Bielski smak
Bielszczanie są mocno podzieleni. Jedni z nas lubią jeść na mieście późne kolacje, inni zaś w tym samym czasie - na przekór - chcieliby oglądać dobranocki w TV. Tych ostatnich jest jednak więcej niż podpowiada zdrowy rozsądek. W tej sytuacji potrzebny jest logiczny i nowocześnie myślący rozjemca, który potrafi pogodzić obie racje. Panie i panowie radni oraz urzędnicy miejscy. Zapraszamy do pracy!
Takie są wnioski z ożywionej dyskusji internautów po naszym ubiegłotygodniowym tekście na temat bielskiego handlu i gastronomii („Nieświeży oddech PRL”). Jedno wydaje się pewne. Czas pracy znacznej części bielskiego handlu jest nieprzyjazny dla klientów. Bo dziś jeśli planujemy zrobić zakupy w placówce poza centrum handlowym, to powinniśmy „urwać się” z firmy w godzinach służbowych lub pogalopować do sklepu natychmiast po zakończeniu pracy.
W podobny sposób sprzyjają zakupom soboty. Handel detaliczny w te dni działa zazwyczaj do wczesnych godzin popołudniowych. A statystyczny rodak lubi sobie w weekend pospać lub pogadać z rodziną przy śniadaniu. W PRL sprawa była przynajmniej jasna. W tzw. handlowe soboty władza „rzucała na sklep” deficytowe towary, więc ludność wstawała z kurami, aby dostać ostatnią paróweczkę albo kilo kubańskich pomarańczy. Dziś takich dostaw w soboty brak.
- Sklepy w centrum winny być otwarte po 18, bo do tej godziny jest zbierane myto za parkowanie – pisze internauta IvanG. Bardziej radykalny postulat wysuwa natomiast kwass21 proponując, aby handel pracował do godz.19, przede wszystkim w soboty. Wygląda na to, że klientom najbardziej odpowiada taki model, w którym mniejsze i średnie sklepy - szczególnie w centrum miasta - czynne są w dni powszednie miedzy 11 a 19, a w soboty do 14. Po to, by zakupy można byłoby robić po zamknięciu biur, a handlowcy mieli przedpołudnie dla siebie.
Kontrowersje zaczynają się jednak piętrzyć, gdy mowa o zmianach w czasie pracy bielskich restauracji. Jak się okazuje, istnieje wcale pokaźna grupa obrońców dotychczasowego porządku, którzy nie muszą jeść późnych kolacji na mieście i wczesne posiłki w gronie rodzinnym chcieliby narzucić innym konsumentom. Wiele wskazuje na to, że większość osób głośno wypowiadających się przeciw zmianom jest obecnie zatrudniona w gastronomii i z tego tylko tytułu niechętnie odnosi się do nowatorskich pomysłów.
W polemicznej pasji niektórzy restauratorzy wezwali nawet mnie, autora tekstu, do otwarcia interesu z widelcem, który byłby czynny do późnych godzin wieczornych. Korzystając z okazji odpowiadam tedy z pokorą, że nie widzę siebie w roli knajpiarza wypełniającego lukę w rynku poprzez mieszanie w garnku do późnej nocy. Zawodowy instynkt podpowiada mi natomiast, że będę znacznie bardziej wyrazisty w smażeniu artykułów opisujących takie luki. Karmienie jadłem pozostawiam fachowcom.
Wbrew temu, co pisze internauta nazywający siebie Bielszczaninem, restauracje nie muszą być „długo otwarte”. Wystarczy, żeby były czynne w godzinach odpowiadających potrzebom społecznym oraz charakterowi okolicy. Tak więc nie można zamykać z kurami lokali położonych w ścisłym centrum, a szczególnie w Rynku i jego okolicach. Organ wydający zezwolenie na uruchomienie obiektu w reprezentacyjnej części miasta powinien pamiętać, że knajpka jest otwierana po to, aby zwiększyć atrakcyjność turystyczna tego rejonu. Zyski właścicieli są zaś pochodną tejże.
