.BZ z Międzyrzecza. Do misji przygotowywali się wspólnie  przez wiele miesięcy na niemieckich i krajowych poligonach.

Zaczęło się nie najlepiej. Część wyposażenia przeznaczonego dla grupy okradziono lub zdewastowano poza krajem podczas transportu. Na miejscu kontyngent otrzymał do dyspozycji Rosomaki pozbawione właściwego opancerzenia oraz dwudziestoletnie hummery z pomocy rządu USA. Te ostatnie z taką samą wadą, jak nasze transportery. Wkrótce po uzyskaniu gotowości bojowej kilku bielszczan oficjalnie zaprotestowało przeciwko użytkowaniu na patrolach słabo opancerzonych pojazdów. W rezultacie wszyscy przystąpili do wykonywania swoich zadań, ale wśród polskiej generalicji upowszechnił się mit, że ci z Bielska nosy zadzierają wysoko, a umieją tyle samo, co wojsko z Wielkopolski.

W połowie sierpnia doszło do tragicznego zdarzenia. Patrol z 1. plutonu szturmowego - wysłany na miejsce zasadzki Talibów na nasze Rosomaki po kilku godzinach od starcia - ostrzelał wioskę Nangar Khel z broni maszynowej i moździerzy. Dowódca pododdziału w stopniu kapitana złożył później raport służbowy, w którym opisał, że ogień otwarto po uzyskaniu kontaktu bojowego z nieprzyjacielem. Ostatecznie wskutek potyczki zginęło 6 osób cywilnych, w tym kobieta w ciąży i dzieci. W sprawie wszczęto postępowanie dyscyplinarne. Osobne czynności podjął  obecny w Afganistanie prokurator wojskowy.

Żołnierze z feralnego patrolu nie są nowicjuszami. Większość służyła wcześniej w Iraku, część – także w Kosowie. Według naszych informacji, debiutantem był kapitan. Ale  w czasie misji afgańskiej wszyscy brali udział w wielotygodniowych pościgach za Talibami po górach. W sklepach bazy za własne pieniądze kupowali  dodatkowe wyposażenie, aby zabrać je na akcje. Po tragicznym incydencie zostali zawieszeni w wykonywaniu zadań bojowych, lecz nadal pełnili służby garnizonowe. Wbrew regule, nie odesłano ich do kraju.

 O tym zdarzeniu polska opinia publiczna dowiedziała się z zachodnich mediów. Nasze MON wydało oficjalny komunikat po tygodniowej zwłoce. Po planowym zakończeniu misji batalion powrócił do kraju. Tydzień później do mieszkań siedmiu uczestników incydentu zapukali żandarmi z nakazami zatrzymania. Żołnierzy skuto kajdankami jak gangsterów, po czym pokazano ekipom telewizyjnym w roli zbrodniarzy.

Wszyscy w TV widzieliśmy, jak cywil reprezentujący Naczelną Prokuraturę Wojskową relacjonował mediom ustalenia tajnego śledztwa. Ujawnił, że żołnierze wycofali poprzednią wersję zdarzenia i przyznali się do niesprowokowanego ostrzału wioski, bez kontaktu z nieprzyjacielem. Podejrzanym przedstawiono zarzut naruszenia prawa międzynarodowego, którego skutkiem było zabójstwo 6 osób cywilnych. Poznański sąd garnizonowy aresztował tymczasowo wszystkich uczestników incydentu.

 Znajomość konwencji chroniących m.in. ludność cywilną jest obowiązkiem uczestników misji wojskowych. Takim samym, jak opanowanie zasad bezpieczeństwa osobistego. Przepisy nakazują przeprowadzenie cyklu ćwiczeń praktycznych i unikanie statycznych wykładów. Za proces dydaktyczny odpowiada dowódca. Zgodnie z Protokołem I do konwencji genewskich z 1949 r., osobą cywilną jest każdy kto nie należy do sił zbrojnych, a wątpliwości co do owego statusu należy rozstrzygać zawsze na korzyść osoby podejrzanej. Ponadto nawet obecność osób uzbrojonych wśród ludności cywilnej nie pozbawia tej grupy jej cywilnego charakteru.

Weterani wojenni oraz psychologowie wojskowi opowiadają o ogromnym stresie, jakiemu poddawani są uczestnicy wojny partyzanckiej. Talibowie nie walczą w mundurach, strzelają skrycie z domów mieszkalnych, osłaniają się kobietami i dziećmi. W tej sytuacji nietrudno o błąd. To pierwszy jak dotąd przypadek tragicznego ostrzelania cywilów przez NATO w Afganistanie, ale w Iraku zdarza się to dość często. Np. sąd amerykański uwolnił ostatnio od odpowiedzialności żołnierza winnego zgwałcenia i wielokrotnego zabójstwa, tłumacząc postępowanie oskarżonego... stresem bojowym. Podobne problemy mieli też Holendrzy i Duńczycy.

Proces siedmiu bielskich komandosów będzie precedensowy, gdyż nigdy dotąd żołnierzy WP nie oskarżono o zbrodnie wojenne. Na razie znamy opinię prokuratury. Prawda wyjdzie na jaw dopiero w sądzie. Wątpliwości dotyczące sensu takiej wojny pozostaną w naszych sumieniach niezależnie od werdyktu.

Autor: Robert Kowal