Kolejnym mitem jest przekonanie o braku dostatecznego popytu na „wykwintne posiłki” w godzinach nocnych. To taka sama prawda jak ta, że bielszczanie nie lubią gorących kasztanów jadalnych. Oni po prostu są pozbawieni możliwości zakupu tego smakołyku! Restauracja w centrum czynna do ostatniego klienta mogłaby zarabiać na miejscowych konsumentach, którzy cenią sobie aktywność po zmroku. Ale także na turystach i wszystkich przyjezdnych z sąsiednich miejscowości – amatorach późnych spacerów i posiłków przy świecach.
Obecnie w Bielsku funkcjonuje tuzin pizzerii otwartych od rana do nawet trzeciej w nocy. Wygląda więc na to, że - mimo zatrudnienia sporego personelu oraz kosztów funkcjonowania kuchni przez znaczną część doby - lokale te są rentowne. Czy w tej sytuacji jedyna restauracja w Rynku, czynna np. od 14 do 1 bądź 2 w nocy, byłaby skazana na ekonomiczną klapę? Czy jest ktoś, kto gotów jest na ryzyko, mając oparcie we władzach miasta i miejskim systemie informacji?
Tymczasem trudno liczyć na inwestorów, gdy tak naprawdę nie wiemy, co posiadamy. Aby to sprawdzić, nasze miasto - śladem innych miejscowości z ambicjami turystycznymi - mogłoby zorganizować publiczny pokaz możliwości lokalnych restauratorów. Pod koniec lata na warszawskich Polach Mokotowskich zaprezentowali swoją kuchnię wszyscy liczący się stołeczni restauratorzy. Mieszkańcy miasta zjechali tłumnie, a za smakołyki płacili bez zbędnego gadania. Można przypuszczać, że część z nich wróciła później po ów smak do wybranego lokalu.
Jaki jest smak Bielska? Nikt na razie dokładnie nie wie. Trudno jednak przypuszczać, że zdominowały go ruskie pierogi z baru w Rynku i cheesburger z McDonalds zaprawione nutką goryczy restauratorów z przypadku, którzy nie lubią gotować po zmroku.
Takie są wnioski z ożywionej dyskusji internautów po naszym ubiegłotygodniowym tekście na temat bielskiego handlu i gastronomii („Nieświeży oddech PRL”). Jedno wydaje się pewne. Czas pracy znacznej części bielskiego handlu jest nieprzyjazny dla klientów. Bo dziś jeśli planujemy zrobić zakupy w placówce poza centrum handlowym, to powinniśmy „urwać się” z firmy w godzinach służbowych lub pogalopować do sklepu natychmiast po zakończeniu pracy.
W podobny sposób sprzyjają zakupom soboty. Handel detaliczny w te dni działa zazwyczaj do wczesnych godzin popołudniowych. A statystyczny rodak lubi sobie w weekend pospać lub pogadać z rodziną przy śniadaniu. W PRL sprawa była przynajmniej jasna. W tzw. handlowe soboty władza „rzucała na sklep” deficytowe towary, więc ludność wstawała z kurami, aby dostać ostatnią paróweczkę albo kilo kubańskich pomarańczy. Dziś takich dostaw w soboty brak.
- Sklepy w centrum winny być otwarte po 18, bo do tej godziny jest zbierane myto za parkowanie – pisze internauta IvanG. Bardziej radykalny postulat wysuwa natomiast kwass21 proponując, aby handel pracował do godz.19, przede wszystkim w soboty. Wygląda na to, że klientom najbardziej odpowiada taki model, w którym mniejsze i średnie sklepy - szczególnie w centrum miasta - czynne są w dni powszednie miedzy 11 a 19, a w soboty do 14. Po to, by zakupy można byłoby robić po zamknięciu biur, a handlowcy mieli przedpołudnie dla siebie.
Kontrowersje zaczynają się jednak piętrzyć, gdy mowa o zmianach w czasie pracy bielskich restauracji. Jak się okazuje, istnieje wcale pokaźna grupa obrońców dotychczasowego porządku, którzy nie muszą jeść późnych kolacji na mieście i wczesne posiłki w gronie rodzinnym chcieliby narzucić innym konsumentom. Wiele wskazuje na to, że większość osób głośno wypowiadających się przeciw zmianom jest obecnie zatrudniona w gastronomii i z tego tylko tytułu niechętnie odnosi się do nowatorskich pomysłów.
W polemicznej pasji niektórzy restauratorzy wezwali nawet mnie, autora tekstu, do otwarcia interesu z widelcem, który byłby czynny do późnych godzin wieczornych. Korzystając z okazji odpowiadam tedy z pokorą, że nie widzę siebie w roli knajpiarza wypełniającego lukę w rynku poprzez mieszanie w garnku do późnej nocy. Zawodowy instynkt podpowiada mi natomiast, że będę znacznie bardziej wyrazisty w smażeniu artykułów opisujących takie luki. Karmienie jadłem pozostawiam fachowcom.
Wbrew temu, co pisze internauta nazywający siebie Bielszczaninem, restauracje nie muszą być „długo otwarte”. Wystarczy, żeby były czynne w godzinach odpowiadających potrzebom społecznym oraz charakterowi okolicy. Tak więc nie można zamykać z kurami lokali położonych w ścisłym centrum, a szczególnie w Rynku i jego okolicach. Organ wydający zezwolenie na uruchomienie obiektu w reprezentacyjnej części miasta powinien pamiętać, że knajpka jest otwierana po to, aby zwiększyć atrakcyjność turystyczna tego rejonu. Zyski właścicieli są zaś pochodną tejże.
Kolejnym mitem jest przekonanie o braku dostatecznego popytu na „wykwintne posiłki” w godzinach nocnych. To taka sama prawda jak ta, że bielszczanie nie lubią gorących kasztanów jadalnych. Oni po prostu są pozbawieni możliwości zakupu tego smakołyku! Restauracja w centrum czynna do ostatniego klienta mogłaby zarabiać na miejscowych konsumentach, którzy cenią sobie aktywność po zmroku. Ale także na turystach i wszystkich przyjezdnych z sąsiednich miejscowości – amatorach późnych spacerów i posiłków przy świecach.
Obecnie w Bielsku funkcjonuje tuzin pizzerii otwartych od rana do nawet trzeciej w nocy. Wygląda więc na to, że - mimo zatrudnienia sporego personelu oraz kosztów funkcjonowania kuchni przez znaczną część doby - lokale te są rentowne. Czy w tej sytuacji jedyna restauracja w Rynku, czynna np. od 14 do 1 bądź 2 w nocy, byłaby skazana na ekonomiczną klapę? Czy jest ktoś, kto gotów jest na ryzyko, mając oparcie we władzach miasta i miejskim systemie informacji?
Tymczasem trudno liczyć na inwestorów, gdy tak naprawdę nie wiemy, co posiadamy. Aby to sprawdzić, nasze miasto - śladem innych miejscowości z ambicjami turystycznymi - mogłoby zorganizować publiczny pokaz możliwości lokalnych restauratorów. Pod koniec lata na warszawskich Polach Mokotowskich zaprezentowali swoją kuchnię wszyscy liczący się stołeczni restauratorzy. Mieszkańcy miasta zjechali tłumnie, a za smakołyki płacili bez zbędnego gadania. Można przypuszczać, że część z nich wróciła później po ów smak do wybranego lokalu.
Jaki jest smak Bielska? Nikt na razie dokładnie nie wie. Trudno jednak przypuszczać, że zdominowały go ruskie pierogi z baru w Rynku i cheesburger z McDonalds zaprawione nutką goryczy restauratorów z przypadku, którzy nie lubią gotować po zmroku.
Autor: Robert Kowal
Artykuł wyświetlono 2624 razy.
REKLAMA
REKLAMA
Zobacz również
Komentarze 11
izka
Mieszkam w Bielsku od ponad roku, pracuję od ponad dziesięciu i nie rozumiem mentalności niektórych Bielszczan. Im dłużej funkcjonują sklepy i restauracje, tym wieksza szansa na ożywienie "zapyziałych" dzielnic. Nie zgodzę się też z opinią, ze wieczorem piją tylko lumpy. Oni raczej zadawalają się tanim winem dostępnym wszędzie. Czasami chcę zjeść późną kolację, połączoną z lampką dobrego wina - i ze świecą szukać takich miejsc w bielsku białej, gdzie można i warto się udać. Czytając jesnak komentarze - problem dostrzegam w mentalności ludzi, a nie w możliwościach przedsiębiorców.
Krakauer ex BB
zgadzam się z niektórymi przedmówcami. BIELSKO TO ZADUPIE I WIOCHA.Zapraszam do KRAKOWA.
Forever
żarcie można zamawiać przez internet całą dobę jak i pranie czy kwiaty itp... w Bielsku ludzie myślą i przenosi się to do internetu...
man
"Bielszczanie są mocno podzieleni. Jedni z nas lubią jeść na mieście późne kolacje, inni zaś (nie!) ........ W PRL sprawa była przynajmniej jasna." :-))))))))))))) Kolejny pseudopismak gloryfikujący PRL i jego osiagnięcia. Ech ... chcesz Pan odgórnie regulowanych godzin otwarcia to proponuje wycieczkę na Białoruś !
tymczasowy
Bielsko to miasto nudne jak ... - cytat z filmu :)Czantoria jest otwarta do 21.00 i zawsze tam są ludzie. A inne sklepy otwarte są do 18tej, tylko dlatego, że na 99% zarobki są zbyt małe i właściciele nie znaleźliby chętnych do pracy.
Co do knajp, to już jest dramat totalny, w tygodniu jest w nich tylko halny. Bielsko to zadupie z potencjałem, którego nikt? nie potrafi wykorzystać.Amen
ns
W necie można popisać,bo przyjmuje każdą glupotę.Bielsko to nie Kraków ani Warszawa ale trzeba sie uczyc od mądrzejszych.Myślę,że zycie towarzyskie na krakowskim rynku kwitnie w nocy a to też zasługa różnych knajp.Wynajęcie lokalu na przykł.od miasta nie jest tanie ale można to sobie odbić na klientach.Ile jest tam knajp czynnych do 22?
zabka
Gratulacje dla autora,że porusza takie dyskusyjne tematy.Nie wiem skąd jest p.Kowal,ale ma racje co do jednego-ogromna większośc malych sklepów czynna jest najwyżej do 18.A przemyslowe to prawie wszystkie.
Bielszczanin
Panie Kowal, co Pan znowu wypisujesz ?! Ale się uśmiałem - przecież w centrum miasta jest co najmniej 4 - 5 sklepów czynnych do 20 - 21 i nie są to centra handlowe.
Przykład: Savia i Klimczok na rynku, żabka i druga savia w okolicach osiedla śródmiejskiego.
Panie Robert Kowal czy Pan mieszka w Bielsku-Białej, czy może pomylił Pan nasze miasto z jakąś wsią gdzie jest jeden sklep czynny do godz. 16.
Ja mam wrażenie, po tym co Pan wypisuje, że Pan w ogóle nie mieszka w Bielsku, a artykuły pisze na kolanie. Gratuluję Panu kolejnego artykułu w którym delikatnie rzecz biorąc - mija się Pan z prawdą.
Jeszcze cytat:
"Organ wydający zezwolenie na uruchomienie obiektu w reprezentacyjnej części miasta powinien pamiętać, że knajpka jest otwierana po to, aby zwiększyć atrakcyjność turystyczna tego rejonu. Zyski właścicieli są zaś pochodną tejże."
Wychodzi na to, że ktoś ma otworzyć interes nie po to aby zarabiać, tylko po to aby: "zwiększyć atrakcyjność turystyczna tego rejonu" ??? Hahahaha !
Proszę się obudzić, nie żyjemy w socjalizmie, nikt nie otwiera interesu aby do niego (cały czas) dopłacać.
Przy okazji - nie jestem restauratorem ani nie mam nic wspólnego z gastronomią od strony zawodowej.

Klauzula informacyjna ›